Życie na wielkiej górze śmieci

Małgorzata Oberlan 16 października 2016, aktualizowano: 16-10-2016 09:19

- Nigdzie się stąd nie ruszę. Radzę sobie świetnie - twierdzi pan Maciej z Torunia. Z domku przy Szosie Lubickiej, który zajmuje wraz z kolegami, MPO dopiero co wywiozło 6,5 tony odpadów. Pracownik miejskiej spółki zasłabł przy opróżnianiu dołu z fekaliami.

W tym pokoju niedawno nagromadzone rzeczy i śmieci sięgały sufitu. Gospodarz jest zły, że MPO je wywiozło

Fot.: Jacek Smarz

Odór moczu i kału bije w nozdrza już przed wejściem na ganek (albo coś, co nim kiedyś było). Im bliżej nigdy niemytych i pozbawionych dawno szyb drzwi, tym gorzej. W uszach pobrzmiewają mi słowa sąsiadów pana Macieja. „Niech pani pamięta, że to stan po gruntownym czyszczeniu tego domu i wywiezieniu kilku ton śmieci”.


Brrrr... Bardzo nie chciałabym widzieć ani czuć tego, co było tutaj dwa tygodnie temu. Niestety, oglądałam zdjęcia wykonane komórką przez jednego z sąsiadów. Porażające. Stosy śmieci, a wśród nich, w barłogu, człowiek. A w zasadzie jego głowa z długimi, siwymi włosami. Takich obrazów się nie zapomina.

Pan Maciej: „szamba nie potrzebuję”


Połowa domu bliźniaka przy Szosie Lubickiej należy do blisko 90-letniej matki pana Macieja. Staruszka od wielu lat mieszka w Niemczech, podobnie jak jej córki. Gospodarzem w domu jest 64-letni pan Maciej.

- Jakie sześć i pół tony? To było najwyżej z półtora tony - oburza się mężczyzna, gdy pytam o wywózkę dokonaną przez Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania. - Dobre meble mi zabrali, nie wiedzieć czemu...

Pan Maciej kuleje i roztacza wokół siebie niecodzienną aurę zapachową. Ubrany jest w rzeczy, które już tylko przypominają kurtkę, koszulę polo, spodnie. Brudne, poplamione, podarte. W siwych włosach ma resztki jedzenia. Bardzo staram się patrzeć tylko w jego oczy.

- Radzę sobie świetnie. I zawsze sobie jakoś radziłem. Najwięcej w życiu pracowałem przy naprawie telewizorów. Te z Enerefu (mowa o matce i siostrach-przyp. red.) przez dwadzieścia lat ani złotówki mi nie dali - podkreśla pan Maciej.

Starych telewizorów w domku mężczyzna miał wiele. Gromadził je wraz ze współlokatorem, panem Zdzisławem. Po co? - Naprawialiśmy je i ludzie kupowali - tłumaczy gospodarz.

- Naprawdę? Ile panowie ich sprzedawaliście rocznie? - pytam.

- No, już nie pamiętam, bo dawno nikt nie kupował. To było z piętnaście lat temu - przyznaje pan Maciej.

pan Maciej: Radzę sobie świetnie. I zawsze sobie jakoś radziłem. Najwięcej w życiu pracowałem przy naprawie telewizorów.


Z czegoś, co kiedyś było gankiem, wchodzimy do wnętrza piętrowego domu. Cześć pomieszczeń jest zaplombowana przez komornika. W oczy rzuca się brudna i zastawiona dziesiątkami słoików, puszek i pudełek kuchnia. Gospodarz pokazuje nam też WC z funkcją łazienki (zasuszony szczur na podłodze nie przebija widoku nieczynnego klozetu) oraz otwiera drzwi do jednego z pokoi. Tego, który przed akcją MPO prawie po sufit zastawiony był kartonami, telewizorami, szmatami i nie wiadomo czym jeszcze.

