[PRZY OKAZJI RIO 2016] Nasz pierwszy olimpijczyk. Niezwykłe losy boksera z Inowrocławia

Krzysztof Błażejewski 6 sierpnia 2016

Wiedza o jego życiu rozmyła się w ludzkiej pamięci do tego stopnia, że z okruchów informacji zbudowano legendę. Nam udało się ustalić, jak w rzeczywistości wyglądała kariera pierwszego olimpijczyka z naszego regionu, pięściarza Adama Świtka.

Fot.: narodowe archiwum cyfrowe

Dziś, kiedy uczestników igrzysk olimpijskich wyłania się w trwających całe lata kwalifikacjach, trudno uwierzyć, że 92 lata temu, gdy reprezentacja Polski debiutowała na światowych igrzyskach w Paryżu, o kandydatów do założenia koszulki z białym orłem było naprawdę trudno.


Polska już w 1920 roku szykowała się do startu w igrzyskach w Antwerpii. Jednak nieliczni wytypowani przez związki sportowe przyszli uczestnicy igrzysk w tym samym czasie założyli wojskowe mundury. Wojska bolszewickie zbliżały się wówczas do Warszawy. Igrzyska minęły bez nas...

Dajcie mi dobrych bokserów...


W pierwszych latach II Rzeczypospolitej pieniądze były potrzebne na wszystko. Dlatego brakowało ich na sport, traktowany zresztą przez społeczeństwo po macoszemu. Z tego względu przed kolejnymi igrzyskami, w 1924 roku, Polski Komitet Olimpijski szukał nie tylko sponsorów, ale i... sportowców, którzy nie przynieśliby wstydu na arenie międzynarodowej. Nie było większego kłopotu ze znalezieniem piłkarzy, jeźdźców, lekkoatletów, kolarzy, strzelców, szermierzy. Gorzej było z bokserami. O przyszłych sukcesach polskiego pięściarstwa „pod batutą” Feliksa Stamma nikt jeszcze nie marzył. Mało tego, nie było jeszcze oficjalnie działającego związku bokserskiego. Kiedy powstał, można było zacząć przygotowania do wysłania najlepszych polskich pięściarzy na igrzyska do Paryża. W tym celu zorganizowano 15 grudnia 1923 roku w Warszawie w budynku stałego cyrku przy ul. Ordynackiej pierwszy w Polsce oficjalny turniej pięściarski z okazji powstania Polskiego Związku Bokserskiego. Miał on pokazać siłę naszego boksu, a przede wszystkim wyłonić kandydatów do wyjazdu na olimpiadę.

Ja mam takiego brata...


Jednym z kandydatów był boksujący w wadze lekkiej Kazimierz Świtek, zawodnik Kolejowego Klubu Bokserskiego Inowrocław. W finale pewnie pokonał wysoko na punkty doświadczonego Szulmana z Warszawy. O olimpijskich szansach inowrocławianina nie wyrażano się jednak zbyt entuzjastycznie. Znacznie większe wrażenie na działaczach bokserskich, zwłaszcza na redaktorze „Stadjonu”, pięściarzu Wiktorze Junoszy-Dąbrowskim, zrobiła opowieść Kazimierza Świtka o jego bracie Adamie, odnoszącym sukcesy na ringach w Paryżu. To mogła być „tajna broń” polskiej ekipy olimpijskiej.

Wiosną, kiedy przyszedł czas kompletowania ekipy bokserskiej na igrzyska w Paryżu, pewniakami do wyjazdu byli tylko wyróżniający się w kraju Jan Ertmański z Poznania, Jan Gerbich i Tomasz Konarzewski z Łodzi. Dołączono do nich warszawianina Eugeniusz Nowaka. Przypomniano też sobie o Adamie Świtku, jednak był zbyt mało znaną postacią i zbyt mało o nim było wiadomo, więc nikt nie chciał ryzykować i wybierać się do Paryża, aby odnaleźć inowrocławianina i podjąć z nim rozmowy o występie na igrzyskach olimpijskich.

Tak się jednak złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie w stolicy Polski pojawił się na krótko Paweł Szydło. Ten sam człowiek, którego nazwisko jest kibicom boksu doskonale znane. Był on bowiem później przez wiele lat asystentem i pomocnikiem Felksa Stamma, współtwórcą największych sukcesów polskiego pięściarstwa (sekundował jeszcze na IO w Meksyku w 1968 r.). Szydło w 1923 roku był młodym człowiekiem i już tylko byłym bokserem, bowiem sam sukcesów na ringu nie odnosił. Miał za to talent trenerski i menadżerski. Udało mu się w Paryżu, gdzie mieszkał, założyć i prowadzić małą szkółkę bokserską.

Wygrał 40 z 50 walk


- Znam świetnego młodego chłopaka - mówił głośno w Warszawie Szydło. - Nazywa się Świtek. To wielka nadzieja boksu. Może walczyć w półśredniej. Wygrał niedawno amatorskie mistrzostwa Paryża, rozłożył wielu znanych francuskich bokserów. Na 50 stoczonych walk wygrał 40. Jest Polakiem, ma nasze obywatelstwo, to stuprocentowy amator, nie bedzie podejrzeń o zawodowstwo. Pracuje jako kelner w jednej z knajpek na Montmartre. Może warto wysłać go na olimpiadę?

