Od 77 lat mieszkają za granicą. I mówią, że tam też jest Polska

Krzysztof Błażejewski 18 września 2016

W 1939 roku Polska straciła swoje kresy wschodnie. Krainę, gdzie także i dziś nadal spotkać można naszych rodaków, którzy w większości na dźwięk naszej mowy mają oczy pełne łez.

Dąb, zasadzony uroczyście w 1936 r. w miejscu urodzin Józefa Piłsudskiego w Zułowie na Litwie, nadal stoi.

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (7) »




Kiedy pierwszy raz pojechałem na dawne kresy wschodnie, utracone przez Polskę w wyniku agresji Armii Czerwonej, rozpoczętej 17 września 1939 roku, wybrałem się na spacer wzdłuż Wilii. Napotkanej pasterce krów powiedziałem odruchowo „Dzień dobry!”, po czym natychmiast zostałem przepytany na okoliczność, skąd i po co tu przyjechałem. Ciekawska kobieta mówiła oczywiście po polsku z pięknym kresowym zaśpiewem. Wysłuchawszy tego, co miałem do powiedzenia, wzruszyła ramionami: - Z Polski przyjechał, a tak słabo po polsku mówi...

Od tamtej pory przejechałem praktycznie całe dawne kresy. Miałem szukać ledwie widocznych śladów przeszłości, a co krok odnajdywałem żywe znaki polskości. Nocowałem w domach, klasztorach, kościołach. Poznałem wielu Polaków, tak od siebie różnych, jak złożony jest każdy naród, bogaty swoją różnorodnością. Po oderwaniu od Polski dawne kresy rozpoczęły swój własny żywot...

PRZECZYTAJ: Kresy zapomnianych mogił

Oblicze dawnych ziem wschodnich Rzeczypospolitej uległo zasadniczej przemianie w 1945 roku. To wówczas odbyła się masowa „repatriacja” na ziemie, które z woli Stalina miały należeć do nowej Polski. Chichotem zza grobu trzeba nazwać sztuczkę komunistycznej propagandy, która potrafiła wmówić Polakom, że z dawnych kresów „wracają” do „prawdziwych ziem polskich”. I dziś nie mówi się inaczej o masowym przemieszczeniu milionów Polaków zza Bugu niż „repatriacja”, zamiast właściwszego słowa „ekspatriacja” (wysiedlenie). Trudno zrozumieć, dlaczego nadal cała Polska uważa, że Polacy po 1945 roku wrócili do kraju, a Niemcy z naszych ziem zachodnich zostali „wypędzeni”. A takiego właśnie języka się używa. Nieraz słyszałem za naszą wschodnią granicą pretensje właśnie o to jedno słowo. I - bolesne „zapomnieliście o nas...”

W którą stronę się żegnasz?


Tych wygnańców przyjmowały także nasze miasta i wsie, kujawsko-pomorskie. Tysiące dawnych kresowiaków osiadły w Toruniu, przywiozły nawet ze sobą uniwersytet, wywarły ogromny wpływ na dalszy rozwój miasta. Nieco mniejsza, ale także kilkutysięczna rzesza przesiedleńców zadomowiła się w Bydgoszczy.

W Zabołociu, przysiółku na Białorusi, gdzie nie zajrzał żaden przyjezdny Polak od 1945 roku, stara kobieta, którą zagadnąłem po polsku, chciała całować mnie po rękach.


W końcu lat 40. za sprawą propagandystów PRL-u nad dawnymi polskimi kresami zapadła kurtyna milczenia. Oficjalnie za granicą wschodnią nie było w ogóle Polaków, nie tylko teraz, ale i w przeszłości, co najwyżej plątali się tam w historii spolonizowani magnaci lub nasze wojska podczas łupieżczej wyprawy, pacyfikujące niewinnych ukraińskich czy białoruskich chłopów.

Prawo do istnienia dawnych wschodnich kresów w świadomości współczesnych Polacy odzyskali dopiero po 1989 roku. To wówczas zaczęto masowo powoływać towarzystwa miłośników poszczególnych miast i ziem, organizować wycieczki na kresy. Za naszą wschodnią granicą pojawiły się polskie towarzystwa i stowarzyszenia, zaczęły się odradzać katolickie kościoły i zakony - podstawowe do dziś na ziemiach, gdzie ścierają się ze sobą różne religie, wyznania i ich odłamy - wyróżniki Polaka i w ogóle polskości. Nadal za Niemnem i Bugiem najważniejsze dla miejscowych jest to, w którą stronę się żegnasz...