W odgruzowanym pomieszczeniu siedzi na podłodze mężczyzna o pociemniałej skórze. Kiwa się. Milczy. Ręce mu drżą. „Lokator” - mówi o nim pan Maciej. Sam zapewnia, że owszem, kiedyś „była ostra szyja”, ale od lat już na sam widok alkoholu go wzdryga. No, piwo smakowe co najwyżej może wypić.

A gdzie po tym piwie można sobie w domu ulżyć? Dlaczego od lat gospodarz nie ma podpisanej umowy na wywóz szamba? - Bo ja szamba nie potrzebuję - twierdzi tajemniczo pan Maciej.

Sąsiedzi: „fekalia lali przez okna”



- Boże, co my żeśmy tutaj przeżyli przez te lata... - sąsiedzi numer 1 nie wiedzą, od czego zacząć opowieść.

Mówią o alkoholowych libacjach, fekaliach wylewanych przez okno, obnażających się na widoku mężczyznach. O smrodzie, od którego nie da się odgrodzić najwyższym nawet płotem. O strachu zimą, gdy ma się świadomość, że tuż obok alkoholicy dogrzewają się urządzeniami na gaz z butli. Wreszcie - o strachu, który pojawił się w ostatnich latach, gdy pan Maciej stał się agresywny, podobnie jak jego kompani.

- Nie pojechaliśmy na chrzciny wnuka. Już nigdzie nie jeździmy. Boimy się zostawić dom pusty - nie kryją.

Sąsiedzi numer 1 wielokrotnie próbowali „coś z tym zrobić”. Wydzwaniali do rodziny pana Macieja w Niemczech. Alarmowali sanepid i policję. Nie mogą pojąć, dlaczego sytuacja wciąż jest nierozwiązana. I dlaczego to oni muszą się bać, grodzić i dusić od smrodu.

Sąsiedzi numer 2 tak streszczają sytuację sprzed akcji MPO: „powszechny smród, gołe d..y załatwiających się na widoku żuli, wory śmieci, chmary much”. A jak widzą sytuację dziś?

- Sąsiad nadal wypróżnia się na dworze i tamże wyrzuca fekalia. Poza pozostawionymi lokatorami (na podstawie decyzji komornika) mieszka tam jeszcze dwóch żuli, którzy na czas czynności administracyjnych się oddalają, a wieczorem wracają - relacjonują sąsiedzi nr 2.

Oni także angażowali się w rozwiązanie problemu. Wspierali siostrę pana Macieja, która niedawno specjalnie przyjechała z Niemiec, by jakoś rozwiązać problem. Liczyli na skuteczną interwencję gminy, służb socjalnych, sądu i komornika. Nie doczekali się.

- Najgorsze jest to poczucie bezradności wobec tego, co się dzieje. Indolencja urzędnicza i spychologia są nadal podstawowym orężem urzędników, których priorytetem jest mieć spokój. Wobec jawnego naruszania zasad współżycia społecznego człowiek w tym mieście nie jest w stanie nic zrobić - podsumowują.

Instytucje: „robimy, co możemy”



Komornik pojawił się u pana Macieja tuż przed ekipą MPO. Przyszedł wykonać wyrok Sądu Rejonowego w Toruniu. Ten orzekł, że panowie Maciej i Zdzisław są eksmitowani, bo naruszyli zasady współżycia społecznego i nie mają prawa do lokalu socjalnego. Dom bliźniak wydać mają właścicielce. Stroną w sprawie była też gmina miasto Toruń.

- Eksmisja okazała się niemożliwa do wykonania. Pan Zdzisław jest osobą niepełnosprawną, porusza się na wózku inwalidzkim. Natomiast pan Maciej mieni się jego opiekunem. W myśl przepisów, komornik musiał odstąpić od ich eksmitowania. Ze swej strony robimy jednak wszystko, by jeden z mężczyzn trafił do Domu Pomocy Społecznej, a drugi - do noclegowni - mówi Jarosław Bochenek, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Toruniu.

Dyrektor podkreśla też, że ośrodek już od dawna problem zna i stara się go rozwiązać. - Dwukrotnie wnioskowaliśmy do sądu o przymusowe umieszczenia mężczyzny w domu pomocy społecznej. Za każdym razem sąd odmawiał - zaznacza Jarosław Bochenek.

