Miał 16 lat. Usłyszał wyrok: kara śmierci!

Tadeusz Nadolski 4 września 2016, aktualizowano: 04-09-2016 20:54

Wydarzenia, nazwane później „krwawą niedzielą”, ogarnęły - głównie 3 i 4 września - właściwie całe miasto. Jednak najwięcej aktów dywersji, bo mimo sporów historyków, do takich na pewno dochodziło, a potem kontrakcji mieszkańców i rozproszonych oddziałów Wojska Polskiego, miało miejsce w centrum i na Szwederowie. Niespokojnie było też na peryferiach Bydgoszczy. Cofnijmy się o 77 lat...

Ulice Osada i Trentowskiego odchodzą w kierunku południowym od ul. Nakielskiej. Są równolegle do torów kolejowych, wiodących do Inowrocławia, a dalej do Poznania, z rozgałęzieniem w lesie tuż za granicami miasta na Wągrowiec (obecnie praktycznie nieużywane).


Przed wojną dolna część Osady aż do ul. Trentowskiego zamieszkana była głównie przez bogatych Niemców, którzy zajmowali domki jednorodzinne. Dalej, aż do ulicy Leszczyna, która wówczas była już wytyczona, ale niezamieszkała, stało kilkanaście większych, jedno- i dwupiętrowych domów kilkurodzinnych.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (21) »



W „Książce adresowej miasta Bydgoszczy 1936/37” odnajdujemy nazwiska właścicieli posesji i lokatorów - Dąbrowski, Głowacki, Kryszak, Grajnert, Hajnowicz, Nowakowski, Hemke, Bzdawski, Pawłowski, Kowalkowski, Lonatowski, Sadowski, ale także Buchholz, Boeck, Sonnenberg.

W sielankowej scenerii na obrzeżach miasta


Wspomniane ulice w tamtych latach leżały na obrzeżach miasta. To były właściwie okolice typowo wiejskie. Duże zadbane ogródki, gruntowa nawierzchnia dróg, pola, a niedaleko las. Żyło się tam spokojnie, choć i niełatwo. Do najbliższego przystanku tramwajowego, zlokalizowanego na ul. Nakielskiej (linia C z Małych Bartodziejów - obecnie ul. Fordońska za nieistniejącą wówczas al. Wyszyńskiego) przy ówczesnym kościele ewangelickim (obecnie katolickim p.w. Miłosierdzia Bożego), był kilometr, może nawet półtora.

Zbyszko Lonatowski: W więzieniu przyjmował mnie polski przedwojenny strażnik, który nazywał się Przybylak. Pamiętam do dzisiaj jego sadystyczny wyraz twarzy.


Nietrudno sobie wyobrazić życie codzienne. Zapewne w niedzielę po mszy panowie przy halbce zasiadali do przeglądu najnowszych wiadomości w „Dzienniku Bydgoskim” (Polacy) i „Deutsche Rundschau” (oczywiście Niemcy). W upalne dni udawali się nad Kanał Bydgoski, gdzie w badejkach zażywali kąpieli. Po ulicach jeździły konne rolwagi, zakupy robiło się w składzie, na deser do kawy zajadano się sznekami z glancem. Do szkoły czy do pracy matki i żony szykowały sznytki, a nieposłuszeństwo karano smarami.
Hermann Buchholz przed domkiem przy ul. Osada 28. W ogrodzie tej posesji zastrzelony został jego 30-letni syn Kurt Willi.

Hermann Buchholz przed domkiem przy ul. Osada 28. W ogrodzie tej posesji zastrzelony został jego 30-letni syn Kurt Willi.


Jednak w tej nieco sielankowej scenerii podskórnie tliły się może jakieś zadawnione urazy narodowościowe, wzajemne konflikty, animozje, które ze zdwojoną siłą eksplodowały 1 września 1939 roku.

