Jan Wróbel o likwidacji gimnazjów w Polsce

Dorota Kowalska 25 września 2016

„My, nauczyciele historii, od 1795 r. mamy zawsze kłopot z uczeniem historii w szkołach. I mądrzejsi z nas, a zarazem odważniejsi, dają sobie z tym radę lepiej, a tchórzliwsi i głupsi - gorzej. To się prawdopodobnie nie zmieni” - o reformie polskiej szkoły - mówi JAN WRÓBEL, publicysta, nauczyciel, historyk.

Jan Wróbel: - Nie likwidowałbym wszystkich gimnazjów, bo to by oznaczało likwidację także tych szkół, którym się udało.

Fot.: AIP

Jak Pan ocenia reformę polskiej szkoły zapowiedzianą przez Annę Zalewską, ministra edukacji narodowej, i chyba najważniejszy jej punkt, czyli likwidację gimnazjów?




Likwidacja gimnazjów to jest taki papierek lakmusowy, który pokazuje, jak reformujemy w Polsce edukację. Bo reformowano ją w Polsce zawsze pod hasłem, że coś bardzo źle wyszło albo wcale nie wychodzi i trzeba to zlikwidować, a w miejsce zlikwidowanego dopiero posadzić nowy las. Podczas kiedy z gimnazjami sprawa jest taka: wiele gimnazjów okazało się miejscem, w którym młodzież niewiele się uczy, za to ma wiele okazji do uczenia się złych rzeczy i zrobienia sobie krzywdy, a wiele gimnazjów pokazuje, że zespoły nauczycielskie udźwignęły tę odpowiedzialność. Te zespoły stworzyły miejsca, w których młodzież nie tylko się uczy, ale przede wszystkim ma jakieś doświadczenia dobre i złe, ale służące szkole i służące tym młodym ludziom. Teoretycznie więc rzecz ujmując, w państwie idealnym reforma edukacji polegałaby na tym, że te gimnazja, którym się powiodło, zostają i pączkują tak, aby coraz więcej gimnazjów przeszło na dobrą stronę. W praktycznym modelu państwa polskiego reforma edukacji polega na założeniu, że ponieważ wiele gimnazjów jest złych, to zamkniemy wszystkie, a w to miejsce przyniesiemy papierowy projekt.

Mam wrażenie, że w ogóle gimnazja od samego początku mają grupę zażartych zwolenników i przeciwników. Skąd to się wzięło?



Rozmawia pani z kimś, kto nigdy nie był zwolennikiem gimnazjów. Odkąd pamiętam, byłem i jestem zwolennikiem czteroletnich liceów albo czteroletnich szkół technicznych, sam współzakładałem niedawno czteroletnie liceum. Więc rozmawia pani z kimś, kto słowem i czynem udowodnił, że woli czteroletnie liceum, do gimnazjów miałem zawsze stosunek pełen wstrzemięźliwości. Ja bym gimnazjów w Polsce nie wprowadził, gdybym był dziesięć czy piętnaście lat temu u władzy. Natomiast trzeba umieć, mówiąc o edukacji, a zwłaszcza podejmując decyzje w sprawach edukacyjnych, oddzielić zespół przekonań od tego, co widać gołym okiem. A gołym okiem widać, że wielu gimnazjom w Polsce się udało. Udało się ogromnym wysiłkiem, bo to była zawsze jazda pod górę i teraz każdy dobry reformator musi te dobre rzeczy, które już istnieją, ochronić przed reformą, a nie położyć je na ołtarzu reformy, mówiąc, że ponieważ w ogóle będzie przyrost dobra, to możemy zniszczyć te rzeczy, które działają dobrze. Nie prawicowy wcale myśliciel, ale Włodzimierz Lenin mówił: Nie można zrobić omletu, nie rozbijając jajek. I te słowa uchodzą, nie tylko na prawicy, ale wśród wielu porządnych ludzi, za dewizę cyniczną i godną odrzucenia. Trzeba ze smutkiem powiedzieć, że ta reforma, czy ma dobre, czy złe strony, idzie zgodnie z maksymą, że skoro chcemy zrobić omlet, to rozbijamy jajka.

Pan by gimnazjów teraz nie likwidował?



Zacząłbym od utworzenia takiej złotej księgi tych miejsc na mapie edukacji polskiej, w tym gimnazjalnej, które wyszły, które idą dobrze. I wokół nich budowałbym nowy, lepszy, bo zawsze można stworzyć coś lepszego, system. Nie likwidowałbym wszystkich gimnazjów, które są, bo to oznaczałoby likwidację gimnazjów złych i gimnazjów dobrych.

