Pracownicze grzybobrania. W PRL-u lepszy rydz...

Krzysztof Błażejewski 25 września 2016, aktualizowano: 25-09-2016 15:13

Brały w nich udział miliony Polaków. Na przełomie lata i jesieni związki zawodowe urządzały pracownicze grzybobrania. Dla jednych była to okazja od wzbogacenia menu, dla innych - czas relaksu.

Jedną z największych imprez w naszym regionie jest grzybobranie na polanie , organizowane rokrocznie w podtoruńskiej Barbarce

Fot.: Sławomir Kowalski

Polska nie jest jedynym krajem, w którym masowo zbiera się leśne grzyby, ale z pewnością należy do europejskiej czołówki. Podobno jest u nas nawet 10 milionów grzybiarzy, choć przecież w liczbie tej są zarówno tacy, którzy ze zbierania żyją, pasjonaci, pędzący do lasu każdego wolnego dnia, jak i członkowie rodzin, tylko uczestniczący sporadycznie w masowych „łowach”. To sprawa tradycji, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, pięknie opisanej przez Jędrzeja Kitowicza czy Adama Mickiewicza („Pan Tadeusz”).


W naszym regionie wstęp do lasów w czasach pruskich był płatny, od zebranych grzybów trzeba było zapłacić podatek. Po odrodzeniu Rzeczypospolitej te zasady zniesiono. Dla większości mieszkańców wsi było to prawdziwe dobrodziejstwo, uzupełnienie jadłospisu i okaz-ja do zarobku. Tak już zostało do dziś.

Szczególnie zasłużone dla popularyzacji zbierania grzybów były lata 50. Zaczęto wówczas organizować masowe grzybobrania. Na przykład w 1952 r. zarząd oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w ramach „Jesiennego festiwalu turystycznego” zorganizował piesze i rowerowe wycieczki na grzybobranie. Piesi z Bydgoszczy mieli za zadanie dojechać koleją do Maksymilianowa, piesi z Torunia - do Barbarki. Stamtąd, zbierając po drodze leśne trofea, mieli wrócić do miasta i pochwalić się zdobyczą. Bydgoska wyprawa rowerowa jechała do Smukały i Tryszczyna, toruńska - do Suchatówki. Po powrocie wręczono trofea w 5 kategoriach: za najpiękniejszego borowika, za najwięcej borowików, dla najmłod-szego, najstarszego i największego pe-chowca.

Po drodze do i z pracy



Dekadę później nie było chyba zakładu pracy, w którym związki ze środków funduszu socjalnego nie organizowałyby wycieczek na grzybobranie.

- My mieliśmy o tyle specyficzną sytuację, że zakład położony był na rozległych leśnych terenach - wspomina Antoni Rosołowicz, były dyrektor ds. pracowniczych bydgoskich Zakładów Chemicznych. - Z tego samego powodu liczni pracownicy Zachemu nie zbierali grzybów poza terenem zakładu, lecz w drodze na stanowisko pracy, podczas przerwy śniadaniowej, w drodze powrotnej. Nie należał wcale do rzadkości widok w zakładowych autobusach, dowożących pracowników poszczególnych wydziałów do bram wyjściowych, siatek i toreb, wypełnionych zebranymi po drodze grzybami.

- Nasze związki organizowały od połowy września dwudniowe wyjazdy na grzybobranie do ośrodka Zachemu w Tucznie pod Wałczem, który już wówczas stał pusty, a dookoła były bardzo grzybne lasy - dodaje Rosołowicz. - Te wyjazdy cieszyły się sporym powodzeniem, bywały soboty, kiedy podstawiano pod zakładową główną bramę nawet po cztery autokary naraz. Nie wszyscy wracali jednak z leśnymi trofeami, część wycieczkowiczów wolała robić co innego, niż chodzić po lesie...


W bory, w bory, miły bracie...



Grzegorz Maciejewski jako związkowiec pomagał przy organizacji zakładowych grzybobrań w toruńskim „Merinotek-sie”. - W zakładzie w większości pracowały kobiety, które chętnie zapisywały się na wyjazdy autokarem na grzyby, z reguły ze swoimi mężami i dziećmi. W związku z tym kłopotliwa stawała się praca na zmiany. Trzeba było przesuwać godziny pracy, a już najtrudniej było je dopasować, kiedy na grzyby chciało jechać małżeństwo. My organizowaliśmy wypady w Bory Tucholskie. Zawsze starałem się, aby przy okazji coś jeszcze można było zwiedzić albo zobaczyć po drodze. Organizowałem też konkursy na znalezienie największego borowika albo na zebranie najwięcej grzybów.

