Co osiem minut kolejny Polak doznaje udaru mózgu. Jak to przeżyć i nie zostać kaleką?

Grażyna Ostropolska 25 sierpnia 2016, aktualizowano: 28-08-2016 11:53

W piątkowym Magazynie Expressu Bydgoskiego: Uderza podstępnie. Odbiera nagle mowę, czucie w kończynach, wykrzywia twarz. Wtedy liczy się czas, o czym najlepiej wiedzą specjaliści z Centrum Interwencyjnego Leczenia Udarów Mózgu - pioniera w leczeniu udaru metodą trombektomii.

Fot.: materiały Expressu Bydgoskiego


Na liście tych, którym ta nowatorska metoda ocaliła mózg, ochroniła przed śmiercią lub kalectwem, jest już 14 mieszkańców naszego regionu. Mieli szczęście, bo trafili do Centrum Interwencyjnego Leczenia Udarów Mózgu w bydgoskim Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr. Biziela nie później niż 6 godzin po udarze. To jeden z warunków leczenia udaru metodą trombektomii. Pierwszą taką operację w naszym regionie specjaliści z centrum przeprowadzili w lutym. Udaną, co dało im

wiatr w żagle.


Radiolog, a właściwie neuroradiolog zabiegowy, dr Grzegorz Meder tak wspomina pierwszą operację: - Dzień przed Walentynkami. O 23.00 zadzwonił neurolog z informacją, że pogotowie przywiozło na izbę przyjęć 73-letnią kobietę z objawami dużego udaru. Zrobiono jej tomografię, która wykazała niedrożność tętnicy, a ponieważ pacjentka trafiła do nas bardzo szybko, bo dwie czy trzy godziny po udarze nadawała się do leczenia metodą trombektomii.


Operacyjny zespół był już do tego pionierskiego zabiegu przygotowany, każdy wiedział, co robić, więc wystarczyła niecała godzina, by w komplecie stawił się w szpitalu. - Około 24.00 zaczęła się operacja. Poszło zadziwiająco lekko, tętnicę udało się udrożnić, ale objawy udaru jeszcze były - wspomina dr Meder. Następnego dnia pełen obaw odwiedził zoperowaną pacjentkę. - Ta pani siedziała na łóżku i jadła śniadanie ręką, którą wcześniej nie ruszała, a neurolog, który ją obserwował, nie krył zdziwienia. „Jeszcze czegoś takiego nie widziałem”, oświadczył, a my dostaliśmy wiatru w żagle - relacjonuje neuroradiolog. Kolejne udane trombektomie napełniły regionalnych pionierów tej metody euforią, bo...

- Nie ma nic piękniejszego dla lekarza niż

taki cud


uzdrowienia pacjenta, który 5 minut po udrożnieniu tętnicy, jeszcze na stole operacyjnym zaczyna ruszać bezwładną wcześniej ręką - słyszymy w centrum. Doktora Medera od kilku lat fascynowała ta metoda leczenia udaru. Usłyszał o niej na jednym z medycznych kongresów, ale na drodze wprowadzenia tej metody w życie stanęły bariery administracyjne, finansowe i mentalne.

- Publikacje na temat jej skuteczności nie były jednoznaczne, więc stawiano na obarczone mniejszym ryzykiem leczenie zachowawcze - tłumaczy. Ruszyło się przed rokiem, gdy publikacje wyników kolejnych etapów badań klinicznych nad trombektomią, wykonywanych na coraz lepszym sprzęcie, wykazały jej skuteczność. Zainteresowani tą metodą lekarze szkolili się za granicą i teraz dzięki takim pasjonatom, jak dr Meder jest już w Polsce kilka ośrodków stosujących trombektomię. W dużym uproszczeniu ten nowatorski zabieg wygląda tak. Wprowadza się trombektom - metalowy, przypominający sprężynkę

stent na uwięzi


do zaczopowanego naczynia w mózgu i usuwa zator. - Wkłuwamy się w tętnicę udową w pachwinie i wewnątrz tętnic prowadzimy go do mózgu - tłumaczy dr Grzegorz Meder. Zaczynają zwykle od użycia dwumilimetrowego cewnika, a im jest bliżej mózgu, zmniejszają jego rozmiar do ok. 1 mm.