A nie boi się Pan, że do polskiego szkolnictwa wkradnie się bałagan?



Prawdę mówiąc, niestraszny mi bałagan w polskim szkolnictwie. Bo co to takiego ten porządek w szkolnictwie, który nagle okazuje się podstawową wartością edukacji? Podstawową wartością edukacji nie jest porządek, nie jest też to, żeby wszyscy o tej samej porze znaleźli się w klasie zaznaczonej na schemacie edukacyjnym. To nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, żeby młodzi ludzie znaleźli w szkołach osoby od siebie starsze, bardziej doświadczone i próbujące się podzielić tym, co wiedzą. I do tego akurat porządek jest tylko w minimalnym stopniu potrzebny. Zarówno media, jak i eksperci oświatowi mają takie swoje fazy, mówiąc kolokwialnie. I teraz mamy fazę na bałagan. Największym nieszczęściem polskiej edukacji jest co innego. Za kilka lat może będziemy mieć fazę na rutynę i może okazać się, że to ona będzie największą bolączką polskiej edukacji, więc będziemy tęsknić do bałaganu.

Myśli Pan, że na tej reformie stracą nauczyciele, że część będzie musiała odejść?



Szczerze mówiąc, wszystkie wiarygodne wyliczenia wskazują na to, że nauczycieli będzie mniej, co wynika z takiego połączenia reformy z niżem demograficznym. Tym bardziej skłania mnie to do obrony poglądu, że te szkoły, które dają radę i - zaznaczam - nie chodzi o to, że mają dobre miejsca w rankingach. Wiele bardzo dobrych zespołów nauczycielskich pracuje w szkołach z młodzieżą bez wyników rankingowych i są to świetne szkoły. Szkoły, w których młodzież zaczęła chodzić do szkoły, przestała nawet wagarować z lekcji wychowania fizycznego. To są te dobre szkoły i trzeba je koniecznie próbować zachować, jakiejkolwiek by reformę wyprodukować.

Nie martwi Pana, że jest zapowiedziana reforma, a do tej pory nie znamy podstawy programowej, którą będzie szła młodzież?



O, kolejna faza. Widzi pani, ja nauczycieli - z grubsza rzecz biorąc - dzielę na kucharzy i kelnerów. Kelnerzy to ci, którzy czekają cały czas z założonymi rekami na to, co kuchnia wyprodukuje. Jak kuchnia nie daje im niczego do ręki, to przychodzą do klienta i podają odgrzewane dania sprzed 10 lat albo mówią, że niczego niestety nie mamy. A kucharze robią sami: wchodzą do kuchni, zakasują rękawy. Nauczyciel, zwłaszcza doświadczony, a takich jest w polskich szkołach bardzo wielu, który nie wie, czego ma uczyć młodzież, to jest przecież nauczyciel, do którego się wreszcie los uśmiechnął. „Nie wie”, bo nie przysłali mu wskazówek, bez których nie mógłby zacząć, i on bez tych wskazówek uczy wreszcie tego, co młodzież najlepiej rozumie, co młodzieży najbardziej wychodzi. Rozumiem, że nie może być w szkole takiej zupełnie wolnoamerykanki, bo może pojawiliby się nauczyciele uczący zupełnych głupot, bo niczego innego sami nie umieją albo są psychicznie zdewastowani, i tak też by uczyli. Natomiast kolejna mantra, którą teraz słyszę, że nauczyciele domagają się jasnych podstaw programowych, przeraża mnie, bo to wołania kelnera o to, żeby mu ministerstwo przywiozło do garkuchni wielki gar z zupą.

Więc - Pana zdaniem - nauczyciele nie powinni przejmować się podstawą programową, tylko uczyć tego, co uważają za słuszne?



Myślę, że najpierw nauczyciel musi ułożyć sobie w głowie, czego chce uczyć, bo to ważne dla uczniów i przyda im się w życiu, a dopiero potem zerknąć do podstawy programowej, na ile ona jest z nim zgodna i jakoś tam iść na kompromis z tą podstawą.

Ale przecież na egzaminach, choćby na maturze, ważne jest to, co zawiera podstawa programowa, prawda?