Sznur autokarów



- W latach 70. i 80. wszystkie niedziele września i te do połowy października były okresem masowego najazdu grzybiarzy - wspomina Stanisław Wegner, były pracownik nadleśnictwa w Borach Tucholskich. - Dla nas był to zły okres. Nie było jeszcze wówczas tak wielu leśnych parkingów jak dziś, więc z reguły wielkie autokary zatrzymywały się na poboczu, tamowały ruch, rozjeżdżały ściółkę. Przyjeżdżający niekiedy pierwszy raz byli w lesie, ryli w podłożu, deptali wszystkie napotkane grzyby, łamali drzewa, śmiecili bez umiaru. Leśnicy skarżyli się zawsze w poniedziałek na bałagan, jaki zastawali w lesie, zwłaszcza na leżące przy drogach sterty butelek po piwie i wódce. Dobry humor przywracała nam myśl o tych wszystkich, którzy się gubili w lesie i godzinami nie mogli znaleźć autokaru.

- Pamiętam szczególnie taką wycieczkę już z początku lat dziewięćdziesiątych - opowiada Karol Bilski z Inowrocławia. - Pojechaliśmy z naszej huty na dwa dni w Bory Tucholskie. Nocleg mieliśmy zaklepany w stanicy PTTK w Cekcynie. Od razu, kiedy tylko autokar ruszył, w rękach jadących pojawiły się butelki, a po pół godzinie wszyscy śpiewali „Szła dzieweczka...” i podobne przeboje. Najpierw zbieraliśmy grzyby w Świcie koło Tucholi, ale tam ich brakowało, więc pojechaliśmy pod Tleń. Tego sznura autokarów, jaki zobaczyliśmy w okolicach „Samotnej”, nie zapomnę nigdy. Jakich tam rejestracji nie było... Łódź, Śląsk, Warszawa, Bydgoszcz, Toruń, Elbląg, nawet Olsztyn. Rejwach był niesamowity. Jedni szukali swojego autokaru, inni siedzieli w rowach przydrożnych, „polewając” do kieliszków, inni jeszcze, już „zmęczeni”, spali na trawie. Dopiero pod wieczór zrobiło się pusto. Kiedy dotarliśmy na nocleg, czekała nas niespodzianka - ognisko z kiełbaskami. Rano większość miała kłopot ze wstaniem, więc ruszyliśmy w las dopiero koło południa. Pogoda była piękna, więc wyjazd był w sumie udany, choć zebrałem może pół wiadra kurek, bo tamten rok był wybitnie niegrzybowy.

Czytaj także: Portale społecznościowe. Jak zarządzać prywatnością?



Choć wielkich zakładów już nie ma, takie wycieczki nadal są organizowane, choć w dużo mniejszej skali. Odbywają się też festiwale grzyboznawcze, m.in. w Tucholi, w Internecie można znaleźć ogłoszenia gospodarstw agroturystycznych i ośrodków wypoczynkowych, zapraszających grzybiarzy głównie w Bory Tucholskie i na Mazury. Na wyposażeniu wynajmowanych pokojów standardowo już są... suszarki do grzybów.


Grzyby w Europie



Zbieranie grzybów jest bardzo popularne w Rosji i innych krajach wschodniej Europy, a także na Bałkanach oraz na Półwyspie Skandynawskim. Odmienna sytuacja ma miejsce na zachodzie kontynentu. W Niemczech wolno zebrać tylko jeden koszyk albo porcję na jeden posiłek. W Wielkiej Brytanii i Francji już od XIX w. nie wolno zbierać grzybów bez zgody właściciela lasu czy łąki, we Francji nie wolno nimi handlować. Dlatego w tych krajach jada się głównie pieczarki i... trufle.

Zobacz także


Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (26) »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 25-09-2016 15:37

    Oceniono 2 razy 1 1

    - rymownik wysoko oceniony : witam redaktora od staroci grzybobranie na polanie: Wszystkim się zdawalo /A.Mickiewicz/ ze to grzyb a to mohery są

    Odpowiedz