Gospodarstwo w Annowie. Robotnicy zniewoleni, upodleni, zastraszeni

Katarzyna Bogucka 25 września 2016

Bicie, dręczenie nie dwóch osób, co odkryła w ostatnich dniach policja, lecz może i dużo więcej . Nasz informator podaje, że wykorzystywanych parobków w ciągu 20 lat mogło być w Annowie nawet ponad stu!

Broń z kotłowni państwa H. Nasz ekspert ocenił, że być może to rewolwer hukowy, na długie naboje hukowe...

Fot.: Policja

Wojciech H. od bodaj ćwierć wieku kręci pogrzebowe wieńce na jednym z bydgoskich rynków. To dla zmarłych. Dla żywych ma drób, jajka, grzyby. Jedni o jowialnym panu, usadowionym przy wejściu na targ, mówią: „swój chłop”, bo też posturą i żarem w głosie może budzić zaufanie gawiedzi. Inni na jego wspomnienie spluwają pogardliwie. I się mądrzą, że już oni coś tam przeczuwali. Przeczuwali do ubiegłego czwartku, do dnia aresztowania handlarza i wieści, która rozniosła się po regionie lotem błyskawicy: „H. dręczył ludzi!”.


Tyle tylko, że słowo „dręczył” za nic nie oddaje grozy bijącej z niedawnego policyjnego komunikatu oraz z sądowych akt sprawy, dotyczącej przestępstwa, którego Wojciech H. dopuścił się kilknaście lat temu, i wreszcie z zeznań dobrze poinformowanej osoby, która zgłosiła się do „Expressu” po naszej pierwszej publikacji na temat rodziny H., i dorzuciła jeszcze ostrzejszą porcję dramatu. O tym jednak za chwilę.

Wojciech H. (62 l.) i Maria H.(59 l.), gospodarze z Annowa (ludzie mówią, że mają ze 40 arów, ale utrzymują się głównie z „pogrzebówki”) w ubiegłym tygodniu usłyszeli zarzut nieludzkiego traktowania bezdomnych mężczyzn, najętych przez nich - za niewiele więcej niż miskę zupy - do pracy w gospodarstwie. Sprawa wyszła na jaw, gdy jeden z torturowanych od prawie roku parobków, pan Waldemar (ma 45 lat, ale wygląda na więcej: cherlawy, wystraszony, nie ma zębów, bełkoce) próbował popełnić samobójstwo, wbijając sobie nóż w szyję. Drugi pracownik zniknął po tym, jak policja podała mu adresy lokalnych noclegowni. Podobno się ukrywa. We wsi nikt nie wie, gdzie.

- U nas to nie, pewnie by się bał - mówią małżonkowie z pobliskiej wioski. I zaraz się żegnają. Bo jeszcze im kto dom spali za gadulstwo. Oglądają się nerwowo na każdy samochód. A nuż to H.?



Pan Waldek wyznał, że chciał ze sobą skończyć, bo był bity pogrzebaczem, kijem, bo przypalano go papierosem i obelżywie wyzywano. Nie miał ani siły, ani możliwości, żeby z tego piekła uciec. Po tym zeznaniu dom targowego wieńcarza osaczyli antyterroryści, na wypadek, gdyby się okazało, że i uwięzionych i i ch oprawców jest w obejściu więcej. Do obsługiwania tego, jak mówią mieszkańcy okolic Annowa, obozu pracy, wystarczyć jednak miały trzy osoby, choć w areszcie siedzi obecnie jedynie ojciec, Wojciech H. Wiejska opinia publiczna nie ma o nim najlepszego zdania, a i w sądzie znalazło się co nieco.
W tej norze mieli być miesiącami przetrzymywani pracownicy  gospodarstwa rolniczego w Annowie.

fot. Policja

W tej norze mieli być miesiącami przetrzymywani pracownicy gospodarstwa rolniczego w Annowie.


W styczniu 2014 r. gospodarz został skazany z artykułu 207 Kodeksu karnego, czyli za znęcanie się fizyczne i psychiczne. Zdarzenia dotyczące przemocy obejmują okres od lipca 2009 r. do lutego 2010 r.. Ofiarą był pan W. M. Gospodarz H., oględnie mówiąc, nie zapewnił mu godnych warunków bytowych. Pracownik mieszkał w brudnej i ciasnej kotłowni, nie miał dostępu do łazienki. Był bity, szarpany, poniżany, wyzywany. Druga sprawa - identyczne zarzuty - rozciąga się na lata 2004 - 2011. Poszkodowany to J. K. Sprawca H. został łącznie skazany na 10 miesięcy więzienia. Sędzia zadecydował o warunkowym zawieszeniu kary na 2 lata.


