Arkadiusz Jakubik: Już dwa razy straciłem głowę na planie [WYWIAD]

red 30 października 2016, aktualizowano: 30-10-2016 09:21

„Trzeba mieć dokąd uciec przed światem z filmów takich, jak „Wołyń”, „Jestem mordercą” czy „Prosta historia o morderstwie” - mówi Arkadiusz Jakubik

Arkadiusz Jakubik podczas spotkania z publicznością w ramach Forte Artus Festival.

Fot.: Sławomir Kowalski


Wojciech Smarzowski mówił, że „Wołyń” to jego najtrudniejszy film. Dla Pana praca na planie tego filmu też była niezwykle przytłaczająca. Tak bardzo, że po ostatnim klapsie opuścił Pan plan nocą, w pośpiechu.


Tak było. Zdjęcia do „Wołynia” bardzo wyczerpywały. W grę zresztą wchodziło nie tylko zmęczenie, ale też niewyspanie. Bo kiedy próbowałem usnąć, zdarzało się, że koszmary z planu wracały. Kiedy więc usłyszałem, że następnego dnia mam ostatni dzień zdjęciowy, pomyślałem, że po ostatnim klapsie muszę stąd uciec. I to natychmiast. Poprosiłem producenta o transport, spakowałem walizkę i kiedy ten ostatni klaps w scenie z moim udziałem padł, wsiadłem do samochodu i uciekłem, gdzie pieprz rośnie.

Arkadiusz Jakubik: Aktorzy mają generalnie przerąbane. Bo od momentu kiedy dowiadujemy się, że w filmie zagramy, aż do ostatniego klapsa na planie mija mniej więcej rok. I przez ten czas coraz bardziej wchodzimy w ten wyimaginowany świat, kreowany przez autora scenariusza i reżysera.



Na gdyńskim festiwalu żartował Pan, że ostatnio stracił głowę dwa razy. Dosłownie i w przenośni. W filmach „Wołyń” i „Jestem mordercą”.

Jeden i drugi film wymagał wejścia w niebywale ciężkie, ekstremalne stany emocjonalne. W takich stanach przebywałem po raz ostatni na planie filmu „Dom zły”. To był wtedy dla mnie bardzo trudny czas, graniczący z depresją. Aktorzy mają generalnie przerąbane. Bo od momentu kiedy dowiadujemy się, że w filmie zagramy, aż do ostatniego klapsa na planie mija mniej więcej rok. I przez ten czas coraz bardziej wchodzimy w ten wyimaginowany świat, kreowany przez autora scenariusza i reżysera. Potem ten świat staje się coraz bardziej gęsty, kiedy zaczynają się próby stolikowe. Poznaje się innych aktorów i wchodzi się w świat prywatnej, intymnej relacji. A już w trakcie zdjęć ten świat jest namacalny. Funkcjonujemy w nim jeden do jednego i generujemy z siebie prawdziwe emocje, takie jak miłość czy nienawiść. I nagle przychodzi dzień, kiedy plan filmowy się kończy. Człowiek budzi się we własnym łóżku i nie wie, co ze sobą zrobić. Co począć z tymi emocjami, którymi się żyło przez ostatnie miesiące. Dla głowy to absolutnie straszne.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (22) »




Reżyser ma łatwiej?

O tyle, że nie rozstaje się tak od razu z tym swoim dzieckiem, czyli z filmem. Bo zostaje jeszcze montaż, postprodukcja. I ten etap wychodzenia z filmu, żegnania się z nim rozłożony jest na wiele miesięcy. A dla aktora to pożegnanie z dnia na dzień. I piekielnie trudno tak nagle wrócić do realnego świata. Ale ja, doświadczony tym, co się ze mną działo po „Domu złym”, wiem już, jak sobie z tym radzić.


Jak?

Recepta jest prosta. Trzeba mieć tak precyzyjnie wymyślony kalendarz, żeby z tego świata, który się skończył, przenieść się jak najszybciej do innego świata, gdzie można te emocje z siebie zrzucić. Trzeba mieć dokąd uciec. Zwłaszcza przed tak trudnym światem filmów „Wołyń” czy „Jestem mordercą.


Na ekranach pojawiła się już „Prosta historia o morderstwie”, którą Pan reżyserował. To też jest film ciężkiego kalibru?

To społecznie zaangażowany dramat obyczajowy, ubrany w garnitur kryminalnego thrillera. Moje ukochane dziecko, z Kingą Preis, Filipem Pławiakiem i Andrzejem Chyrą w rolach głównych. To historia rodziny, której losami wstrząsa tajemnicza zbrodnia. Z jednej strony, przyglądamy się tej rodzinie i poznajemy jej mroczne sekrety. A z drugiej, jest warstwa kryminalna i pytanie - kto zabił? Z odpowiedzią będziemy czekali aż do samego, mam nadzieję, zaskakującego końca.

Arkadiusz Jakubik: Na szczęście wyzbyłem się tych ciągot do pokazywania aktorom, jak mają grać. Po to się bierze znakomitych aktorów, żeby im ufać.



Kiedy jest Pan na planie aktorem, podgląda Pan w pracy innych reżyserów?

Oddzielam te dwa światy. Moja metoda pracy nad rolą uniemożliwia mi siadanie po drugiej stronie i podpatrywanie pracy kamery, obserwowanie reżysera. Tak, niestety, jestem skonstruowany, że cały czas muszę być postacią, którą gram. Inni aktorzy tak mają, że aby nie zwariować, rozmawiają między zdjęciami o błahych sprawach. I dopiero kiedy usłyszą: kamera, zaraz będzie ujęcie, jak na pstryknięcie potrafią się przeobrazić w postać, którą grają. Ja tak nie mam. Bez przerwy potrzebuję niebywałego skupienia. Muszę cały czas tę postać czuć, z nią rozmawiać, czymś ją podsycać. Podrzucać jej jakieś paliwo i podgrzewać ją tak, żeby jej nie pozwolić na wyziębienie.


A jak Pan pracuje z aktorami jako reżyser?

Na szczęście wyzbyłem się tych ciągot do pokazywania im, jak mają grać. Po to się bierze znakomitych aktorów, żeby im ufać. Po to jest długi okres przygotowań, stawiania pytań, szukania emocji i nazywania tematów, które się pojawiają w scenach, że kiedy już usłyszymy wystarczająco dużo odpowiedzi, to wtedy oddaje się rolę aktorom.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (15) »




Wiele osób zwraca uwagę na to , jak bardzo od „Wesela” Pan się fizycznie zmienił. Ubyło kilogramów.

Ta zmiana nosi nazwisko Jarzynka. Pani dietetyczka pomogła mi w ciągu 3 miesięcy zrzucić 15 kg. I ja się z tym dobrze czuję. Kiedy Wojtek przed dwoma laty zaproponował mi rolę w „Wołyniu”, oczywiście nie stawiał warunku, ale delikatnie zasugerował, że może bym parę kilogramów zrzucił. „Bo jak zobaczysz archiwalne zdjęcia z Wołynia, to tam wtedy chłopaki trochę nie dojadali” - powiedział. Więc ja, jako osoba typowo zadaniowa, udałem się do dietetyczki z wiedzą, że mam 3 miesiące na zrzucenie kilogramów. Najszczęśliwszy jestem z tego powodu, że nic się przez te 2 ostatnie lata nie zmieniło w mojej wadze. To jak druga młodość.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.