Zakupy w niedzielę w Toruniu i Bydgoszczy? Przed wojną u Żyda

Krzysztof Błażejewski 11 września 2016

W państwie pruskim, w którym do 1920 roku znajdowały się zarówno Bydgoszcz, Toruń, jak i zdecydowana większość dzisiejszego regionu kujawsko-pomorskiego, handel funkcjonował przez okrągły tydzień, zgodnie z tradycjami protestanckiego kraju, w którym praca była rozumiana jako podstawowe źródło bogactwa i rozwoju państwa, jak i samych obywateli.

Handel uliczny na Rynku Staromiejskim w Toruniu. Ujęcie pochodzi z października 1925 roku.

Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Niemcy nie poszli w ślady Francuzów i Rosjan, którzy zakazali handlu w niedziele w 1906 roku. Nic dziwnego, że w tej sytuacji głównym postulatem związków zawodowych, działających w państwie pruskim, zrzeszającym najemnych pracowników, tak niemieckich, jak i polskich, były wolne niedziele, zwłaszcza dla pracowników handlu, w którym od początku XX stulecia pracowało więcej kobiet niż mężczyzn.


Ci ostatni udawali się bowiem masowo do zagłębi węglowych na zachodzie Niemiec, gdzie znajdowali dobrze płatną, aczkolwiek ciężką pracę. Wśród nich było także wielu Polaków. Pozostające na miejscu kobiety, dla których w kopalniach pracy nie było, a musiały z czegoś się utrzymywać, zatrudniane były często jako sprzedawczynie, zwykle po 12-14 godzin na dobę, łącznie z wszystkimi niedzielami i świętami.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (7) »


Odrodzenie się państwa polskiego w 1918 roku natychmiast wywołało postulaty wprowadzenia wolnych niedziel w handlu, zgodnie z katolickim przykazaniem święcenia dnia świętego. Na Pomorzu szczególnie silne wpływy w społeczeństwie miała endecja, popierająca ten punkt widzenia.

Z chwilą przejęcia Torunia i Bydgoszczy przez Polskę w styczniu 1920 roku, już następna niedziela była dniem wolnym od pracy, także w handlu. Niebawem zaczęły obowiązywać tymczasowe przepisy, uchwalone jeszcze przez polski Sejm Ustawodawczy w 1919 roku, skracające czas pracy do 8 godzin w dni powszednie, bez niedziel.


Sklep czy jadłodajnia?



Kwestie handlu w niedziele uregulowała jednak dopiero ustawa sejmowa z 1922 roku, poprawiona dodatkowo 6 lat później. Zakazywała ona wszelkiej sprzedaży detalicznej w niedziele z wyjątkiem mleczarni i kwiaciarni (czynnych tylko od godz. 7 do 10 rano) oraz kiosków i sklepów z prasą codzienną, dopuszczała za to niedzielną i świąteczną działalność jadłodajni i innych lokali gastronomicznych i to od wczesnego rana do późnego wieczora.

Trudność urzędowego zdefiniowania różnicy pomiędzy „lokalem” i „sklepem” była często wykorzystywana w ten sposób, że wewnątrz sklepu ustawiano „dyżurny” stolik do konsumpcji, z którego jednak nikt nie korzystał, bo nie o to przecież chodziło, lecz o zakup produktów. Policja kontrolowała jednak takie punkty, na których działalność przychodziły skargi i często nakładała na właścicieli grzywny.

Obowiązujące przepisy prawne zezwalały także na otwieranie w niedziele i święta mniejszych sklepów w przypadku, gdy za ladą stawał osobiście właściciel lub jego najbliższa rodzina. Czas otwarcia takich punktów nie mógł jednak kolidować z porą mszy w pobliskim kościele.

Czytaj też Zakaz handlu w niedzielę. Solidarność mówi - sprawdzam

Wspomniana ustawa w szczególny sposób była dotkliwa dla sklepów, których właścicielami byli Żydzi (w 1921 roku było to aż 77 proc. wszystkich punktów sprzedaży w II Rzeczypospolitej). Swoje święto (szabas) Żydzi mieli w sobotę i wtedy własne sklepy mieli zamknięte, jednak nie wolno im było prowadzić handlu także w niedziele, a zatem znajdowali się w dużo gorszym położeniu niż handlowcy innych wyznań.

