Jak wygląda praca ratownika medycznego? To niezła harówka

Piotr Schutta 2 października 2016, aktualizowano: 30-10-2016 15:22

Niektórzy strzelają do nich albo rzucają w nich nożami. Śmierć bawi się w podchody na każdym dyżurze. Do tego agresja, niewdzięczność, pretensje. Ale nic ich nie zrazi. Uparli się, by ratować bliźniego.

Fot.: Tomasz Czachorowski

Niedawno obchodzili po cichu dziesiątą rocznicę istnienia swojej profesji. Po cichu, bo właściwie nikt o nich nie pamiętał.


Dokładnie 8.09.2006 r. ujrzała światło dzienne ustawa o państwowym ratownictwie medycznym i zawód ratownika medycznego stał się w Polsce faktem. 10 lat to mało. Zbyt mało, by w świadomości przeciętnego Polaka mogło utrwalić się kilka istotnych informacji.

Mama była szczęśliwa


Pierwsza jest taka, że ratownik medyczny to wprawdzie nie lekarz, ale też nie sanitariusz, który dźwiga nosze i nic więcej. Kolejna informacja jest wypadkową tej pierwszej: ratownik medyczny to człowiek po wymagających, specjalistycznych studiach wyższych, przygotowany do przeprowadzenia kilkudziesięciu procedur medycznych i podania całej gamy leków. To ktoś perfekcyjnie wyszkolony w ratowaniu zdrowia i życia drugiego człowieka.

Kamil Wójcik i Patryk Grochowski przed chwilą wrócili z wizyty. Zatrzymanie akcji serca u 80-letniego mężczyzny. Pacjenta udało się uratować. Na elektrostymulacji, pod respiratorem, został przewieziony na sygnale do szpitala. Kolejna mała wygrana ze śmiercią.

- Zawały serca, udary mózgu, obrzęki płuc. Jest ich tyle, że nie zostają w pamięci. Pamięta się niektóre wyjazdy z początków kariery zawodowej, gdy największym problemem był stres, a potem już tylko te najbardziej wyjątkowe, tragiczne lub zaskakujące - mówi Patryk Grochowski. Ma 31 lat. Miał zostać informatykiem, ale już w liceum poczuł, że to nie to. Ukończył studia na Collegium Medicum UMK i od ośmiu lat jest ratownikiem w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Bydgoszczy. O takich jak on mówi się, że pracują w „wyjazdówce”.

- Żaden wyjazd nie jest podobny do drugiego. Pojechaliśmy kiedyś z kolegą do porodu. Byliśmy pewni, że przewieziemy panią na izbę ginekologiczno-położniczą i to wszystko. No nie. Wchodzimy do mieszkania, a akcja porodowa jest tak zaawansowana, że nie ma mowy o żadnym transporcie do szpitala. To był mój pierwszy i jak na razie ostatni poród. Na szczęście bez komplikacji. Urodziła się dziewczynka. Mama była szczęśliwa. Taty nie było na miejscu - opowiada Kamil Wójcik, lat 28. Szczupły, o pogodnej twarzy i spojrzeniu tak uważnym, że ma się wrażenie, iż prześwietla człowieka na wylot. Ratownikiem jest od czterech lat. Uczył się w technikum budowlanym, ale krótko przed maturą przeszło mu zamiłowanie do budownictwa.

- Stwierdziłem, że branża budowlana jednak do mnie nie pasuje - uśmiecha się.

Dzisiaj Grochowski i Wójcik pracują razem, w dwuosobowym podstawowym zespole ratownictwa medycznego, jak podaje oficjalna nomenklatura. To nie pierwszy ich wspólny dyżur. Kiedy są przy pacjencie, prawie ze sobą nie rozmawiają.

- Rozumiemy się bez słów. Nie musimy sobie mówić, co kto ma robić. Kamil sprawdza jeden parametr, ja w tym czasie badam coś innego. Czynności przy pacjencie wykonywane są równolegle - mówi Patryk Grochowski.

