Bydgoskie Towarzystwo Wioślarskie na igrzyskach w Amsterdamie [HISTORIA]

Krzysztof Błażejewski 14 sierpnia 2016, aktualizowano: 14-08-2016 21:44

Czwórka ze sternikiem z Bydgoskiego Towarzystwa Wioślarskiego na igrzyska w Amsterdamie pojechała pociągiem. Podczas tej podróży w 1928 roku zagubiono ich łódź.

Czwórka ze sternikiem Bydgoskiego Towarzystwa Wioślarskiego na torze w Amsterdamie.

Fot.: Archiwum

Na pierwsze igrzyska olimpijskie, w których wzięła udział reprezentacja Polski (Paryż 1924 rok), z naszego regionu pojechali tylko dwaj inowrocławianie - Adam Świtek i Władysław Świątek. Nie udało się wówczas na igrzyska zakwalifikować wodniakom z Bydgoskiego Towarzystwa Wioślarskiego, co w Bydgoszczy przyjęto jako klęskę. Była to przecież najpopularniejsza dyscyplina w mieście, traktowana niczym świętość.


Nic dziwnego, że kiedy zbliżał się termin kolejnych igrzysk (Amsterdam, 1928 rok), w Bydgoszczy zawrzało. Doszło do powszechnej mobilizacji nie tylko środowiska sportowego, ale większości mieszkańców miasta. „Nasi wioślarze muszą pojechać do Amsterdamu” - powtarzano powszechnie. Droga na igrzyska nie była jednak wcale łatwa. Trzeba było przebrnąć krajowe eliminacje. Apetyt na olimpijską nominację miało wiele załóg z różnych miast Polski.

Czytaj także: Józef Stogonowski trzy razy walczył na igrzyskach o medal

Bydgoszczanie postanowili skupić się na czwórce ze sternikiem, odpuszczając z góry rywalizację w ósemkach. Już w 1927 roku BTW rozpoczęło kampanię zbierania pieniędzy na fundusz olimpijski, apelując m.in. do swoich członków „Obowiązkiem rzeszy sportowej jest dać wszystko z siebie, aby przez wzmożoną pracę i poświęcenie wywalczyć zaszczytne miejsce barwom polskim. Obowiązkiem społeczeństwa w imię wielkości Polski jest usiłowania te moralnie i materialnie poprzeć. Kup i noś stale propagandowy żeton olimpijski! Złóż niezwłocznie daninę na fundusz olimpijski!”

Czwórka ze sternikiem na igrzyskach do Amsterdamie



I bydgoszczanie nie skąpili datków. Zebrane pieniądze poszły na wynajęcie sal na zimowe treningi, na zakup dwóch najnowocześniejszych łodzi oraz... pensję dla fachowca co się zowie, niemieckiego trenera Manfreda Gotza, który za ogromne jak na polskie warunki pieniądze podjął się przygotować wioślarzy z Bydgoszczy do zdobycia olimpijskiego medal. I słowa dotrzymał! Jego znakomitym posunięciem było wstawienie do czwórki obok Edmunda Jankowskiego, Franciszka Bronikowskiego i Leona Birkholca, młodego Bernarda Ormanowskiego, a ponadto wymienienie sternika Franciszka Brzezińskiego na Bolesława Drewka. To Gotz „odkrył”, że sternik powinien być jak najlżejszy i - wbrew protestom - złamał obowiązujące dotąd zasady. Miał rację.

Bydgoszczanie przez wiele miesięcy intensywnie przygotowywali się do regat kwalifikacyjnych do igrzysk. Ich atutem miało być to, że odbędą się one właśnie w Bydgoszczy, w Łęgnowie. Jednak decydujący, najważniejszy bieg... przegrali z poznaniakami! Sobie tylko znanym sposobem działacze z Bydgoszczy przekonali na kolanach wioślarską centralę, by rywalizacja została powtórzona. Na to nie zgodzili się wioślarze z Poznania i tak, w atmosferze skandalu, olimpijską nominację zdobyli bydgoszczanie.

29 lipca 1928 roku olimpijczycy udali się pociągiem z Bydgoszczy do Amsterdamu. Towarzyszyło im na własny koszt czterech działaczy. Kiedy jednak dotarli na miejsce, okazało się, że nie ma tam jeszcze ich łodzi, która została wysłana koleją pięć dni wcześniej. Na domiar złego konwojent łódki, Filipiak, przyjechał z fatalną wiadomością. Podczas postoju w Berlinie udał się na obiad, a kiedy wrócił, pociągu już nie było na stacji i nikt nie umiał mu wyjaśnić, dokąd pojechał.