PRZECZYTAJ: Nie piszcie już na Berdyczów

Z siedmiu krajów, których dzisiejsze terytoria wchodziły w skład dawnych polskich kresów, najsilniej polska świadomość, polski żywioł przetrwał do teraz na Litwie, w okolicach Wilna. Są tam całe osiedla i wsie, w których mieszkają niemal wyłącznie Polacy lub małżeństwa mieszane. To wynik tego, że w 1945 roku wysiedlono Polaków z Wilna, po czym akcję zahamowano. Kto uprawiałby na obecnej Wileńszczyźnie ziemię, gdyby nie Polacy? Litwinów było za mało, a ZSRR zbyt wielki, by była nadwyżka siły roboczej w rolnictwie.

Podwileńscy Polacy przenoszą się powoli do miasta, po okresie rozbicia wewnętrznego i wielkich sporów - wielu z nich sprzeciwiało się odrodzeniu niepodległej Litwy, popierając mieszkających tam także Rosjan. Mają swoje szkoły, domy kultury, organizacje społeczne, partie. Nauczyli się upominać o polskie nazwiska, tablice na domach i ulicach. Kontaktują się z Polakami chętnie, ale chcą zachować swoją odrębność. Już wiadomo, że polskość w tym rejonie nie wygaśnie przez wiele jeszcze lat.

Pierwszy Polak... po wojnie


Silne ośrodki polskie są także we Lwowie, w Winnicy i Żytomierzu na Ukrainie, w Grodnie, Pińsku i Mińsku na Białorusi, a nawet w Odessie i Mołdawii. Najgorzej jest w tej chwili na Łotwie, gdzie niegdyś 60-tysięczna polska diaspora rozproszyła się, jakby przestała istnieć. I na Wołyniu oraz Podolu, gdzie rzeź, dokonana przez Ukraińców w czasie wojny, sprawiła, że nasi rodacy uciekli stamtąd, zostawiając po sobie tylko zgliszcza i ledwie możliwe do odszukania, zarośnięte cmentarze.

Chichotem zza grobu trzeba nazwać sztuczkę komunistycznej propagandy, która potrafiła wmówić Polakom, że z dawnych kresów „wracają” do „prawdziwych ziem polskich”.


Podróże na kresy to niekończąca się seria niespodzianek, zaskoczeń i wzruszeń. Zupełnie niezwykłych, możliwych do przeżycia tylko tam. Jak w Zabołociu, przysiółku na Białorusi, gdzie nie zajrzał żaden przyjezdny Polak od 1945 roku. Stara kobieta, którą zagadnąłem po polsku, chciała całować mnie po rękach, a potem na kolanach głośno dziękowała Matce Boskiej za to, że „Polska tutaj wróciła”. Jak w Rubiażewiczach, kiedy na widok auta z polską rejestracją zbiegła się cała wieś, sami starsi ludzie („młode do Mińska wyjechały”) i na wyścigi, ze łzami w oczach, zaczęli się chwalić skończeniem przed wojną czterech klas polskiej szkoły. Jak przejmująca pieśń Polaków z Łotwy, „Polskie kwiaty”, intonowana przez nich często z tak niezwykłą wewnętrzną siłą tęsknoty za wyidealizowaną ojczyzną, że zawsze, słuchając jej, czułem dreszcze.

PRZECZYTAJ: Socjalistyczny raj na ziemi

Podróże przez dawne kresy to także seria zadziwień i zaskoczeń. Jak w łotewskim Jakubowie. W porze zebrań miejscowego koła Polaków zastałem w ich domu zamknięte drzwi. Przechodnie polecili mi iść do sali... Ukraińców. - Coraz mniej nas - mówił Aleksander Raszczew-ski - dlatego przyłączyliśmy się do Ukraińców. Nawet gazety z Polski zniknęły już z naszych kiosków. Nie ma ich kto czytać - dodał z goryczą. Jak rozmowa w reprezentacyjnym, cudnej urody Domu Bractwa Czarnogłowych przy głównym rynku w Rydze, gdzie przez rok dzięki środkom z naszego Senatu miejscowe towarzystwo polskie miało do swojej dyspozycji kilka pomieszczeń na piętrze. Mieszkaniec Rygi, Edward Fiskowicz, pytał wówczas, skąd jestem. Ucieszył się: - Byłem na Pomorzu w czasie wojny, walczyłem pod Toruniem, Bydgoszczą, Nakłem.

- W Armii Czerwonej?- chciałem wiedzieć.

- Nie, w SS-Lettland.