Człowiek do wszystkiego


Minęła trzynasta godzina 24-godzinnego dyżuru. Potem będzie doba na odpoczynek i znowu. Ratownik na tak zwanym etacie może zarobić na czysto około 2 tysięcy złotych. To niewiele, zwłaszcza za tak odpowiedzialną pracę. Dlatego wielu z nich decyduje się na własną działalność i zatrudnienie w kilku miejscach, w sumie na dwóch etatach.

Rozmawiamy w ambulansie, wyposażonym w podstawowy sprzęt do monitorowania i ratowania życia ludzkiego. Jest oczywiście defibrylator z elektrodami twardymi typu „łyżka”, jakie czasem można zobaczyć w filmach. Ale to przeszłość. Ratownicy wolą dziś elektrody samoprzylepne.

- Właśnie przed chwilą używaliśmy ich do reanimacji - Patryk Grochowski pokazuje jeden z zestawów. Mają też zestaw porodowy (bywa, że poród odbywa się w karetce). Jest przenośny respirator.

- Używamy go, kiedy jedziemy z pacjentem bez oddechu - tłumaczy ratownik. Jest ssak elektryczny do odsysania wydzieliny z drzewa oskrzelowego. Są nosze (klasyczne na kółkach oraz parciane), krzesełko ślimakowe, które samo zjeżdża po schodach, maski tlenowe, nebulizator (do inhalacji) i masę innych sprzętów, opatrunków oraz leków, o których zastosowaniu ratownicy wiedzą wszystko.

Umieją przeprowadzić kilkadziesiąt procedur medycznych ratujących zycie, w tym kardiowersję (umiarawianie akcji serca za pomocą zsynchronizowanej defibrylacji). Uprawnienia na jej wykonywanie mają dopiero od kwietnia tego roku. Tak naprawdę potrafią zbadać wszystkie możliwe parametry życiowe człowieka - od ciśnienia krwi, tętna, temperatury, przez EKG, aż po pomiar glikemii. Nie są im straszne oparzenia, otwarte złamania, przebite płuca, rany cięte od noża, rany postrzałowe, obrażenia wielonarządowe. Na co dzień oglądają ludzkie ciała zniekształcone w kraksach komunikacyjnych, poszarpane przez maszyny rolnicze lub budowlane, uszkodzone na skutek upadku z wysokości. Radzą sobie ze wszystkim, nie udając jednak, że jest to łatwe. Najtrudniej opanować emocje, gdy niesie się pomoc dzieciom.

A kolega uciekł


- Pamiętam wizytę u trzynastomiesięcznego dziecka, obciążonego kardiologicz-nie. Dzień wcześniej zostało wypisane ze szpitala. Diagnoza: zatrzymanie akcji serca. Zrobiliśmy wszystko. Leki, masaż serca, wentylacja. Nie dało rady. Serce było na tyle schorowane, że nie chciało podjąć pracy - Kamil Wójcik na krótką chwilę przestaje się uśmiechać. - Widzi się rozpacz rodziny. Cierpienie. Ludzie krzyczą, mdleją, hiperwentylują się. Musimy ratować nie tylko dziecko, ale i rodziców. Z takiego wyjazdu człowiek wraca rozbity. Ale wybierając ten zawód, musimy się z tym liczyć. Na szczęście mamy bliskich, którzy to rozumieją - mówią ratownicy.

To było wezwanie, jakich wiele. Pacjent pobudzony, prawdopodobnie pod wpływem środków odurzających. Rutyna.

- Mieliśmy go tylko podjąć z Tesco i przewieźć do szpitala. Policjanci podprowadzili go do karetki, kiedy nagle jednemu z nich wyszarpnął broń z kabury i zaczął strzelać. Oddał kilka strzałów, ranił policjanta i uciekł. Wszystko działo się błyskawicznie, stałem może pół metra obok - Michał Maliszewski, ratownik z pięcioletnim doświadczeniem zawiesza głos. Jego oczy szukają w pokoju niewidzialnego punktu. Całe zdarzenie znowu odtwarza się w pamięci. - Takie sytuacje weryfikują to, kto naprawdę nadaje się do tego zawodu - dodaje.

