Dziecińce sprzed 30 lat w niczym nie przypominają obecnych

rozmawiała Małgorzata Oberlan 18 września 2016

„Mój pierwszy dzień w pracy? 1 kwietnia 1986 roku. Wchodzę do żłobka tygodniowego i widzę... makabrę. Metalowe szpitalne łóżeczka i płaczące dzieci w jednakowych kaftanikach. Od tego czasu zmieniło się wszystko”- mówi IWONA KOŁOWROCKA

Iwona Kołowrocka

Fot.: Jacek Smarz


Czym był ten żłobek tygodniowy, w którym zaczęła Pani pracę przed trzydziestu laty?
Placówka nazywała się sympatycznie: „Jaś i Małgosia”. Mieściła się przy ówczesnej ul. 22 lipca (dziś Żółkiewskiego) w Toruniu. To był jeden z naprawdę wielu wówczas żłobków tygodniowych w Polsce. Dziecko rodzice przyprowadzali w poniedziałek, a odbierali w sobotę. Pod warunkiem, że o nim nie zapomnieli, co zdarzało się wcale nierzadko.

Słucham?!
Cóż, to problem uniwersalny. Dziś, zgodnie z ustawą żłobkową, maksymalny czas pobytu dziecka w żłobku to 10 godzin. Powiem tak: dobrze, że określono te granice. Zawsze zdarzają się rodzice, którym coś przeszkadza odebrać dziecko na czas .


PRZECZYTAJ: Żłobek wcale nie taki straszny


Wracając do żłobka tygodniowego. To był wynalazek dla zapracowanej klasy robotniczej?
Bynajmniej. Korzystali z niego często rodzice z wyższym wykształceniem, ale pracujący np. na nocnych dyżurach. To były czasy, w których żłobki były częścią systemu opieki zdrowotnej. Podejście do dziec-ka było diametralnie inne niż obecnie. Dziecko nie było traktowane podmiotowo. Malucha „oddawało się do żłobka”, gdzie miał być „zaopiekowany”, to znaczy: karmiony, przewijany, werandowany, usypiany. Wówczas nie zwracano specjalnej uwagi na rozwój dziecka, jego potrzeby psychiczne, społeczne, rozwojowe. Starsze opiekunki wiele czynności wykonywały mechanicznie. Grupa na czas, najlepiej o jednej porze, miała jeść, spać itd. Nie było indywidualnego podejścia do dziecka. Niestety, stosowano też różne formy przymusu. Dziś to sytuacje nie do pomyślenia.

Wtedy żłobek był placówką zamkniętą. Gdzie mogła stanąć noga rodzica?
Żłobki dość długo były zamknięte dla rodziców. Z jednej strony, pokutowało przekonanie, że ze względów sanitarnych (zarazki, wirusy) rodzice nie powinni zbliżać się do maluchów i ich pomieszczeń. Z drugiej, takie zamknięcie wpisywało się w ówczesne myślenie o tym, jak powinna wyglądać opieka nad najmniejszymi dziećmi. W naszym Żłobku Miejskim nr 3 w Toruniu jeszcze w 200o roku rodzic (najczęściej mama) zostawiał dziecko w tak zwanym filtrze. To było coś na kształt szatni. Tutaj malec był rozbierany i oglądany przez dyżurną pielęgniarkę. Potem mierzono mu temperaturę. Jeśli wszystko było w porządku, dziecko przebierano w „służbowe” ubranie i oddawano w ręce opiekunów. Poza filtr rodzic nie miał już wstępu. Miał się „nie wtrącać”, nie ingerować w proces opiekuńczy.

O jakie „służbowe” ubranka chodzi?
Jednakowe dla wszystkich dzieci kaftaniki i śpiochy. Rzeczy te, podobnie zresztą jak pieluchy, prane były w żłobkowych pralniach. Dziś, to jasne, dzieci nie tylko noszą własne ubranka. Naturalne jest, że mogą przynieść ulubionego jaśka czy maskotkę. Dawne płacze „na filtrze” wynikały między innymi z tego, że dzieci generalnie niespecjalnie lubią się przebierać. Cześć z nich źle reaguje też na dotyk nieznanych osób. Poza tym, dzieci reagują na zapach. O tym wówczas specjalnie nie myślano.

Żłobkowy krach nastąpił w kraju na początku lat 90. Jak wyglądał w naszym regionie?
Podobnie. Lata 1991-1993 były bardzo trudne. To lata bolesnej dla wielu rodzin transformacji ustrojowej, wielkiego bezrobocia. Do dziś przed oczami mam żegnających się rodziców. Emigrowali za granicę za chlebem. W tamtych latach nie tylko w Toruniu zamknięto wiele żłobków. Potem mamy czas rozmaitych zmian, także w podejściu do opieki i wychowania dziecka. Żłobki do łask, i to całkiem gwałtownie, wróciły w latach 2009-2010. Tak to przynajmniej działo się w Toruniu. Pojawiły sie kolejki, walki o miejsce dla dziecka, listy rezerwowe.

Rok 2011 to kolejny przełom. W życie weszła ustawa żłobkowa, otwierające pole działania prywatnym żłobkom, klubom malucha i punktom dziennego opiekuna. Miejskie żłobki bały się takiej konkurencji?
Nie. Konkurencja jest dobra, mobilizuje. Cały czas nas, jako publiczną placówkę, docenia się z powodu bazy lokalowej, wyspecjalizowanej kadry, doświadczenia, własnej kuchni. (Na marginesie mówiąc, nie wiem, jak można skazywać roczne czy dwuletnie dzieci na żywienie z cateringu). Naszym sukcesem jest dobra opinia, przekazywana z ust do ust i przez internet. Dopóki wciąż mamy kolejki i tworzymy listy rezerwowe, nie boję się o przyszłość.

Wspomniała Pani o kuchni. Dziś dziecko z alergią na gluten czy laktozę nie jest chyba problemem?
Nie u nas. I chyba nie w większości żłobków w kraju. Ale nie tak dawno przecież było zupełnie inaczej. W 1995 roku w naszym żłobku utworzyliśmy pierwszy w regionie oddział dla dzieci na dietach. To była kompletna nowość. Do tej pory alergia pokarmowa zamykała drzwi żłobków i przedszkoli przed dziećmi z takimi problemami. Dziś chyba nikomu do głowy nie przyszłoby tworzenie osobnego oddziału dla takich maluchów. Są w grupach z innymi dziećmi, które przy okazji uczą się, że ich kolega je nieco inne posiłki.

Żłobki są dziś placówkami otwartymi, nie tylko opiekują się dziećmi, ale i fachowo pracują nad ich rozwojem. Zmieniła się obyczajowość. Tatusiowie często goszczą w żłobku?
O, to temat rzeka... Kiedyś ojcowie byli prawie nieobecni. Dziś są nie tylko obecni, ale i niesamowicie zaangażowani. Niektórzy obruszają się, gdy pytamy o spotkanie z mamą. „Ja nie wystarczę?” - potrafią zapytać.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 18-09-2016 15:04

    Oceniono 2 razy 0 2

    - czytelnik wyklety: nie chodzilem do zlobka bo III Rzesza ich nie urzadzala to co ? zadnych szans u p.Malgosi nie mam idę na piwko EB do magazynu gdzie ona chalturzy

    Odpowiedz