- W środku jest prowadnik, taki lekko zakrzywiony drucik, którym się manewruje, a my to wszystko widzimy na monitorze. Poruszamy się w tętnicach, aż dotrzemy do miejsca zatkanego przez skrzeplinę i tę skrzeplinę usuwamy - wyjaśnia neuroradiolog.

Ten skrzep może pochodzić z różnych miejsc: z serca lub z uszkodzonej miażdżycą tętnicy. - Miażdżyca to problem cywilizacyjny, powodują ją m.in. zła dieta i nikotyna. W tętnicy tworzy się blaszka, która uszkadza ścianki naczynia. Fragment tej blaszki lub skrzeplina, powstająca w uszkodzonym miejscu, może się oderwać i polecieć z prądem krwi do głowy lub innych rejonów układu naczyniowego - tłumaczy dr Meder.

Czasem, jeśli ktoś ma przecieki (otwory) w sercu, to skrzeplina może pochodzić również z żył. Zatkanie tętnicy, zaopatrującej mózg, sprawia, że krew nie dopływa do mózgu i jego część z powodu niedotlenienia obumiera.

- W każdej minucie udaru mózg nieodwracalnie traci prawie 2 miliony neuronów i 12 km włókien nerwowych. Część komórek, leżących w miejscu zasilanym przez zamkniętą tętnicę, umiera od razu - to rdzeń udaru. Pozostałe, leżące w tzw. strefie cienia (penumbry), zginą, jeśli krążenie nie zostanie przywrócone - wyjaśnia neuroradiolog. Dlatego w leczeniu udarów liczy się każda sekunda. Jeśli pacjent trafi do szpitala najpóźniej w ciągu 4,5 godziny od wystąpienia udaru, można go leczyć za pomocą trombolizy czyli dożylnej metody rozpuszczania skrzepu (jeśli nie będzie przeciwwskazań). Trombektomia wydłuża optymalny czas ratowania mózgu o półtorej godziny, więc pacjent musi trafić na stół najpóźniej 6 godzin po udarze. Pani Ania, jedna z pierwszych pacjentek leczonych tą nowatorską metodą, wie, że cudem

uciekła od kostuchy.


Nigdy nie miała problemów ze zdrowiem i nagle pewnego dnia poczuła ból szyi.

- Pomyślałam, że to skutek złego ułożenia do snu. Kroiłam warzywa na zupę i czułam, że ręce mam jakieś słabsze, więc postanowiłam się na chwilę położyć - wspomina pani Ania i niewiele więcej pamięta.

Wie, że wstała ok. 13.00 i wyłączyła palnik pod gotową zupą. Siedmioletnia córeczka znalazła mamę skuloną w kącie kuchni. Odebrała telefon od starszej siostry, która wracała z zimowiska i liczyła na to, że matka odbierze ją z dworca. - Mama siedzi na podłodze i nic nie mówi - usłyszała dziewczyna od siedmiolatki i zaniepokojona zadzwoniła po ojca. Ten przyjechał, wezwał pogotowie. 43-letnia kobieta trafiła do szpitala.

- Objawy były poważne. Nie wiedzieliśmy, kiedy nastąpił udar i czy chora kwalifikuje się do trombektomii, bo w domu było tylko dziecko, mąż ostatni raz widział sprawną żonę rankiem, a do nas trafiła ok. 16.00 - wspominają lekarze z centrum.

- Na szczęście mąż pacjentki wpadł na pomysł, by zajrzeć na Facebook, gdzie jeszcze w południe jego żona rozmawiała z córką i ten fakt oraz wyniki angiotomo-grafii zaważyły o poddaniu pacjentki trombektomii - wspominają lekarze Grzegorz Meder i Józef Kościelniak.

