O Franku, który nie chciał umrzeć i artystkach wziętych za... kurtyzany

Katarzyna Bogucka 11 września 2016

Operowa sześćdziesiątka! Szmat czasu... Rewolucja dotknęła ludzi, rzeczy, obyczajów, interpretacji. Długo się kiedyś umierało na scenie, ale i długo trwały popremierowe rauty, pospektaklowe imprezy. I prawie wszędzie wolno było palić!

Maciej Figas od 1992 roku dyryguje bydgoską sceną operową. Przejdzie do historii jako szef, który przeprowadził tę szacowną instytucję z bezdomności na salony. I wciąż utrzymuje ją na wysokiej fali!

Fot.: Dariusz Bloch

Łucja Świeciak (z bydgoską operą związana od 9.10.1979 r.; do pracy przyjmowała ją Stefania Ziółkowska, kadrową była Teresa Głodek, a dyrektorem Adam Pałka) zaczynała od pracy w Dziale Organizacji Widowni, obecnie pracuje w Dziale Technicznym. Dystrybucją biletów zajmowała się aż do pierwszego Bydgoskiego Festiwalu Operowego. - Można sobie tylko wyobrażać, jak kiedyś organizowało się widownię - uśmiecha się na to wspomnienie pani Łucja. Młodszym czytelnikom przypomnijmy, że widownią bezdomnej wówczas opery była gościnnie - jedynie przez trzy dni w tygodniu, od niedzieli do wtorku - scena bydgoskiego Teatru Polskiego. Ta bezdomność wiązała się też z koniecznością organizowania ogromnej liczby koncertów wyjazdowych i to z jednym telefonem na co najmniej kilka biurek, z listami, na które nierzadko nie przychodziły odpowiedzi.


- Brało się plakaty pod pachę, książkę biletową do torby, przyjeżdżała nyska i się jechało sprzedawać bilety. Najważniejszy był „kaowiec” (w wojsku, w zakładach pracy), stąd nerwy: lubi operę, czy nie? Zwykle lubił - mówi pani Łucja.

Czytaj także: Miał 16 lat. Usłyszał wyrok: kara śmierci!



Artyści występowali m.in. w Toruniu, we Włocławku, w Grudziądzu, w Kwidzynie, wszędzie tam, gdzie znalazła się przynajmniej średniej wielkości scena. Chętni do oglądania byli zawsze. Pani Łucja nie pamięta pustych rzędów na widowni. W Bydgoszczy bardzo często wypełniali ją żołnierze z wszystkich jednostek. Do opery chodzili obowiązkowo. Część chłopaków smacznie spała, ale część oglądała z zainteresowaniem. A na scenie, młode śpiewaczki chóru, wybierały sobie spośród wojaków mężów...
Choć wydaje się, że czasy stawania na głowie Opera Nova ma już za sobą, pilnych spraw nie brakuje. Jedną z nich są zarobki pracowników. Co jest drugą? Wystarczy podnieść głowę w foyer...

fot. Dariusz Bloch

Choć wydaje się, że czasy stawania na głowie Opera Nova ma już za sobą, pilnych spraw nie brakuje. Jedną z nich są zarobki pracowników. Co jest drugą? Wystarczy podnieść głowę w foyer...


Zespół był gotowy do pracy niemal w każdych warunkach. Dawne scenografie można spokojnie nazwać kieszonkowymi. Do ich tworzenia, szczególnie horyzontów, zapraszano plastyków, którzy zamalowywali połacie materiału widokami. Ot, i tło gotowe. - Nie ze wszystkim było tak prosto. Warto przypomnieć, że przez wiele lat byliśmy rozproszeni po całym mieście - zaznacza pani Łucja. I wylicza operowe jednostki: pracownia stolarska przy ul. Fordońskiej, kostiumernia -Stary Port, sala baletowa i pracownia plastyczna przy Grodzkiej,w Teatrze Kameralnym, a zespół ćwiczył przy Gdańskiej 20 w Pomorskim Domu Sztuki. - Co ciekawe, nad przedstawieniami pracowało mniej osób. Dawniej wystarczył reżyser, scenograf i, jeśli trzeba było, choreograf. Reżyser zajmował się także światłami, bywało, że wspólnie ze scenografem, który dbał również o kostiumy. Dziś mamy liczne specjalizacje. No i są multimedia, które zastępują wielu ludzi i wiele ułatwiają...