Pływali pod prąd



Poszukiwania łodzi miały dramatyczny przebieg, ale zakończyły się sukcesem. Nie można było jednak jej odebrać i zwodować, bowiem w liście przewozowym pomylono nazwę odbiorcy i kolejarze z Amsterdamu odmówili jej wydania. I tę trudność udało się pokonać, ale stracono kolejny dzień, przewidziany na trening.

Kiedy po 20-minutowej podróży (załoga BTW została zakwaterowana w szkole) taksówkami wioślarze dotarli na tor, miny im zrzedły. Areną olimpijską miał być wąski kanał Sloten, na którym mieściły się jedynie dwie łodzie. W takich warunkach bydgoszczanie jeszcze nie pływali. To ograniczenie determinowało sposób rozgrywania zawodów.

Pierwszy treningowy przejazd wprawił bydgoszczan w przerażenie. Osiągnęli czas o wiele sekund słabszy niż zwykle. Dopiero później wyjaśniło się, że do kanału podłączone były pracujące na co dzień młyny, które wprawiały wodę w ruch, przez co sportowcy wiosłowali właściwie pod prąd. Na czas zawodów młyny zostały jednak wyłączone.

Do rywalizacji czwórek ze sternikiem zgłosiło się 11 osad. Rywalami Polaków byli wioślarze z Wielkiej Brytanii, Belgii, Japonii, Francji, Monako, Niemiec, USA, Szwajcarii, Węgier i Włoch. Organizatorzy ustalili bardzo skomplikowany system eliminacji pucharowych. Dopiero dwie kolejne porażki eliminowały osadę z zawodów.

Bydgoszczanie najpierw pewnie pokonali Japonię, a potem Francję i Belgię. W dwóch ostatnich przypadkach biało-czerwonym pomógł los: płynęli po „lepszym” torze, na którym mniej wiał zwykle silny wiatr od morza. Przedziwny regulamin sprawił, że oznaczało to już medal, bowiem na tym etapie w rywalizacji pozostały już tylko trzy osady: Polska, Szwajcaria i Włochy. 8 sierpnia Włosi pokonali Helwetów. Według regulaminu, bydgoszczanie mieli się teraz spotkać z wioślarzami Italii w potyczce o złoto igrzysk.

„Czuliśmy, że nas wykantowano”



9 sierpnia jednak rozpoczęły się tajne narady naszych rywali, mające na celu „wykolegowanie” Polaków. Szwajcarom udało się przekonać sędziów, że o prawo występu w finale, wbrew wcześniejszym ustaleniom, Polska powinna zawalczyć w dodatkowym biegu właśnie z nimi. „Tak byłoby sprawiedliwiej” - twierdzili działacze. Przedstawiciel Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Jerzy Loth, tę propozycję przyjął. Wszem i wobec głośno mówiono w Amsterdamie o „rycerskiej” i „fair play” postawie Polaków. Inne jednak były odczucia wioślarzy. Bernard Ormanowski, bez ogródek stwierdził później w wywiadzie: „Brakło nam ducha walki, gdyż czuliśmy, że nas wykantowano”.

Tym razem los się odwrócił. Polacy wylosowali gorszy tor, a ponadto z powodu zmiany regulaminu, bieg odbył się wcześnie rano. Edmund Jankowski mówił: „Nie zdążyliśmy zjeść śniadania. W czasie biegu byliśmy faktycznie głodni i nie mogliśmy jechać pełną siłą.” Polacy ten wyścig bezdyskusyjnie przegrali. Pozostał im brąz.

10.08. Włosi w finale pokonali Helwetów. Po południu odbyła się dekoracja. Na najwyższym podium stanęła piątka wioślarzy Italii, na drugim - Szwajcarzy, na trzecim - bydgoszczanie.Wieczorem tego dnia Polski Komitet Olimpijski urządził w Amsterdamie dla brązowych medalistów specjalne przyjęcie z udziałem m.in. prezesa PKOl, księcia Kazimierza Lubomirskiego, i polskiego konsula. Potem wszyscy udali się do... największego amsterdamskiego kina na specjalny seans filmowy; jego właściciel, z pochodzenia Polak, w taki właśnie sposób uczcił sukces rodaków.

