Marszrutką przez Gruzję

Anna Czerny-Marecka 6 sierpnia 2016, aktualizowano: 08-08-2016 09:49

Lotem do Tibilisi z Warszawy za nieco ponad 500 zł w obie strony i to z bagażem rejestrowanym w cenie? Bierzemy! - zdecydowaliśmy z mężem i tak spędziliśmy tani i pełen wrażeń urlop w Gruzji. Choć pierwsze zetknięcie z tym krajem było, delikatnie mówiąc, deprymujące...

U podnóża twierdzy i statui Matki Gruzji w Tibilisi na skale wiszą stare domy

Fot.: Anna Czerny-Marecka

Z lotniska na dworzec marszrutek (taksówki zbiorowe, popularne w krajach byłego ZSRR) Didube w Tibilisi dojechaliśmy zwykłą taksówką. Taniej byłoby autobusem, ale odjeżdżają one dopiero od 7.00, a my wylądowaliśmy po 5.00. O 6.00 Didube wyglądało jak koszmar: odrapane budy i stragany, walające się śmieci, wałęsające się psy i stare busy. Takich widoków i potem widzieliśmy więcej, bo Gruzja to kraj na dorobku i w budowie. Ale też piękny, o czym przekonaliśmy się jeszcze tego pierwszego dnia.


Borjomi



Pierwszym miastem na naszej trasie było niewielkie uzdrowisko znane z leczniczej wody. Centrum to długa ulica nad żółtawą rzeką Kurą, ratusz, muzeum, szkoła muzyczna, dworzec marszrutek, kantory i dobrze zaopatrzony sklep samoobsługowy; rzadkość w Gruzji, bo handel odbywa się tutaj raczej w małych sklepikach i na ulicach. Odbijając w bok, wejdziemy do parku zdrojowego - urokliwe miejsce z wodospadem i rzeźbami.

Jednak to, co najciekawsze, jest w okolicy Borjomi. Pojechaliśmy tam z międzynarodową ekipą marszrutką Timura. Kosztowało to 30 GEL (lari) od osoby (ok. 60 zł). Niewiele, zważywszy na atrakcje. Zdezelowanym busem Timur zawiózł nas do Zielonego Monastyru, Achalciche i Wardzi. Jechał z fasonem, omijając, bez zwalniania, dosyć liczne dziury i bardzo liczne krowy, nieraczące ustąpić ze środka jezdni ani na centymetr. Tak jeździli tam wszyscy. Timurowi zdarzyło się przy tym śpiewać i „tańczyć” rękami. Obiema.

W marszrutkach na szybach są przyklejone obrazki ze świętymi. Chyba tylko ich opiece trzeba przypisać, że podczas 11 dni pobytu w Gruzji widzieliśmy tylko jeden wypadek. Na koniec tej wycieczki było SPA - betonowy basen w nieotynkowanym baraku. I wino. Bajka.

Kutaisi



To drugie po Tibilisi pod względem wielkości miasto w Gruzji, siedziba parlamentu. Tu trzeba obejrzeć centrum z fontanną Kolchidy (mit o wyprawie po złote runo), wokół której jeżdżą nowożeńcy, a także katedrę Bagrati (192 schodki). Warto przejść się na stary bazar, żeby kupić gruzińskie sery i zatopić się w tłumie. Handel odbywa się się też na ulicach i w piwnicach odrapanych kamienic, zamienionych na sklepiki oraz warsztaty szewskie i krawieckie.

Z Kutaisi dojedziemy do Jaskini Prometeusza, która jest przepiękna i bogata w fantastyczne formy skalne. Blisko mamy też monastyr Gelati.

Batumi



Gdybyśmy kierowali się tylko poradami z internetu, raczej nie pojechalibyśmy do Batu-mi. Czytaliśmy, że nic w nim nie ma. Ale byliśmy i nie żałujemy. Zwariowane miasto z przedziwnymi budowlami. Metal, szkło, mozaiki, orient, gargamele, hotele, kasyna - mieszanka piorunująca. Trzeba przejść się promenadą jakby żywcem z francuskiej riwiery, zobaczyć ogród botaniczny i wejść w głąb miasta, gdzie obok zabytkowych kamienic widać tureckie betonowe slamsy. Można też popatrzeć na mężczyzn grających w parkach w planszówki (częsty widok w Gruzji). - A kobiety gdzie? - spytałam jednego z panów, pełna feministycznego oburzenia. - Na plaży - usłyszałam. Dziękuję bardzo. Morze Czarne jest ciepłe, ale jak do niego zejść po wielkich śliskich kamieniach? Nie da się.

Tibilisi



Z Kutaisi do Tibilisi ponad 220 km jechaliśmy marszrutką za jedyne 10 GEL za osobę, czyli ok. 20 zł. Po drodze na postoju skorzystałam z prze-dziwnej toalety (za 30 tetri). Do tzw. ruskich klozetów już zdążyłam przywyknąć, ale ta miała oprócz dziur w betonie drzwi do kabin jak z wes-ternowego saloonu. Załat-wiając potrzebę, można więc kontrolować sytuację na zewnątrz i grzecznie przywitać się z innymi. Za spłuczkę robił plastikowy dzbanek z wodą.