Przez ponad 3o lat problemem był metraż sal do prób. Opowiada o tym Barbara Rubka, od1980 do2012 r. artystka chóru operowego, mezzosopran, dziś pracownik operowego Centrum Kongresowego: - Gdy tylko duża sala przy Gdańskiej 20 się zwalniała, natychmiast zajmowała ją orkiestra. Chór musiał często ćwiczyć w sekcjach, czyli raz głosy żeńskie, raz męskie. Było bardzo ciasno, siedziałyśmy prawie jedna na drugiej, z kolei w teatrze młodsze chórzystki przez jakiś przesiadywały na korytarzu, bo pierwszeństwo do garderoby miały te starsze, czyli ważniejsze. Dawały swoją ważność odczuć nawet w czasie prób z reżyserem. Sprytnie zasłaniały nas sobą, swoimi rzekomo ładniejszymi sukienkami, a przecież wszystkie miałyśmy takie same suknie...

Zobacz także


Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (19) »


Barbara Rubka uciążliwości mogłaby wyliczać jeszcze długo, ale poco, skoro i tak najcenniejsza była niepowtarzalna atmosfera tamtych lat. - Nie wiem, czy dziś młodzi mają takie wspaniałe imprezy. Ach, te nocne rajdy po knajpkach albo domówki - przyznam się, że w drodze powrotnej zdarzyło się nam wypić mleko wystawione przez mleczarza pod klatką. Ajak było w operze? Wesoło! No i wszędzie się paliło! W kadrach, w bufecie, w toalecie. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało!
Opadanie z  sił najczęściej zdarza się tuż przed premierami, ale, jak dotąd, operowa scena zawsze mogła liczyć na pomocną dłoń przyjaciół, sponsorów. Urodzinowe  koncerty wsparło  miasto Bydgoszcz.

fot. Tomasz Czachorowski

Opadanie z sił najczęściej zdarza się tuż przed premierami, ale, jak dotąd, operowa scena zawsze mogła liczyć na pomocną dłoń przyjaciół, sponsorów. Urodzinowe koncerty wsparło miasto Bydgoszcz.


Do dziś grupa dziewczyn: babć i pań czekających na to, by babcią zostać - Barbara Rubka wciąż czeka - spotyka się i wspomina. „Bal maskowy”, rok 1984. Przesympatyczny i przezabawny tenor Franciszek Przestrzelski żegna się z życiem... - Kierownik muzyczny nie zrobił skrótu, więc Franek umierał, ożywał, umierał i tak w kółko. Szepnęłam w końcu: „Franek, k..., umieraj, bo ja tu nie wytrzymam!”. W kulisach usłyszał to nasz kierownik, który zawsze wszystko słyszał, no i dostałam karę... - mówi pani Barbara.

A zagraniczne tournée? - Pojechaliśmy w1984 roku na miesiąc do Włoch. ikarusem, bez klimatyzacji. Każdy artysta dostał dietę, ale wiadomo, że dietę się oszczędzało. Zabraliśmy suchy prowiant, komuś zgniła kapusta, potwornie śmierdziało. Nic nie wiedzieliśmy o tym, że kolega zza wschodniej granicy wiózł w tym rozgrzanym ikarusie, o zgrozo, butlę gazową!

We Włoszech śpiewaków z reżimowego kraju zaskoczyły radykalne obyczaje. Na Sycylii nie wolno było spacerować po mieście samemu, bo w tamtym czasie bardzo aktywna była włoska mafia. Ale nie tylko to... - Gdy raz usiadłyśmy w kawiarni, pod parasolkami, wzięto nas za prostytutki! Bo włoskie kobiety nigdy nie przesiadywały w knajpkach, to była w tamtych czasach rozrywka wyłącznie męska!

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 15-09-2016 19:11

    Brak ocen 0 0

    - zdziwiony : internauty nie olewajcie Kasi pisze pisze a wy nic

    Odpowiedz

  2. 11-09-2016 15:38

    Brak ocen 0 0

    - akuratny : Opera nowa /chyba stara juz/ jest nad Brdą ale w odroznieniu od przemilej kasi B.nigdy nie widzalem tu wysokiej fali

    Odpowiedz