Profesor Włodzimierz Jastrzębski w swojej książce „Dywersja czy masakra?” z 1988 roku tak opisuje początek późniejszej tragedii wielu mieszkańców tej okolicy: „Część jednostek wojska polskiego, uchodzących z Borów Tucholskich, przechodziła przez Bydgoszcz ulicami Koronowską, Grunwaldzką i następnie po około 100 metrach skręcała przy wiadukcie kolejowym w ul. Bronikowskiego, a następnie ul. Nakielską dochodziła do do śródmieścia. Niedaleko skrzyżowania ul. Bronikowskiego z ul. Nakielską najbliższą przecznicą była ul. Osada, zamieszkiwana głównie przez Niemców. Tutaj 3 września 1939 roku doszło do kilku starć polsko-niemieckich, które potem znalazły swój epilog na wokandzie bydgoskiego sądu specjalnego”.

Bezlitosny sąd specjalny


W stan oskarżenia postawionych zostało aż 9 Polaków, w większości młodzieży, członków LOPP (Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej). Byli to: Franciszek Hejnowicz (w innych dokumentach Hajnowicz), Henryk Kowalkowski, Tadeusz Dąbrowski, Franciszek Sadowski, Zbyszko Czesław Lonatowski, Antoni Bąkowski, Antoni Lorkowski, Henryk Grajnert i Mieczysław Wolski. Pięciu pierwszych otrzymało kary śmierci. Jednak te okrutne, niemające żadnego uzasadnienia w faktach, wyroki wzbudziły wątpliwości nawet w tak precyzyjnie funkcjonującej machinie śmierci hitlerowskiego wymiaru sprawiedliwości. Na skutek interwencji Ministerstwa Sprawiedliwości wyroki zamieniono na kary więzienia od 8 do 15 lat.

W monografii „Bydgoszcz 3-4 września”, w rozdziale „Zginęli zabici na ulicach Bydgoszczy”, odnajdujemy nazwiska kilku Niemców z tej okolicy: Hermman Friedrich Boeck, zamieszkały przy ul. Trentowskiego, zginął na ul. Nakielskiej, Johann Behling, zamieszkały ul. Ścieżka 46 (Wilczak Mały), zginął na ul. Leszczyna, Kurt Willi Buchholz, zamieszkały ul. Osada 28, zginął w ogrodzie „przy koźle”.

O śmierci tego pierwszego pisze Włodzimierz Jastrzębski. Jak wynika z jego ustaleń, 3 września na ulicy Leszczyna ostrzelany został wóz wiozący gołębie pocztowe, wykorzystywane w łączności. Żołnierze wraz z cywilami w innych okolicznościach ujęli Boecka, który posiadał przy sobie broń i granaty, za co został rozstrzelany. Strzelano także z należącego do Niemca Sonnenberga domu przy ul. Trentowskiego 14, który w odwecie został podpalony.

Wróćmy teraz do skazanych przez bydgoski Sondergericht Polaków.
Po przeżyciach wojennych Zbyszko Lonatowski przez wiele lat był dyrektorem biura zarządu okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego w Bydgoszczy. Był pomysłodawcą i motorem napędowym budowy Domu Wędkarza przy ul. Toruńskiej.

Po przeżyciach wojennych Zbyszko Lonatowski przez wiele lat był dyrektorem biura zarządu okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego w Bydgoszczy. Był pomysłodawcą i motorem napędowym budowy Domu Wędkarza przy ul. Toruńskiej.


Wśród nich był zaledwie 16-letni (ur. 18 maja 1923 r.) Zbyszko Czesław Lonatowski. Jak napisał w swojej książce „Działalność hitlerowskiego sądu specjalnego w Bydgoszczy w latach 1939-1945” Edmund Zarzycki, młody bydgoszczanin miał przy sobie bagnet i brał udział wspólnie z polskim żołnierzami w rewizji w niemieckim mieszkaniu. Nikt przy tym nie ucierpiał, z domu nic nie zostało zabrane, a jedyną „winą” Lonatowskiego było to, że „zbił butlę wina”, bo obawiał się, że może być zatrute.

Czy znajdziemy świadków tamtych wydarzeń?