- Drugi ratownik po prostu się oddalił. Michał został sam. Niewiele się zastanawiał. Szybko przełożył rannego na nosze i na sygnale do szpitala. Na szczęście było blisko. Dzięki temu policjant żyje - wtrąca Piotr Pełczyński, ratownikiem jest od ośmiu lat. Dzisiaj w parze z Maliszewskim. Dyżur zaczęli dwie godziny temu, a już zdążyli uratować jedno życie.

- Wyjechaliśmy do wymiotów i zasłabnięcia, a na miejscu okazało się, że pacjent ma zaburzenia rytmu serca, zagrażające życiu. Ból w klatce piersiowej, ciśnienie nieoznaczalne, utrudniony kontakt, tętno dwieście na minutę. Trzeba było na miejscu działać prądem - opowiada Pełczyński. Kardiowersja powiodła się. Rytm wrócił do normy, stan pacjenta się ustabilizował.

Najpierw bezpieczeństwo własne


- Zapadają w pamięci zwłaszcza te sytuacje, które na karcie wyjazdowej nie wyglądały na szczególnie trudne, a potem okazywało się, że jest dokładnie odwrotnie - Piotr Pełczyński wspomina wyjazd do wypadku, w którym zginęły trzy osoby. - Nie mieliśmy pojęcia, że jest tyle ofiar. Dopiero na miejscu okazało się, że doszło do czołowego zderzenia dwóch pojazdów jadących z dużą prędkością. Strażacy wycinali poszkodowanych zakleszczonych w pojazdach, a my w tym czasie próbowaliśmy działać przeciwbólowo. Spędziliśmy tam trzy godziny, mimo że nic tego nie zapowiadało.

W pamięci ratowników zostanie też ubiegłoroczna tragedia na dyskotece na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym. Trzy osoby zmarły, kilkanaście trafiło do szpitali.

- Z wezwania nie wynikało dokładnie, do czego tak naprawdę jedziemy, bo ci, którzy zgłaszali zdarzenie, byli w panice, w szoku albo pod wpływem alkoholu. Na początku było bardzo ciężko.

Mnóstwo ludzi, niektórzy namolni, odurzeni. Część przeszkadzała, ale też wielu próbowało pomóc - wspomina Patryk Grochowski. Pamięta, że perfekcyjnie zadziałała wówczas komunikacja z dyspozytornią pogotowia i szpitalami. Nie było problemu z rozlokowaniem rannych.

- To był jeden z tych wyjazdów, do których nie sposób się przygotować. Musieliśmy uważać, żeby nikt z tłumu nie zrobił nam krzywdy, a jednocześnie trzeba było nieść pomoc poszkodowanym. Inna sprawa, że nie wszyscy tej pomocy wymagali. Niektórych trzeba było po prostu okiełznać - mówi Michał Tarkowski. W pogotowiu od 4 lat, wcześniej pracował w szpitalnych oddziałach ratunkowych.

Kandydatom na ratowników na studiach wpaja się żelazną zasadę: bezpieczeństwo własne to podstawa. Nie udzielisz pomocy drugiemu, jeśli sam będziesz w niebezpieczeństwie. Od tego zaczyna się każdy algorytm ratowniczego działania.

- Dlatego wycofujemy się i czekamy na policję lub straż pożarną, jeśli czujemy zagrożenie - mówią ratownicy. Ale nie zawsze tak się da.

