Spał pół roku. Obudziła go Fundacja Światło

Paulina Błaszkiewicz 7 sierpnia 2016

- Pamiętam tylko jesień, kukurydzę na polu i ten cholerny dzień, gdy przyjechał do mnie kierownik - opowiada swoją historię Grzegorz Król, podopieczny Fundacji Światło, który pięć lat temu wybudził się ze śpiączki.

Grzegorz Król zapewnia, że jest szczęśliwy, bo żyje, bo mówi.Marzy o tym, by chodzić, jeździć samochodem, być komuś potrzebnym.

Fot.: Jacek Smarz

Chciałem spędzić jeden dzień z żoną i synkiem, jechać na cmentarz i uporządkować grób mamy przed 1 listopada. Miałem wolne. Wszystko zapowiadało się zwyczajnie - wspomina Grzegorz Król, podopieczny toruńskiej Fundacji „Światło”, jedna z kilkudziesięciu osób wybudzonych właśnie w tym Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym.


31-latek z Toporzyska, małej wsi w powiecie toruńskim, z zawodu jest strażakiem. Marzył o tym od dziecka. Nawet dziś, po tym, co go spotkało, mówi: - Już wtedy, gdy byłem malutki, byłem strażakiem. Dziadek tego chciał. W lipcu czy sierpniu jeździłem razem z nim na różne festyny, podglądałem, jak wygląda ta praca. Miałem po prostu być strażakiem...

30 października 2010 roku podczas akcji gaśniczej spadł z dużej wysokości, czego skutkiem było uszkodzenie kręgosłupa i uraz czaszkowo-mózgowy.

Czytaj także: Te słowa mają wielką moc

Jak mówi Janina Mirończuk z toruńskiego zakładu, lekarze nie dawali mu większych szans na przeżycie: - Grzesiu trafił do nas w śpiączce w styczniu 2011 roku, czyli trzy miesiące po wypadku. Na początku marca odzyskał świadomość, a w kwietniu pojechał na rehabilitację do Bydgoszczy. Jest najlepszym dowodem na to, że z beznadziejnej sytuacji można wyjść. Czeka go jeszcze długa droga w tej walce o zdrowie. Cały czas potrzebuje rehabilitacji, zajęć z logopedą - podkreśla Janina Mirończuk.

Grzegorz Król przyznaje, że przed wypadkiem nie był tak gadatliwy jak teraz.

- Wie pani, ja muszę dużo mówić, dlatego zgodziłem się na tę rozmowę - żartuje, choć przyznaje, że powodów do śmiechu nie ma zbyt wielu. Od kilku lat dzielnie walczy o samego siebie, bo, jak mówi, rzeczywistość po wybudzeniu się z kilkumiesięcznego snu wcale nie jest taka kolorowa.

- Nie pamiętam nic z tamtego czasu, gdy byłem w „Światełku”. Pamiętam tylko jesień, kukurydzę na polu i ten cholerny dzień, gdy przyjechał kierownik i powiedział, że mam iść razem z kolegą gasić pożar. Nie wiem, dlaczego uległem, przecież miałem wtedy wolne. Nie chciałem, ale w straży są zasady jak w wojsku. Usłyszałem tylko: „K... mać, macie zap...ć, bo jak nie, to dostaniecie taki wpi..., że...” I co miałem zrobić? Pojechałem. Tak miało być. Pamiętam, że powiedziałem do kolegi: „Idź tylko po te korki, trzeba je wyciągnąć, ale nikt tego nie zrobił. Kopnął mnie prąd, u góry zaczęło się walić, spadłem z wysokości ok. 4 metrów na azbest i beton, a na głowę spadła mi belka. Dalej już nic nie pamiętam- wspomina pan Grzegorz. O swoim stanie w śpiączce mówi krótko: - Nie było mnie.

W kręgu życia i śmierci



Miesiąc przed wypadkiem zmarła jego mama. - Żałobę i czas po jej śmierci spędziłem we śnie. Mama zmarła na raka. Wierzyliśmy, że wyzdrowieje, ale później to wszystko tak szybko się potoczyło. Umarła chwilę po narodzinach Błażejka, mojego synka, a później przyszła kolej na mnie - mówi mężczyzna, dodając, że w 2010 roku poznał ciemną i jasną stronę życia.

Nadal mieszka w Toporzysku, z 80-letnią babcią. W codziennym życiu pomaga mu jego ojciec, bez niego nie dałby rady. Ma 1300 złotych renty, z czego 300 zł to pieniądze na dziecko. Żona odeszła od niego dwa lata temu. Po rozwodzie związała się z innym mężczyzną i urodziła drugie dziecko.