Na Tibilisi mieliśmy kilka dni i nie nudziliśmy się. Poruszaliśmy się tanim metrem. Ma wielką zaletę - daje ulgę, gdy temperatura na zewnątrz rośnie powyżej 30 stopni C (w czerwcu).
Wardzia. Podczas najazdów mongolskich mogło się tutaj schronić 60 tys. ludzi

fot. Anna Czerny-Marecka

Wardzia. Podczas najazdów mongolskich mogło się tutaj schronić 60 tys. ludzi


Stolica Gruzji ma przepiękną starówkę z licznymi i od rana zapełnionymi restauracjami, zabytkami, mostami i krętymi uliczkami. Wysiadać należy na stacji metra Rustaveli albo bliżej starówki - Liberty Square (plac Wolności). Jeżeli pojedziemy ciut dalej do stacji Avlabari, będziemy mieć blisko do pałacu prezydenckiego i wartego zwiedzenia w skupieniu soboru Trójcy Świętej (idzie się pod górę, do czego w Gruzji radzę się przyzwyczaić).

Warto wybrać się na spacer po starym mieście po zmroku - nie trzeba się niczego obawiać, bo - jak mówili nam wszyscy Gruzini - po reformie policji, przeprowadzonej przez prezydenta Micheila Saakaszwilego, jest tutaj bardzo bezpiecznie. Potwierdzamy. Taki nocny spacer będzie uroczym dopełnieniem wieczoru spędzonego w operze, której budynek, w stylu orientalnym, trudno przeoczyć. Foyer i sala widowiskowa są bogato zdobione. My obejrzeliśmy w niej balet „Ognisty ptak” Stra-wińskiego i ręce bolały nas od oklasków. Nie przeszkadzało nam nawet, że na naszym balkonie w ciemności świeciły smartfo-ny: panie wysyłały na Facebooka fotki z opery i sprawdzały lajki.

Niedaleko opery jest muzeum - warto zajrzeć do niego nie tylko ze względu na klimatyzację. Dużo dowiemy się o historii Gruzji, a to przecież kraj, który tradycję chrześcijaństwa i piśmiennictwa ma o wiele starszą niż nasza, i wiele przeszedł w drodze do niepodległości.

Polecamy też wizytę w banji - za prywatny pokój z prysznicem i basenem z siarkową wodą zapłaciliśmy (z ręcznikami) nieco ponad 30 GEL. Można zamówić sobie także masaż. Banja będzie jak znalazł po wdrapaniu się na dominujące nad miastem wzgórze z twierdzą Narikalą i statuą Matki Gruzji. Widoki warte wylania nieco potu. Można też wjechać kolejką linową, ale to jednak nie to.

Z Tibilisi pojedziemy na wiele wycieczek - samemu albo organizowanych przez biura turystyczne (w zależności od celu - 50-90 GEL): Kazbegi (wysokie góry), Mtskheta (dawna stolica z XI-wieczną katedrą), skalne miasto Uplisciche i Gori. To ostatnie miasto słynie z tego, że na świat (ku jego utrapieniu) przyszedł w nim towarzysz Stalin. Ma on swoje muzeum, gdzie znajdziemy trochę osobistych przedmiotów dyktatora i dużo obrazów, poznamy historię jego dochodzenia do władzy i potem jej sprawowania oraz przekonamy się, że stosunek do niego nie jest w Gruzji jednoznaczny. Na przykład nasza przewodniczka (szliśmy z grupą rosyjską) dużo opowiadała o gruzińskich ofiarach Stalina. Z kolei pani oprowadzająca wycieczkę anglojęzyczną ten wątek pominęła milczeniem.

Chaczapuri


Gruzińskie jedzenie ma dobrą markę. Zwłaszcza wino. Pewnie oburzą się na nas koneserzy, ale po spróbowaniu wytrwanego i słodkiego przyznaliśmy pierwszeństwo drugiemu. Najbardziej smakowały nam sery (przed kupnem radzimy spróbować) i placki drożdżowe z serem, czyli chaczapuri. Zwłaszcza adżarskie, z jajkiem i masłem. Pychota.

Lubimy zupy, ale zamawiając je, nigdy nie byliśmy pewni, co dostaniemy. Do serca przez żołądek trafiło nam charczo. Ja polubiłam także gruzińskie pierożki sakiewki, które trzeba tak gryźć, żeby nie wyleciał z nich rosołek. Trochę się zdziwiłam, że mrożone chinkali, kupione tanio w sklepie i przyrządzone w hostelu, były równie dobre, jak te podane w restauracji, o wiele droższe.

Nie za bardzo smakowały nam słodkie kabanosy, czyli czurczchele - orzechy w zastygniętym soku owocowym. Można je kupić wszędzie - 2 GEL za sztukę. Jeżeli już o cenach mowa, to są podobne jak w Polsce. Wakacje w Gruzji były dla nas niedrogie: 4,5 tys. zł. Z biurem podróży były na pewno droższe.

PS Z braku miejsca nie opisałam atrakcji turystycznych, o których informacje łatwo znaleźć w przewodnikach i necie. Starałam się opisać to, czego w nich nie ma.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.