Próby łamania tego zakazu kończyły się przeważnie bardzo źle, zwłaszcza w latach 30., kiedy nastroje antyżydowskie mocno wzrosły w polskim społeczeństwie. Dochodziło wówczas do wybijania szyb, zamazywania ich smołą, a nawet podpaleń.


Ulga tylko na trzy lata



- Moja mama, choć była gorliwą katoliczką, czasami ten zakaz łamała - wspomina Maria Stanisławska z Bydgoszczy. - Kiedy zabrakło jej w niedzielę czegoś niezbędnego - soli, cukru, mąki czy makaronu -wysyłała mnie do składu, którego właścicielem byli Żydzi.

Był taki ogólnospożywczy w pobliżu, wiedziałam już od dziecka, że trzeba wejść na podwórze, zastukać w określone drzwi i powiedzieć, co się chce, wtedy Żydówka wpuszczała na zaplecze i sprzedawała żądany towar. Tak robiło wielu sąsiadów. Wolałam chodzić do tego sklepu niż do innych na tej ulicy - polskich, bo u Żydówki zawsze dostawałam po zakupach prezent - cukierka, ołówek, jakiś drobiazg, który cieszył.

W 1932 roku surowe zakazy nieco złagodzono. Kryzys dawał się coraz mocniej społeczeństwu we znaki. Bieda zaglądała w oczy i okazywała się wielokrotnie silniejsza niż religijne nakazy. Rozporządzeniem prezydenta Mościckiego zezwolono np. w niedziele na uliczną sprzedaż gazet i wyrobów tytoniowych, a także na otwarcie na trzy godziny niektórych sklepów spożywczych oraz tzw. jatek z mięsem i wędlinami. Po południu mogły działać zakłady fotograficzne, a także... biura podróży.

To złagodzenie rygorów określono szybko, zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu, jako „zamach na odpoczynek niedzielny” oraz „znieważenie całej chrześcijańskiej polskiej ludności” i jednocześnie jawny wyraz przychylności władz dla Żydów. Stanowczo protestował przeciwko tym ulgom Kościół. W wielu miejscowościach zawierano między władzami lokalnymi a właścicielami sklepów i proboszczami kolejny kompromis: wszystkie sklepy zamykano na czas trwania tzw. wielkiej mszy niedzielnej (sumy). W 1935 roku prezydent Ignacy Mościcki z tych zmian się wycofał, przywracając następnym rozporządzeniem poprzednie zasady funkcjonowania handlu w niedziele.

Niedzielne nabijanie syfonów



Po II wojnie ideę wolnych niedziel w handlu utrzymano, choć nikt już ich nie uzasadniał „dniem świętym”. Nie zmieniło się to nawet w czasach stalinowskich, po „bitwie o handel”, kiedy państwo przejęło większość sklepów z rąk prywatnych. Być może dlatego, że podaż towarów była w pierwszych latach Polski Ludowej tak mała, iż nie byłoby co w niedziele sprzedawać. Ponadto dzień ten przeznaczano we wczesnych latach 50. ub. wieku na szkolenia ideologiczne, masówki i czyny społeczne, starając się dać ludziom atrakcyjne zajęcia, zwłaszcza przed południem, by nie chodzili do kościołów.

Rekompensatą za zamknięte sklepy miała być bardzo rozbudowana sieć kiosków „Ruchu”, otwartych w niedziele, oraz grupa „dyżurnych” sklepów, czynnych w miastach - spożywczych i tzw. winno-cukierniczych, a także ciastkarni i lodziarni, a na wsiach - klubokawiarni, działających w PGR-ach.