- Ja nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem, bo ta pani miała całą tętnicę: od szyi w górę niedrożną. Trzeba było tę skrzeplinę odessać wielką strzykawką, a resztę wyciągnąć za pomocą trombektomu - wspomina dr Meder. - Efekt jest fantastyczny. Widziałem tę pacjentkę dwa miesiące temu w poradni w znakomitej formie - dodaje Józef Kościelniak.

- Do momentu udaru nie wiedziałam, że mam w sercu otwory, przez które zakrzep dostał się do głowy - mówi pani Ania, która 3 miesiące po trombektomii jeździła już z rodziną na rolkach, a dzięki rehabilitacji odzyskała również mowę.

Pan Adrian z Solca Kujawskiego miał

dwa udary w ciągu dwóch dni.


To było w lutym 2014 r. i nikt w regionie nie wykonywał jeszcze trombektomii, która w przypadku 35-letniego Adriana mogła być skuteczna. - Zaczęło się od lekkiego bólu głowy, myślałem, że to ze zmęczenia i przejdzie. Ciśnienie miałem normalne, ale nagle lewa noga i ręka mi osłabły, a gdy próbowałem wstać od stołu, osunąłem się na podłogę - wspomina. Na szczęście matka pana Adriana nie zdążyła jeszcze wyjść do pracy i wezwała pogotowie.

- Trafiłem na neurologię do szpitala im. Biziela i zrobiono mi trombolizę, bo miałem zablokowaną tętnicę żylną - opowiada meżczyzna. Niedowład lewych kończyn stopniowo odpuszczał, więc cieszył się, że po kilkudniowej obserwacji wróci do domu.

- Niestety, następnego dnia miałem drugi udar, który przykuł mnie do łóżka. Załamałem się i gdyby nie siła perswazji i pomoc rehabilitantów z oddziału w Smukale, tkwiłbym w łóżku do dziś - twierdzi pan Adrian. Porusza się już o własnych siłach, ale do pracy montera klimatyzacji na wysokościach (był nim 16 lat) nie może wrócić.

- Organizm nam mówi, że coś jest nie tak i nie wolno tego ostrzeżenia lekceważyć - podpowiada 43-letnia pani Joanna z Koronowa. Była na etapie spełniania swoich marzeń. Założyła wyśnioną firmę, a wolny czas wypełniała sportem. Nadszedł jednak wrzesień ub.r. Skończyła pracę i wybierała się na trening siatkówki, gdy

poczuła zmęczenie.


- Położyłam się na chwilę, a gdy wstałam, bolała mnie głowa. Mocno, jakby ktoś gruchotał mi czaszkę młotem - wspomina. Znienacka zjawił się syn. Chciała go wysłać po proszki, ale dostrzegł, że z matką coś jest nie tak.

- Moja lewa ręka i noga zrobiły się wiotkie, a ból prawej strony głowy nabrzmiewał, więc wezwał moją siostrę, a ta karetkę. Pomoc pojawiła się błyskawicznie, jakby na mnie czekała. W ambulansie wykrzywiło mi usta i tętno zaczęło skakać, więc ratownicy skontaktowali się ze szpitalem i kiedy trafiłam do „Biziela”, czekała już na mnie ekipa specjalistów.

Po badaniach natychmiast trafiłam na salę operacyjną - relacjonuje pani Joanna. - To była akcja last minute w wymiarze 4D, bo okazało się, że miałam wylew krwi do mózgu i udar, bo w mojej głowie rósł tętniak, zaś pod nim krwiak - wspomina kobieta. O lekarzach, którzy ją ratowali, mówi: - Jak anioły.

Otaczali mnie troską, zarażali pozytywną energią i tę dobroć, którą mi przekazali, próbuję teraz oddać, udzielając się w Stowarzyszeniu „Udarowcy”. Podobna idea przyświeca panu Jackowi, który urodził się z wadą naczyniową mózgu, a udar miał w wieku 30 lat.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.