Wracamy do teraźniejszości. Czy dziś, po tylu latach, uda się odnaleźć już raczej nie świadków, ale choćby potomków bohaterów tamtych wydarzeń. Rozpoczynamy wędrówkę od domu do domu. Szybko okazuje się, że szanse są znikome. Niemcy - oczywiście - opuścili swoje domostwa w styczniu 1945 roku, gdy zbliżał się front. Rodziny skazanych Polaków w większości wysiedlono do Generalnej Guberni.

W domku przy ul. Osada 28 rozmawiamy z sześćdziesięciokilkuletnim Zbigniewem Bańkowskim. Jego rodzina zamieszkała w tej posesji - wcześniej należącej do Buchholzów - w 1948 roku. Przypomina sobie, że rodzice opowiadali mu, iż pod podłogą w kuchni była sprytnie zamaskowana skrytka, mogąca pomieścić karabin maszynowy. To wszystko

Nas najbardziej jednak interesuje Lonatowski. Nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, co mógł przeżywać 16-latek, gdy usłyszał wyrok. A mógłby jeszcze żyć do dziś... Przy ul. Osada 59, gdzie mieszkał, przepytujemy lokatorów. I tu pierwsza wskazówka. Jeden z nich przypomina sobie, że słyszał, iż Lonatowski przeżył wojnę i pracował w Polskim Związku Wędkarskim. Jedziemy więc na ulicę Toruńska. Tu kolejny ślad.

Mówi Roman Siewaszewicz, specjalista ds. organizacyjno-sportowych PZW w Bydgoszczy: - Pan Zbyszko Lonatowski już nie żyje (potem sprawdziliśmy, zmarł w 2001 roku, przyp. red.). Był wieloletnim dyrektorem biura Zarządu Okręgu PZW w Bydgoszczy. To głównie jego zasługą było, że w 1975 roku oddano do użytku nową siedzibę na Babiej Wsi. Pamiętam, że przez jakiś czas mieszkał w Łęgnowie.

A więc kolejny trop.

Poszukiwania w Łęgnowie i Fordonie


Łęgnowo kiedyś było samodzielną wsią, teraz jest peryferyjną dzielnicą Bydgoszczy, rozciągniętą wzdłuż szosy, prowadzącej do Solca Kujawskiego. W takich miejscowościach ludzie się dość dobrze znają. Zaczynamy od składnicy złomu. Pracownik nigdy nie słyszał nazwiska Lonatowski, ale kieruje nas do sklepu. Młoda sprzedawczyni również nic na ten temat nie wie, ale daje numer telefonu do właścicielki. Ta mówi: - Tuż przed zakrętem po prawej stronie w domku z czerwonej cegły mieszka starsza pani. Ona powinna pomóc.

Coraz bliżej celu


Rzeczywiście, tu dowiadujemy się, że w trzeciej posesji za przystankiem autobusowym mieszka jakiś krewny Zbyszka Lonatowskiego. Jesteśmy coraz bliżej celu. Zbyszko Lonatowski z rodziną po zakończeniu wojny przez wiele lat mieszkał w Łęgnowie. Na stare lata przeprowadził się na Kapuściska. Miał trzy córki.

- Nie pamiętam adresu jednej z nich, ale mogę dokładnie opisać blok, w którym mieszka w Fordonie - słyszmy. Ciepło!

Jedziemy do Fordonu. Łatwo odnajdujemy budynek, dzwonimy do mieszkania. - Dzień dobry, jestem dziennikarzem. Czy pani jest córką Zbyszka Lonatow-skiego. Tak - słyszymy. Czy możemy porozmawiać? Pokazujemy swoją legitymację prasową. Długo jest oglądana z obu stron. Z wyraźną rezerwą kobieta zaprasza do środka. Niewiele wie (albo nie chce mówić) o losach ojca, istnieją jakieś jego wspomnienia, ale schowane są w piwnicy i podobno nie ma do nich dostępu. Nie chce pokazać żadnych dokumentów i zdjęć. Proponuje, żeby zadzwonić za jakiś czas.