Po 1956 roku przyjął się zwyczaj otwierania w niedziele i święta, poza, oczywiście, lokalami gastronomicznymi, także kwiaciarni i niektórych zakładów usługowych, w tym np. warsztatów naprawy samochodów, punktów usług fotograficznych, fryzjerskich, kosmetycznych, napełniania syfonów itp., a w późniejszych latach dołączyły do tej listy punkty naprawy radioodbiorników i telewizorów.

Nowych regulacji czasu pracy w handlu w niedziele w PRL-u doczekano się dopiero w 1967 roku. Wprowadzała ona znaczącą dowolność w ustalaniu godzin otwarcia placówek, „dostosowanych do potrzeb miejscowej ludności”, także w niedziele, zrzucając to na barki samorządów lokalnych.


Kłopoty w wolne soboty



- W niedziele ludzie szli po kościele do miasta po ciastka i lody, ale także, żeby zobaczyć, czy czegoś nie „rzucili” do dyżurnych sklepów - wspomina torunianin, Grzegorz Maciejewski. - Pamiętam wizyty w samie na rogu Rynku Nowomiejskiego i Prostej, sklepie „Wawel” przy Królowej Jadwigi, w „Delikatesach” na Szerokiej. Gdy były lepsze gatunkowo masło, kawa, cukierki w czekoladzie, winogrona, orzechy laskowe albo fistaszki, wówczas wielkie rarytasy, stawałem z rodzicami w kolejce...

W Bydgoszczy, korzystając z elastyczności nowej ustawy, wydłużono w 1968 roku czas pracy „Delikatesów” (znajdujących się przy ówczesnych al. 1 Maja oraz na większych osiedlach), a także sklepów winno-cukierniczych w niedziele aż do godz. 18. Zamknięto za to prawie 50 ze 163 dotychczas czynnych w święta placówek, głównie tych z obsadą jedno- bądź dwuosobową, motywując to koniecznością przestrzegania praw pracowniczych.

Do rozszerzenia pakietu sklepów i zakładów usługowych czynnych w niedziele doszło w połowie dekady Edwarda Gierka. Zezwolono wówczas na otwieranie w dni świąteczne tzw. sklepów drobnodetalicznych, a także większej liczby zakładów usługowych. Osobną sprawą było funkcjonowanie handlu w tzw. wolne soboty oraz niedziele po nich następujące, kiedy to zamknięcie większości sklepów na dwa dni bardzo utrudniało życie mieszkańców miast, pomimo wydłużenia godzin pracy wszystkich placówek w piątki do godz. 20. O w miarę świeżym pieczywie czy mleku można było wtedy całkowicie zapomnieć.

Nowa ustawa dawała jeszcze większe możliwości decydowania o czynnych w święta sklepach lokalnym samorządom. Zarówno w Toruniu, jak i w Bydgoszczy stopniowo zrealizowano wówczas ideę „skrócenia drogi obywatela do sklepu w niedziele” poprzez wprowadzenie świątecznych dyżurów sklepów osiedlowych, co wyeliminowało wcześniejszą konieczność wędrowania do centrum miasta.

Początek lat 90. przyniósł uwolnienie handlu, zmianę jego form, a także czasu pracy sklepów. Wydłużyły one swoją działalność do 7 dni w tygodniu, niezależnie od profilu czy branży, a pojawienie się w naszych miastach galerii handlowych zwyczaj ten utrwaliło. Przyznać trzeba, że dla wielu niedzielne spacery po sklepach stały się przyjemnością i nowym obyczajem.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 15-11-2016 17:00

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Aga: Zapomnieli napisać,że za czasów PRLu poniedziałek był dniem bezmięsnym i tego dnia sklepy tej branźy były zamknięte

    Odpowiedz

  2. 11-09-2016 15:33

    Oceniono 12 razy 5 7

    - kupiec : Nie przesadzajcie z Toruniem !! To małe Miasteczko możecie z Włocławkem porównywać dużo od siebie się nie różnią .W wyborach to Toruń z Włocławkiem ????

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 11-09-2016 15:08

      Oceniono 13 razy 4 9

      - krzyzak13: to gazeta torunska, to co mnie obchodzi bydloszcz , nigdy wiecej w nowosciach o bydloszczy

      Odpowiedz