Czytaj także: Mord w Smogorzewcu i wypadek w Czernikówku



Skontaktował się z nami jeden ze świadków tamtych wydarzeń sprzed lat: - Widziałem, co się wtedy działo w Annowie. Organizowałem ucieczkę jednego z tych nieszcześników - twierdzi nasz informator. Maluje upiorny obraz brudnej kotłowni (tej samej, która służyła lokatorom i dziś) i zamykanych w niej na noc na kłódkę i łańcuch pracowników, werbowanych w Bydgoszczy. Rekrutacja odbywała się w gronie, mówiąc bez ogródek, żuli: bezdomnych, alkoholikow, ale i chorych psychicznie, osób ściganych listem gończym, mężczyzn kręcących się wokół targowiska i ich kumpli. Świadek twierdzi, że najemnikom zabierano buty, i dowody osobiste, jeśli je mieli. Mówi o przeterminowanej żywności, którą H. miał brać od handlarzy z targu i karmić nią robotników, o tanim alkoholu, którym miał ich częstować każdego wieczora. Zupa i promile były wabikami. Nikt z częstowanych nie przeczuwał, jak trudno będzie się z tej pułapki wydostać. Ten proceder miał rzekomo trwać nawet 20 lat!

Robotnicy Wojciecha H. „organizowali” m.in. świerk na pogrzebowe wieńce, ale i jego krewnego przyłapywano w lesie na stroiszowych łowach. Od mieszkańców wsi dowiedzieliśmy się też o parze bezdomnych żyjących w domku - ruinie, która dla H. zbierała grzyby i inne leśne dary. W zasadzie to bezdomni, tania siła robocza, obsługiwali gospodarstwo państwa H.

Na bydgoskim targowisku, które po ostatnich wydarzeniach aż wrze, spotykamy klientkę Wojciecha H. Kobieta kupiła od niego kurę. - Stragan niechlujny, sprzedawca też, ale chciałam wiejską kurę na rosół. Babka przede mną brała kaczkę. I krew na czerninę. Z samochodu przyniósł ją na polecenie sprzedawcy jakiś starszy wycieńczony człowiek. Zapamiętałam polecenie handlarza: „Szczurku, przyniesiesz mi trochę kaczej krwi z samochodu?”. I szczurek poczłapał, a mnie wtedy to miano rozśmieszyło...



Świadek zdarzeń sprzed lat tak relacjonuje ucieczkę jednego z robotników: - Zabrałem tego człowieka, dotargałem go do stacji benzynowej i tam wstawiłem pod prysznic. Ten chłop był aż czarny, lepił się od brudu. W łazience spędził dobre dwie godziny, aż podejrzliwe pracownice stacji zapytały, czy aby kąpiący się człowiek jeszcze żyje...

Prosto spod prysznica robotnik i jego wybawiciel pojechali na policję. Niewolnik złożył zeznania. Mówił to samo, co dzisiejsze ofiary. Że dostawał po głowie, nerkach, że np. za to, że nie rozpalił w piecu, były baty, że tyrał jak wół. I o potwornym strachu.

Wielu pracownikom podobno udało się z Annowa zbiec. Wielu, bo przez dom państwa H. przez ostatnie 20 lat mogło się przewinąć, jak podaje nasz informator, ponad stu „pomagierów”...


Z drugiej strony:



Byliśmy pod domem państwa H. w Annowie. Wyszedł do nas syn pana Wojciecha H., Patryk. Był spokojny, ale niezadowolony z obecności mediów, które od tygodnia interesują się tą sprawą. Powiedział, że jego rodzina jest niewinna, że oskarżenie opiera się na zeznaniach osób chorych psychicznie, m.in. hospitalizowanych w specjalistycznym szpitalu w Świeciu. Rodzina wynajęła adwokata, który ma pomóc oczyścić się H. z zarzutów. Rozmowę przerwaliśmy na wyraźne życzenie kobiety stojącej w drzwiach....

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 26-09-2016 10:38

    Oceniono 4 razy 4 0

    - michał: takich gnoji pseudo pracodawcow jest multum tylko ludzie boja sie zglosic ze straca te jedyne zrodlo jakiegos tam dochodu zalosnego,nasilic kontrole itd

    Odpowiedz

  2. 25-09-2016 18:32

    Oceniono 4 razy 0 4

    - przedwojenny: coz to za przedwojenny język : parobki !! pewnie dr polonistyki z redakcyji urlopuje

    Odpowiedz