Grzegorz Król: Życie jest do kitu. Nigdy nie jest tak, jakbyśmy chcieli. Ja miałem żonę i synka, a niektórzy są razem, choć nie mają dzieci. Nie rozumiem tego


- Żony już nie mam, poszła mi i co miałem zrobić? Dwa lata temu... Nie mam do niej o to żalu, ale wie pani co... Życie jest do kitu. Nigdy nie jest tak, jakbyśmy chcieli. Ja miałem żonę i synka, a niektórzy są razem, choć nie mają dzieci. Nie rozumiem tego. Gdy zobaczyłem Marzenę, to od razu się zakochałem. Poznałem ją na imprezie w Toporzysku. Zawsze w soboty tam jeździłem na zabawy. Teraz już chyba ich nie ma, nie wiem, bo nigdzie przecież nie chodzę. Kochałem Marzenę. Ona nie musiała nic robić. Pracowałem od rana do wieczora. Zdarzało się, że zaczynałem o 7.00 rano, a kończyłem o 2.00 w nocy. Chciałem, żeby jej i synkowi było dobrze - zapewnia mężczyzna.

Wie, kto kim jest



Grzegorz Król po tym, jak wybudził się ze śpiączki, gdy wydawało się, że będzie już tylko lepiej, został wystawiony przez los na ciężką próbę. Odeszła od niego nie tylko żona, odwrócili się też znajomi, którzy przed wypadkiem często gościli w jego domu w Toporzysku.

- Wszyscy są dla mnie mili. Mówią, że jestem dzielny i że będzie dobrze, ale żeby tak ktoś przyjechał do mnie na herbatę czy na kawę, posiedzieć i pogadać - to nie. Prawda jest taka, że to tylko takie gadanie. Nikt poza synkiem do mnie nie przyjeżdża. Błażej jest bardzo fajny. Za chwilę idzie do pierwszej klasy. Być może za jakiś czas wyjedzie do Niemiec i wtedy będzie do mnie przyjeżdżał na tydzień, co trzy miesiące. Z nim jest weselej, bo ja tu nie mam co robić. Nic mi nie wolno, a ja też boję się cokolwiek robić, żeby mi nic nie popękało. Ostatnio trochę grabiłem - mówi pan Grzegorz.

Jego życie na co dzień bardzo różni się od życia zdrowego trzydziestolatka: - Jeżdżę do Złejwsi do lekarza, do apteki albo do sklepu, do Biedronki. Tata mi pomaga, zawsze zawiezie, gdy trzeba, i tak jeździmy...
Wybudzony ze śpiączki Grzegorz Król przed domem w Toporzysku

fot. Jacek Smarz

Wybudzony ze śpiączki Grzegorz Król przed domem w Toporzysku


Janina Mirończuk z toruńskiej fundacji „Światło” podkreśla, że życie śpiochów po wybudzeniu jest naprawdę trudne, bo przecież okazuje się, że rzeczywistość, którą zastają po wybudzeniu, nie spała razem z nimi.

- Zarówno pacjent apaliczny, jak i jego bliscy stają przed wielką próbą. Historia Grzegorza pokazuje, że nie zawsze jest kolorowo, ale wszystko może się jeszcze zmienić - Janina Mirończuk bardzo w to wierzy.

Grzegorz Król jest przekonany, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Zapewnia, że jest szczęśliwy, bo żyje, bo mówi. Marzy o tym, by zacząć chodzić, jeździć samochodem i po prostu być komuś potrzebnym. Najważniejszą osobą w jego życiu jest sześcioletni synek, ale pan wierzy, że w jego sercu znajdzie się jeszcze miejsce dla innej osoby.

- Nie chciałbym być sam. Chciałbym mieć jeszcze dziewczynę, a może żonę... Marzeń mi nikt nie zabierze. Póki są, chce mi się żyć. Nie wolno przespać życia. Spałem pół roku i to mi wystarczy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 13-08-2016 09:01

    Oceniono 2 razy 2 0

    - Ewik: Trzymaj się Grześ jesteś dzielny czytając artykuł wzruszylam się dasz rade masz chęć i chcesz żyć to najważniejsze z czasem wszystko się ułoży. Młody jesteś masz ukochanego synka i znajdzie się osoba która Cie pokocha.Zdrowiej trzymam kciuki.Tata twój tez jest dzielny. Pozdrawiam

    Odpowiedz