„Całe obywatelstwo przybyło”



Mieszkańcy Bydgoszczy z niecierpliwością oczekiwali przyjazdu medalistów. W „Gazecie Bydgoskiej” pojawił się apel „do sportowców i całego obywatelstwa m. Bydgoszczy z tem, aby wszyscy, kto żyw przybyli na dworzec w celu powitania dzielnych wioślarzy, na które sobie rzetelnie zasłużyli, walcząc wprost po bohatersku o honorowe miejsce dla barw państwa i sportu polskiego”.

Tak się też stało. Przyjazd medalistów okazał się jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach międzywojennej Bydgoszczy. „O godz. 14-tej odjechało z przystani BTW do dworca kolejowego 10 samochodów, ustrojonych w kwiaty i wieńce, z flagami BTW - pisał „Dziennik Bydgoski”. - O godz. 14.30 przed dworcem oraz przyległe ulice wypełniły tysięczne rzesze. Na peronie ustawili się wioślarze w galowych mundurach, delegaci prawie wszystkich bydgoskich towarzystw sportowych i przysposobienia wojskowego, drużyna morska harcerzy, liczne grono wioślarek. O godz. 14.45 nadjeżdża pociąg. Już z dala widnieją wystawione z okna flagi BTW. Orkiestra gra marsze, olimpijczycy wychodzą i następują: powitania, całowania, gratulacje. Wioślarki i panie zgromadzone na peronie obdarzają wioślarzy kwiatami.

Członkowie BTW wynoszą olimpijczyków na rękach i lokują ich w pięknie udekorowanym samochodzie. Przeszło czterotysięczny tłum zebrany przed dworcem wznosi okrzyk na cześć zwycięzców. Fotografiści uganiają i fotografują zewszechstron. Podnosi się flaga olimpijska o pięciu kołach, przedstawiających pięć części świata i rusza wspaniały pochód. Na czele sunie samochód wiozący zwycięzców, za nim idą w czwórkach wioślarki, wioślarze, drużyna morska i długa kolumna samochodów. Obok ciągną ogromne rzesze publiczności. Na ulicy Śniadeckich, z balkonu domu p. Żółkiewicza zasypano samochód olimpijczyków mnóstwem kwiatów. Tak, w radosnym nastroju, przybywamy do szałasu BTW (...) Wiceprezydent miasta p. dr. Chmielarski podkreślił, że uroczystość przyjęcia zwycięskiej załogi łączy się z rocznicą zwycięstwa nad bolszewikami. Aby Polska była silna, niechaj każdy Polak pracuje i pełni z całem poświęceniem obowiązki na nim ciążące. Sport jest potężną ideą odradzającą ludy. Wioślarze bydgoscy spełnili swój obowiązek włożony na nich”.

Bohaterowie amsterdamskich zmagań nigdy więcej nie wsiedli razem do wyścigowej łodzi. Losy ich rozeszły się w przedziwny sposób.

Edmund Jankowski - zaraz po olimpiadzie z dnia na dzień porzucił wyczynowe uprawianie sportu. Poświęcił się pracy w zakładach Siemensa, a od maja 1932 roku do wybuchu II wojny był dyrektorem fabryki rowerów w Bydgoszczy przy ul. Dworcowej (własność teścia Jankowskiego, Anastazego Wasilewskiego). Po kampanii wrześniowej wrócił do Bydgoszczy, gdzie został jako działacz Związku Zachodniego aresztowany przez Niemców, a następnie rozstrzelany, prawdopodobnie 1 października 1939 roku w Dolinie Śmierci pod Fordonem.

Bernard Ormanowski - miał dwuletnią przerwę w wiosłowaniu po igrzyskach w Amsterdamie. Po przerwie wrócił do sportu i wystartował na mistrzostwach Europy. Pływał też w ósemkach, gdzie nie udało mu się odnieść sukcesów w zawodach międzynarodowych. Sportową karierę zakończył dopiero w 1945 r., pełniąc jednocześnie rolę trenera w BTW, następnie uczył wioślarstwa w Okręgowym Wojskowym Klubie Sportowym w Bydgoszczy (1950-1953) i Kolejowym Klubie Wioślarskim (1959-1976). Był wychowawcą świetnej dwójki Broniec - Ślusarski. Zmarł jako ostatni z piątki „amsterdamczyków” 7 grudnia 1984 r. w Bydgoszczy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.