Mijają miesiące. Dzwonimy. W słuchawce słyszymy oschłe: - Wspólnie z siostrami ustaliłyśmy, że nie będziemy przekazywać żadnych informacji na temat ojca. (sic!)

Koniec rozmowy.

Na szczęście wojenne losy Czesława Lonatowskiego są nieźle udokumentowane.

W broszurze Anny Perlińskiej i Krzysztofa Sidorkiewicza „Wiezienie na wałach Jagiellońskich w Bydgoszczy. Szkice z lat 1939-1945” znajdujemy opis pobytu Lonatowskiego w tej kaźni Polaków, głównie w pierwszych miesiącach okupacji, oraz procesu przed sądem specjalnym. Lonatowski wyrok usłyszał 29 lutego 1940 roku. Do 3 lipca 1940 r., kiedy to został ułaskawiony, przebywał w celi nr 107, przeznaczonej dla skazanych na śmierć, na ostatnim piętrze „czerwonego” budynku. Tak wspomina tamte dramatyczne miesiące: „Do więzienia przywieziono mnie 20 września około godziny 22.00. Przyjmował mnie polski przedwojenny strażnik, który nazywał się Przybylak. Pamiętam do dzisiaj jego sadystyczny wyraz twarzy. Później Przybylak dał się poznać od najgorszej strony. Radował się, gdy skazano mnie na karę śmierci. Był to typowy renegat. Ulokowano mnie w celi numer 112, przeznaczonej dla młodocianych więźniów. Siedziało ze mną 14 chłopców. Tylko jeden kryminalny. Pozostałych oskarżono o udział w tzw. wypadkach bydgoskich 3 i 4 września”.

A jak wyglądał sam proces - piszemy o tym w ramce obok.

Wyrok Zbyszko Lonatowski do końca wojny odsiadywał w ciężkim więzieniu karnym (po niemiecku zuchthaus) w Koronowie.

I już na koniec jedna refleksja.

Tragicznych wydarzeń tzw. „krwawej niedzieli” mimo wszystko nie można rozpatrywać tylko i wyłącznie w barwach czarno-białych.

Młodszą siostrą zastrzelonego przy ul. Osada 28 30-letniego Willego Kurta Buchholza była urodzona w 1917 roku Margarete (potem po mężu Kiesow). Jej polską koleżanką, mieszkająca naprzeciwko na rogu ulicy Trentowskiego, była Zofia Świątek. Obie panie zostały serdecznymi przyjaciółkami, po wojnie aż do końca swoich dni utrzymywały kontakty, często odwiedzając się wzajemnie.

Dotarliśmy do Siegrieda Kiesowa, syna Margarete, mieszkającego w Elmshorn, niedaleko Hamburga. Interesowało nas, czy z opowiadań nieżyjącej od 2010 roku matki zna może jakieś szczegóły tych wydarzeń.

Chronili przed zemstą Niemców


W liście do nas napisał m.in.: „Moja matka mówiła mi, że nie wiedziała, dlaczego jej brat został zabity. Przypuszczała, że powodem mógł być fakt, że Willi nie mówił dobrze po polsku. Moja matka chroniła Świątków przed zemstą Niemców”.

Podobne postawy były także z drugiej strony. Ponad 20 lat temu niemiecka firma „Zebra”nakręciła dokumentalny telewizyjny reportaż pt. „Bromberger Blutsonntag”. Wśród wypowiadających się na ten temat świadków tamtych wydarzeń z obu stron i naukowców znaleźli się m.in.,wspomniany już prof. Włodzimierz Jastrzębski oraz Margarete Kiesow. Ta ostatnia powiedziała do kamery: „W nocy przyszedł sąsiad (ojciec Zofii Świątek - przyp. red.) i powiedział: Jeśli chcesz ratować swoje życie, to chodź z nami. Spakowaliśmy w pośpiechu kilka rzeczy i poszliśmy na wschód z naszymi sąsiadami. Z 17 rodzin jedynie my byliśmy Niemcami. Wszyscy oni nas wspierali”.

Z drugiej strony, przyznała, że jej brat miał pistolet, ale podobno wrzucił go do toalety. A jak było naprawdę, to już raczej nigdy się nie dowiemy.

Niemcy rozpoczęli akcje odwetowe tuż po 5 września, kiedy zajęli miastoW publicznych egzekucjach rozstrzelano 350-400 osób. Do najbardziej spektakularnej zbrodni doszło na bydgoskim rynku 9 i 10 września. W kolejnych miesiącach w tzw. Dolinie śmierci w podbydgoskim Fordonie zamordowano ok. 1500 osób.

Niemcy wykorzystali wydarzenia w Bydgoszczy do celów propagandowych. 3 września został nazwany „krwawą niedzielą” (niem. Bromberger Blutsonntag - sformułowanie poraz pierwszy pojawiło się w wydawanym w Bydgoszczy niemieckim dzienniku „Deutsche Rundschau” z 7 września 1939 roku), a wydarzenia te posłużyły za pretekst do krwawego odwetu na Polakach na całym Pomorzu. Według hitlerowskiej propagandy Polacy zabili w samej Bydgoszczy 1000 osób.

Do najgłośniejszych wydarzeń w czasie kampanii wrześniowej doszło 3 i 4 września w Bydgoszczy. Wycofujące się oddziały 15. Dywizji Piechoty Armii „Pomorze” zostały ostrzelane przez nieznanych sprawców. Doprowadziło to do gwałtownej reakcji polskich władz wojskowych. W wyniku działań, przeprowadzonych na terenie miasta, schwytano i rozstrzelano, w zależności od źródeł, od 160 do ponad 400 osób. Powojenne dochodzenie, prowadzone przez Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce w latach 1945-1948, wykazało, że „Niemcy 3 września 1939 r. w Bydgoszczy podjęli o godzinie 10.15 planową akcję dywersyjną w celu stworzenia paniki wśród cofających się pułków polskich”. Grupa prokuratorów, kierowana przez Kazimierza Garszyńskiego, ustaliła na podstawie zeznań świadków, że w Bydgoszczy było 46 punktów, z których strzelali dywersanci. W trakcie rozprawy z nimi miało zginąć około 300 Niemców”.

„Proces” przed sądem specjalnym


List pożegnalny, napisany własną krwią

- „Na salę rozpraw przyszliśmy skuci kajdankami. Do gmachu sądu przyszedł mój ojciec, ale Niemcy go rozpoznali, pobili i zrzucili ze schodów. Na sali był tylko tłumacz i trzej obrońcy z urzędu, ubrani po cywilnemu.

Sędziowie i prokuratorzy nosili mundury SS. W pewnej chwili, gdy zwróciłem się cicho do współoskarżonego Henryka Kowalkowskiego, prowadzący rozprawę sędzia-esesman, doktor Fritz Kimme, wyciągnął z kabury pistolet, położył na leżącym na ławie kodeksie karnym, i ostrzegł, że jeżeli jeszcze raz będziemy się porozumiewali między sobą, zastrzeli nas w tej sali. W celi nie było łóżek, tylko zawszawione sienniki, rozkładane na podłodze. Przez cały dzień i całą noc siedzieliśmy z rękami skutymi kajdankami na krzyż. (...) W trzyosobowej celi siedziałem razem z kołodziejem z Solca Kujawskiego, Walerianem Holsteinem, oraz dozorcą ze Szkoły Przemysłowej w Bydgoszczy, Wojciechem Borysiakiem. Pamiętam, jak wieczorem przychodził prokurator w mundurze SS i odczytywał moim towarzyszom niedoli decyzję, że nazajutrz rano zostaną postawieni przed plutonem egzekucyjnym. Pytał, czy mają jakieś ostatnie życzenie. Musiałem pisać im listy pożegnalne do rodziny, bo oni sami byli już tak napięci nerwowo i zszokowani, że nie potrafili skreślić ani jednego zdania. Ja sam napisałem list pożegnalny do rodziców własną krwią. Do listu dołączyłem kosmyk swoich włosów”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.