Proszony o interwencję w sprawie lokatorów z Szosy Lubickiej był też toruński sanepid. Ten, po pierwsze, tłumaczy, że jeśli nie ma podejrzenia choroby zakaźnej, przepisy nie pozwalają mu kontrolować prywatnego mieszkania.

- Wiemy, że ten dom był silnie zarobaczony, fekalia wylewane były do piwnicy, a karaluchy i szczury rozłaziły się na teren innych posesji - relacjonuje Joanna Biowska, rzeczniczka Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Toruniu. - Pomieszczenia były pełne puszek, brudnych naczyń i śmieci. Dominował odór stęchlizny.

Ustalenie tych faktów dla sanepidu wcale nie było proste. - Po alarmujących pismach sąsiadów i MOPR-u, donoszących też o zagrożeniu epidemiologicznym, dwukrotnie udawaliśmy się tam na wizję lokalną. Zawsze w asyście straży miejskiej i pracowników socjalnych. Za każdym razem ten pan nie zgadzał się na nasze wejście - dodaje rzeczniczka.

Ustalenia poczynione zostały zatem na podstawie obserwacji i wywiadu środowiskowego.

W Toruniu problem rośnie z roku na rok. W ubiegłym roku sanepid miał zgłoszonych 12 przypadków uciążliwego zbieractwa, a przez osiem miesięcy obecnego - już 11. - A weźmy pod uwagę, że tylko o części zjawiska jesteśmy informowani - dodaje Joanna Biowska.

Na finał jeszcze pan Maciej



- Chciałbym, żeby w gazecie były jasno napisane trzy rzeczy. Po pierwsze, że nie jestem żadnym zbieraczem. Po drugie, że o dom dbałem, jak umiałem. Dwa lata temu, dla przykładu, wymieniłem okna od frontu. Każde kosztowało 800 zł, a robocizna 100 zł. Po trzecie wreszcie, że dobrze się tutaj czuję i do żadnego DPS-u ani noclegowni nie pójdę. Nikt mnie stąd nie ruszy - kończy pan Maciej.

Sąsiedzi natomiast proszą, żeby o nich nie zapominać. Bo jeśli teraz problem nie będzie rozwiązany, to kiedy?

PS Imiona mężczyzn zostały zmienione

***

Psychiczne zaburzenia i smutne konsekwencje



Zespół Diogenesa oraz syllogomania to zaburzenia, które dotykają głównie osoby starsze.

Zespół Diogenesa to zaburzenie osobowości, objawiające się skrajnym zaniedbywaniem higieny osobistej oraz minimum sanitarnego w mieszkaniu. Dotyka głównie ludzi w podeszłym wieku, żyjących samotnie. Na ogół towarzyszy mu niekontrolowane kompulsywne zbieractwo ogromnej liczby niepotrzebnych przedmiotów, które są potem traktowane jako niezbędne. Charakterystyczne jest też zrywanie kontaktów z najbliższymi i unikanie towarzystwa innych ludzi. Człowiek z zespołem Diogenesa sprawia wrażenie bezdomnego nędzarza, co może nie mieć związku z jego realnym statusem materialnym.

Syllogomania natomiast zaczyna się właśnie od z pozoru niegroźnego bałaganu. Chory nie może powstrzymać się przed kupowaniem (czy przynoszeniem) nowych rzeczy, a starych nie potrafi się pozbyć. Nie ma znaczenia, że są one już niepotrzebne albo popsute. Sprzętów przybywa. Z czasem chory nie może już sobie poradzić z nadmiarem przedmiotów. Zagracają mu mieszkanie, dezorganizują życie, przeszkadzają w pracy, w relacjach sąsiedzkich i rodzinnych. Jednak obsesja ich gromadzenia jest silniejsza niż presja otoczenia.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 16-10-2016 09:27

    Brak ocen 0 0

    - shadow: to jest właśnie Polska

    Odpowiedz