Jedyna prawda o Smoleńsku


Na dawnych kresach wciąż żyją niezwykli, wspaniali ludzie. Serdeczni, gościnni, jak dziś to tylko jest możliwe na Wschodzie. Jak Walentyna Szydłowska, dyrektorka polskiej szkoły średniej w łotewskiej Rzeżycy. Zorganizowała placówkę na takim poziomie, że masowo zaczęli tam uczęszczać Łotysze. Przyjmowała niezwykle gościnnie wszystkich przyjeżdżających z Polski, a zorganizowanej przez nią imprezy z okazji Dnia Kobiet nie zapomnę nigdy. Jak Jan Hryniewicz, przedsiębiorca z Rygi, który już jako dojrzały człowiek odkrył w sobie Polaka i zaczął się uczyć naszego języka. Jak ksiądz Józef Obremski, który w Mejszagole dożył 105 lat życia, do końca służąc parafianom. Jak Jolene Dubauskiene, szefowa domu dziecka w Podbrodziu na Litwie, strzegąca polskości w tym mieście, albo Emilia Dziedziukiewicz, ponad 90-letnia mieszkanka Pikieliszek, świadkini pobytów w miejscowym dworku Józefa Piłsudskiego, z niezwykłą cierpliwością opowiadająca o tym coraz to nowym pokoleniom, odwiedzających miejscowość Polaków.

Nie wszystkie kontakty jednak z Polakami na kresach były przyjemne. Tadeusz Rozłucki, szef Polaków w Odessie, obraził się na tych, którzy nie wierzyli w jego jedyną prawdę o zamachu w Smo-leńsku. Inni twierdzili stanowczo, że wszystkie współczesne polskie media kłamią poza... „Radiem Maryja”. Wysoki, mocno wstawiony mężczyzna, który „królował” w barze w podwileńskim Niemenczynie, podchodząc do wszystkich stolików, krzyczał głośno: „Ja Piotr Stankiewicz, tiebie gawarju. Ja Paljak”. Po polsku nie umiał ani w ząb... Szefowa Związku Polaków w Mołdawii, którą poprosiłem o załatwienie noclegu w Bieł-cach, dużym mieście z liczną mniejszością polską, była stanowcza: - W Domu Polskim nie ma możliwości noclegu!

- Ale my nie potrzebujemy wygód. Mamy śpiwory, wystarczy kawałek podłogi z dostępem do łazienki.

- Nie!

- To może pani zarezerwuje nam miejsce w jakimś tańszym hotelu?

- Proszę bardzo, 150 dolarów od osoby za noc.

- Co?! Za tyle to możemy przenocować w „Sheratonie” w Paryżu...

- Nie to nie, nie musicie tu przyjeżdżać...

Szybko można się nauczyć, że na kresy nie powinien wybierać się ten, kto ma słabą głowę... Tam, wschodnim obyczajem, gościa trzeba podjąć wódką. W polskich domach to silna tradycja. Kieliszki napełnia się gościom zaraz po przyjeździe, do każdego posiłku, łącznie ze śniadaniem o bladym świcie, podczas wizyty w urzędzie, a nawet w szkole i, oczywiście, na pożegnanie.

Jak naciągnąć rodaka „na Polaka”

Kiepskie wrażenie robi też żebranina, uprawiana przez starszych Polaków, wędrujących przez wileńskie czy lwowskie parkingi, albo w miejscach masowo odwiedzanych przez turystów. Źle się także czułem oblegany przez dzieci na rynku w Nowogródku czy w Krze-mieńcu przed domem Słowackiego, mówiące: „Niech pan da złotówkę, nie mamy co jeść...” Na szczęście były to w większości dzieci białoruskie i ukraińskie, naciągające „na biednego Polaka”.

Nie ma tam już wielu dworów i miejscowości, przewracają się ostatnie krzyże na zapomnianych cmentarzach. Ale polskie kresy wciąż żyją. Barwnym, różnorodnym życiem.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 19-09-2016 10:16

    Oceniono 23 razy 23 0

    - kos: Polskie Kresy nie żyją ! My się o to skutecznie staramy! Związki Polski z kresowiakami tymi zorganizowanymi lub nie są bardzo okazjonalne i nie sś autentyczna siłą Narodową ! Mam 76 lat! Urodziłem się 30 km za Lwowem pod okupacją sowiecką ! Później okupacja niemiecka i ucieczka z całą rodzina przed banderowcami ukraińskimi ! PRL - w pewnym okresie byliśmy Polakami II kategorii (tak na przykład traktowano nas na Pomorzu! ) . Tu wyrosłem i zestarzałem się, to mi dobrze, ale chciałbym aby tamte strony powróciły do Polski! Przecież tam zostało 600 lat naszej historii !!! Jak może być, że Lwów nie należy do Polski ? Ludzi! Trzymajci mnie bo zwaruje !

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz