Rękopisu w Saragossie już nie znajdziesz. Trafisz za to na inne skarby - cudownie nieoczywiste

Ewa Czarnowska-Woźniak 28 sierpnia 2016

Leży dokładnie na środku drogi pomiędzy Barceloną i Madrytem. Za daleko, by się nią zainteresować, czym tubylcy specjalnie się nie przejmują. Za to akurat Polacy nie powinni o niej zapominać.

U wylotu Calle de Alonso I - monumentalna Basilica de Nuestra Senora del Pilar, największa barokowa świątynia Hiszpanii.

Fot.: Ewa Czarnowska-Woźniak

Znalazłaś ten rękopis?... - tak błyskotliwie reagowali niektórzy znajomi na wieść, że wróciłam z Saragossy. Bo też przeciętnemu Polakowi miasto to rzeczywiście kojarzy się zwykle z XIX-wieczną powieścią Jana Potockiego - przy czym prawdopodobne jest i to, że na „błyśnięciu” tytułem książki, ta wiedza się kończy...


Bardziej dociekliwi mogą jeszcze skojarzyć Saragossę z dość anegdotyczną historią z małego okolicznego miasteczka. To właśnie tu całkiem niedawno pewna sędziwa mieszkanka „popisała się” renowacją fresku z Jezusem, kompletnie rozmywając „Ecco Homo”. Zwany jest odtąd Jezusem, gdyż wygląda jak namalowany na ścianie kredkami... duży jeż.

A mnie przyszło dość nieoczekiwanie doświadczyć Saragossy osobiście. I było to doświadczenie zachwycające pod wieloma względami, pozwalające odkryć tę niedocenianą (nie tylko przez Polaków) metropolię na wiele sposobów.

Niedocenianie przez przyjezdnych ma wiele plusów, zwłaszcza dla polskiego turysty budżetowego. W Saragossie jest bowiem tanio! Po tłumnie i powszechnie odwiedzanej Barcelonie przyjemne zaskoczenie zaczyna się już od wynajmu hotelu. Bez kłopotu w środku wakacji można znaleźć na centralnym placu pokój ze wszelkimi „szykanami” po 45 euro za noc. Inaczej niż na hiszpańskich wybrzeżach; zakupy robione w Saragossie, ceny dostępu do różnych atrakcji są bardzo przyjazne, odpowiadające poziomem polskim. Brak turystów może być tu jednak uciążliwy o tyle, że przyjezdni odczują bezwględnie na własnej skórze, czym jest sjesta. Nie ma tu dyktatu i presji rzeki euro, wylewanej przez gości, nie ma zatem powodu, by zmieniać pod nich styl życia. W Saragossie, w największy upał możesz więc po prostu nie kupić butelki wody, a niemal na pewno nie zjesz innego posiłku niż hamburger w „Macu”. Wszystko jest pozamykane na głucho.

Co innego wieczorem,


wtedy odniesiesz wrażenie, że na każdego mieszkańca Zaragozy przypada jeden bar z tapasami. Mekką dla tutejszych jest El Tubo, urokliwa śródmiejska dzielnica, której ciasne zaułki usiane są wąskimi barami, przed którymi wieczorami kłębi się tłum, spragniony nie tylko szklanki wina czy piwa (każda objętość ma swoją nazwę - „cana” to szklanka mała, „tubo” - większa), a już na pewno nie spożycia maleńkich przystawek (tapas). To wszystko jedynie preteksty do towarzyskich spotkań, przeciągających się nawet w dni robocze do drugiej nad ranem... Ale skoro biznes to biznes, mieszkańcy Saragossy dobrze wiedzą, gdzie i kiedy w El Tubo sprzedaje się w promocji za jedno euro kultowe huevos rotos (jaja sadzone) na grzance czy plasterku ziemniaka i w określone dni to do tych lokali trudno się dopchać bliżej niż na kilka metrów. A jeszcze kilka godzin wcześniej, przed sjestą, panuje tam idealny spokój. A to przecież też dzielnica, gdzie dosłownie za każdym rogiem trafisz na oldskulowego fryzjera z jedynym, starym fotelem w zakładzie, na antykwariusza, szewca, zielarza - jak w starych hiszpańskich filmach. A w witrynach często flagi klubowe - FC Barcelona i Realu...Zaragoza. Bo choć Saragossa położona jest dokładnie 300 kilometrów i od Barcelony, i od Madrytu, gorące serca kibiców - jeśli patrzeć po witrynach - są jednak bliższe katalończykom. Serca i głowy chłodzi tutaj inna oryginalnie saragoska właściwość - el cierzo. Zimny, suchy i silny wiatr, hulający po aragońskich dolinach. Tubylcy mówią, że choć zimą temperatura nie spada u nich nigdy poniżej zera, cierzo daje im popalić jak na Antarktydzie. Mnie przewiał nawet w sierpniu. Przy 35 stopniach bywa miłym wytchnieniem, potrafi jednak mocno tę temperaturę obniżyć...

Ewa Czarnowska-Woźniak: A przecież Saragossa dla całego świata, jeśli nawet sobie tego nie uświadamia, to jedno nazwisko: Francisco José de Goya y Lucientes. Goya.


W Saragossie o naturę dba się - przynajmniej na papierze - poważnie. Nie tylko w wyjątkowo licznych parkach. Pierwszy raz w życiu jechałam tam elektrycznym samochodem, taka bowiem jest większość taksówek. Saragossa była też w 2008 roku gospodarzem Expo - głównym tematem uczyniono gospodarkę wodną (ze szczególnym uwzględnieniem rzecznej). Położone za Ebro tereny powystawowe zrobiły na mnie jednak, wyjątkowo, przykre wrażenie. Na rozległej powierzchni niewiele się działo, większości palm dawno pożałowano... wody, a nielicznie działające punkty gastronomiczne i rekreacyjne świeciły pustkami. Może można to było tłumaczyć świątecznym, przedłużonym weekendem z okazji święta Matki Boskiej. Mieszkańcy ruszyli na wybrzeże?

Żarliwa religijność


to jedno z najoryginalniejszych zachowań mieszkańców, które zaobserwowałam. Hiszpanie darzą specjalnym kultem figury i pamiątki sakralne. I bywają to gesty dla nas dość niezwyczajne. W największej barokowej świątyni Hiszpanii, saragoskiej Basilica de Nuestra Seniora del Pilar (Naszej Pani na Kolumnie), w ściennym otworze eksponowany jest fragment owej kolumny, na której - wedle przekazów - w 40 roku naszej ery ukazała się świętemu Jakubowi Matka Boska. Ten kamień jest gorąco obcałowywany i wycierany wszelkimi fragmentami garderoby przez wiernych. Stoi do niego kolejka i każdy kolejny odwiedzający jakby za nic miał higieniczne zagrożenia... Podobnie jest zresztą z krzyżem i spoczywającą na nim w jednej z kaplic figurą Chrystusa. Hiszpańska religijność objawia się przede wszystkim wielością świątyń. Tuż obok monumentalnej, wielokopułowej Pilar stoi zachwycająca architekturą, wystrojem i zbiorami Cathedral del Salvador, zwana La Seo. A przecież, dosłownie za każdym rogiem, na kipiących od zieleni i przyjaznych dla ludzi, pełnych ławeczek, kawiarenek (i koszy na śmieci!) placykach, wychyla się kolejny, zwykle parafialny, kościół - z tak imponującą fasadą, że w każdym miejscu Polski byłby atrakcją samą w sobie... Placyki są dla gości tylko przystankami w drodze do kolejnych zabytków- Forum Romanum czy Aljaferii - mauretańskiego zamku z 1001 nocy. W drodze do wszystkich skarbów historycznego tygla tego miasta.

A przecież Saragossa dla całego świata, jeśli nawet sobie tego nie uświadamia, to jedno nazwisko: Francisco José de Goya y Lucientes. Goya. Urodzony pod miastem, w maleńkim Fuendetodos, tam pozostawił swe słynne grafiki. I tam trzeba się wybrać, by zobaczyć oryginał „Kiedy rozum śpi, budzą się demony”. Saragossie, w której się wychował i z której ruszył w świat, dostał się tylko okruszek jego spuścizny. A jednak wszystko się tu wokół niego kręci. Ruszcie jego śladem, odkryjcie Saragossę dla siebie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.