- Wchodzę do mieszkania, a tu coś leci w moim kierunku. Spojrzałem w kąt. Leżą trzy albo cztery noże. Kobieta mnie potem przepraszała. Myślała, że znowu mąż wrócił - opowiada Michał Tarkowski. - Na zaczepki słowne nie zwracamy już uwagi. Przykre to, bo człowiek stara się wykonywać swój zawód jak najlepiej. Chcemy pomagać, a nie szarpać się z ludźmi.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 12-10-2016 17:45

    Brak ocen 0 0

    - oszczędności: Powiem tyle: kasę w Toruniu marnuje się na pierdoły, a w szpitalach oszczędności, np SOR na Bielanach w poniedziałek ludzi pełno, a pielęgniarka jedna w czerwonym ubranku biegająca od pacjenta do pacjenta z kroplówką, z podsuwaczem, itp. i jeden chirurg przyjmujący chorych i wracający na oddział na zabiegi.

    Odpowiedz

  2. 09-10-2016 12:25

    Brak ocen 0 0

    - tomi: jestescie wspaniali panie i panowie ratownicy zawsze Was podziwialem i podziwiam wielki szacun dla Was...

    Odpowiedz

  3. 03-10-2016 16:45

    Oceniono 11 razy 10 1

    - Lek.. : Kliknąłem ten link i jestem pod wrażeniem jaką wspaniałą robotę odpadają ratownicy MEDYCZNI panowie pełen szacunku...

    Odpowiedz

  4. 03-10-2016 13:24

    Brak ocen 0 0

    - StasP9: stas to nie ja.

    Odpowiedz

  5. 03-10-2016 13:16

    Oceniono 10 razy 9 1

    - Ratownik: Pracuje w tym zawodzie już 10lat. Nie dostałem nawet jednej podwyżki. Około 2lata temu została zmniejszona moja stawka godz. o kilka zł. Jestem na etapie nauki języka i ucieczki z tego kraju bo jak przez 10lat nie było jednego dnia żeby było lepiej, to już chyba nie będzie.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 03-10-2016 11:02

      Oceniono 3 razy 3 0

      - Bartez: Pana Lik proszony jest o dane abyśmy mogli się spotkać w sądzie etyki zawodowej i porozmawiać

      Odpowiedz

    2. 03-10-2016 08:56

      Oceniono 14 razy 13 1

      - stas: Ratownik med to nie lekarz owszem ale ich wiedza i umiejętności niczym sie nie różni jezeli chodzi o medycynę ratunkową. Osobiście znam ratowników którzy wiedza więcej niż nie 1 profesor.

      Odpowiedz

    3. 03-10-2016 08:49

      Oceniono 9 razy 6 3

      - Stas: Módlcie sie aby w chwili kiedy dojdzie do zatrzymania krążenia u Was badz waszej rodziny przyjechali sami ratownicy czyli zespol P wtedy macie szanse by przeżyć!

      Odpowiedz

    4. 03-10-2016 06:28

      Oceniono 5 razy 4 1

      - Mell: Ja uważam że w tym zawodzie są bohaterowie gotowi poświęcić własne życie. Kto uważa że to tylko zwykli sanitariusze niech kliknie link : http://m.youtube.com/watch?v=Ic5Hv3mq AX8

      Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

      1. 03-10-2016 06:22

        Oceniono 4 razy 3 1

        - 999kris: Myślę , że takich komentarzy nie trzeba komentować, brak mi słów !!!

        Odpowiedz

      2. 02-10-2016 23:02

        Oceniono 6 razy 6 0

        - Lukasz: Jak bardzo brakuje mi tej pracy przykre jest to ze zawsze musialem Ja traktowac jako hobby nigdy w naszym kraju nie bedzie wystarczajaco platna zeby mozna bylo utrzymac sie z jesnego etatu dlatego musialem porzucic cos co dawolo mi satysfakcje to bylo Moja pasja w zawodzie juz nie pracuje 8 Lat I wciaz wspominam z sentymentem

        Odpowiedz

      3. 02-10-2016 19:02

        Oceniono 31 razy 29 2

        - Obywatel: Jak bardzo państwo musi nienawidzić swoich obywateli żeby płacić 2 tysiące za taką pracę? Więcej dają za skanowanie kodów kreskowych w markecie...

        Odpowiedz