Proszę się nie obrazić, ale powiem kąśliwie, że jest to jeden z tych podnoszonych mitów, takie gadanie o niedźwiedziu w górach, w których nigdy nie było niedźwiedzia. Otóż niektóre treści uczone w szkołach to są treści prowadzące prosto do testów maturalnych, ale ogromna większość nie. Większość przedmiotów w ogóle nie kończy się maturą, bo uczeń musi zdać egzamin tylko z trzech przedmiotów, prawda? A uczył się w procesie szkoły gimnazjalnej i licealnej ze dwudziestu przynajmniej. Zakładamy, że uczymy rzeczy potrzebnych uczniowi. Uczymy uczniów geografii, chociaż z reguły nie zdają z niej matury, ale uważamy, my, doroślejsi od nich, bardziej doświadczeni, że człowiekowi dobrze to robi na głowę, jak wie, na jakim świecie żyje. I wybaczy pani, ale nauczyciel geografii nie potrzebuje podstawy programowej, żeby sobie wyrozumieć, czego uczeń potrzebuje, żeby sobie w życiu dać radę.


Politycy opozycji podnoszą, że nie znamy dzisiaj jeszcze nowej podstawy programowej, bo taka na przykład historia pisana będzie od nowa i młodzież uczyć się będzie na przykład o zamachu w Smoleńsku. Pan podziela te niepokoje?


Zazwyczaj tak jest, że jak mowa jest o edukacji, to tak naprawdę mowa jest tylko o liście lektur z polskiego i o historii, bo to są dwie dziedziny, które ogarnąć może każdy człowiek jako tako wykształcony, prawda? Natomiast gdybyśmy zaczęli rozmawiać o chemii czy o tej geografii, to nagle okazuje się, że nie mamy wspólnego języka, bo tylko nas historia i polski jako tako łączą. Więc mówimy o rzeczy bardzo poważnej. Nie wykluczam, że wskutek pewnego zapału narodowo-reformatorskiego MEN z historii zaproponuje akurat taką podstawę programową, która w tematach nam współczesnych czy historycznych będzie bardzo wąska, nie będzie szła szeroką ławą, jak do tej pory. Ale też, mówiąc zupełnie brutalnie, my, nauczyciele historii, od mniej więcej 1795 r. mamy zawsze ten kłopot z uczeniem historii w szkołach. I mądrzejsi z nas, a zarazem odważniejsi, dają sobie z tym radę lepiej, a tchórzliwsi i głupsi - gorzej. To się prawdopodobnie nie zmieni.

Czytaj także: Bezpieczeństwo w internecie

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 27-09-2016 20:24

    Oceniono 4 razy 3 1

    - tama: Racjonalny pogląd p.Wróbla - nauczyciela i redaktora z wyjątkiem utrzymania części gimnazjów/dobrze dotartych/ stwarzających chaos systemowy .

    Odpowiedz

  2. 26-09-2016 16:08

    Oceniono 7 razy 2 5

    - LZ: dziennikarzyna na żenującym poziomie - skąd IDIOTA ma wiedzę o zamachu w Smoleńsku???

    Odpowiedz

  3. 26-09-2016 07:55

    Oceniono 19 razy 10 9

    - ccc: Gimnazjum (lub głąbonazjum, gimbaza (łac. nagi); Gniazdo Idiotów, Matołów, Niedorozwojów, Anormalnych Zwyrodnialców Jednocześnie Udających Mądrych) – miejsce reedukacji nieletnich bandytów, handlu roślinkami oraz picia napojów produkcji ojczystej. Większość uczniów traktuje je jako okres przejściowy i ma naukę w głębokim poważaniu. Część z nich przypomina sobie o czymś takim jak podręczniki i nauka dopiero wtedy, kiedy grozi im oddelegowanie z tej jakże wychowującej (albo i nie) placówki. Większość gimnazjów to wielkie zbiorowiska dresiarzy, gimbusów, idiotów, debili, luzaków, emo, dzieci neo, pokemonów, kindermetali, pedałów, kindergotów i maniaków Tokio Hotel, Blog 27, Epulsa, GTA, Metina, Margonema, Minecrafta, LoL'a czy CS'a. Uczy się ich nieco bardziej zaawansowanej wiedzy, niż w szkole podstawowej i w przedszkolu. Gimnazjum składa się z trzech klas, każda z innym poziomem trudności. Generalnie poziom wiedzy uczniów drastycznie spada wraz z każdą kolejną klasą, aż w końcu stają się głupsi niż przed podstawówką. 50% inteligencji polskiej uważa, iż gimnazja należy zburzyć, spalić, zaorać i posypać solą, żeby nigdy więcej się nie odrodziły. Drugie 50% uważa gimnazja za świętość na której opiera się nasza cywilizacja. Trzecie 50% nie ma zdania jak statystyczny Polak podczas wyborów samorządowych.

    Pokaż odpowiedzi (4) Odpowiedz

    1. 25-09-2016 22:26

      Oceniono 10 razy 5 5

      - ja: Wróbel dobrze ćwierkasz.

      Odpowiedz