Pomysł spodobał się działaczom pięściarskim. Szydło dostał polecenie, by w Paryżu spotkać się ze Świtkiem i przeprowadzić z nim rozmowę wstępną. Niebawem do Warszawy dotarła informacja o zgodzie Świtka na występ w reprezentacji Polski. Trzeba było jeszcze tylko załatwić formalności, związane z jego przynależnością do któregoś z polskich klubów. Zapisano go do Kolejowego Klubu Bokserskiego w Inowrocławiu, do którego należał również brat boksera, Kazimierz. Przypuszczalnie odbyło się to „zaocznie”.

Podczas oficjalnej odprawy przed ig-rzyskami na zebraniu Polskiego Związku Bokserskiego odczytano przysłane przez Pawła Szydłę wycinki z paryskiej prasy, traktujące o sukcesach Adama Świtka na tamtejszych ringach. Powstała atmosfera oczekiwania na jego sukces, może nawet medal. Tym bardziej, że Świtek miał wystąpić w wadze półśredniej razem z... poznaniakiem Janem Ertmań-skim. W tamtych czasach na igrzyskach dozwolony był udział po dwóch bokserów z każdego kraju w tej samej kategorii wagowej. Jeśli nie jeden więc, to drugi... - snuto plany.

Na olimpijskim ringu


Adam Józef Świtek urodził się w Inowrocławiu w 1901 roku. Jako nastolatek wyjechał jednak za chlebem do Niemiec. Tam, jak sam wspominał w wywiadzie udzielonym w 1928 roku „Przeglądowi Sportowemu”, występując wówczas pod imieniem... Marjan, „zapoznał się ze sportem”. W 1919 roku przeniósł się do Francji, do Paryża. Wtedy zaczął snuć marzenia o pięściarskiej karierze; boks jako szlachetna sztuka walki robił furorę w odróżnieniu od „brudnych i brutalnych” zapasów. Któregoś dnia Świtek zapisał się do bokserskiej szkółki „Sale Leclerc”, a potem do kolejnej, związanej z liczną wówczas emigracją polską w Paryżu, prowadzoną m.in. przez Pawła Szydłę. Ta znajomość przesądziła o jego zakwalifikowaniu się do reprezentacji kraju na paryskie igrzyska.

W drugim dniu olimpiady Świtek w białej koszulce i czerwonych spodenkach wyszedł na ring. „Zawody odbywały się w hali Velodrome d’hivier, gdzie mieścił się tor wyścigów rowerowych - relacjonował działacz PZB, Jan Baran. - Na walkę trzeba było czekać długo, niekiedy do północy, co było bardzo męczące dla zawodników, gdyż upał był nie do zniesienia. Przytem, co było jeszcze fatalniejszą rzeczą, pozwalano palić publiczności, to też zawody odbywały się w obłokach dymu”.

Decydujący cios w szczękę


Naprzeciwko Świtka, w drugim narożniku stanął Amerykanin Tim Haggerthy. „Świtek z początku usiłuje atakować, wkrótce jednak inicjatywa przechodzi do przeciwnika. Świtek ładnie się broni, otrzymuje wszakże przy samym końcu pierwszej rundy decydujący cios w szczękę. Świtek na podłodze. Sędziowie wstrzymują dalszą walkę i ogłaszają Haggerthy’ego za zwycięzcę” - relacjonował reporter „Stadjonu”, Wiktor Junosza-Dąbrowski.

Tak zakończyła się pierwsza i jedyna walka boksera z Inowrocławia na olimpijskim ringu. „Powiedzmy otwarcie. To był blamaż. Wystawienie zawodnika do olimpijskiego turnieju było przedwczesne” - krótko skwitował występ Świtka Jan Baran.

Haggerthy w następnej walce znokautował, ale w drugiej rundzie, Jana Ertmańskiego, który miał w pierwszej serii wolny los. W kolejnej walce Amerykanin przegrał z Kanadyjczykiem Lewisem, wylądował poza strefą medalową.

Olimpijska porażka nie załamała jednak inowrocławianina. Dalej walczył, odnosił sukcesy na lokalną, paryską miarę. Pogodzić pracę z treningami było mu jednak trudno.

- W roku 1925 bawili w Paryżu polscy bokserzy Kwiatkowski i Konarzewski, z którymi trenowałem w „Cercle de la boxe”, następnie, po intensywnym treningu, przeszedłem do obozu zawodowców - zwierzał się Świtek w 1928 roku „Przeglądowi Sportowemu”.

Na zawodowym ringu szło mu ze zmiennym szczęściem, wygrał 13 walk, ale były też i przykre porażki. Przeniósł się do szkółki „Lebreton”, m.in. stoczył dwie walki w Polsce, w 1926 roku w Warszawie (przegrał przez tko w 2 r.) z Anglikiem Natem Brooksem i w 1927 z samym Eddie Ranem w Łodzi.

W 1928 roku na dłużej przyjechał do Polski. Objął posadę trenera w „Sokole” w Łodzi, marzył o stoczeniu serii walk w Polsce i rozpropagowaniu profesjonalnego pięściarstwa w naszym kraju. 20 stycznia 1929 w Łodzi w walce o zawodowe mistrzostwo Polski w ostatniej, jak się później okazało, swojej walce na zawodowym ringu ponownie uległ przez nokaut Ranowi w II rundzie. Wtedy to Edward Fiszmajer („Eddie Ran”) ruszył na podbój USA, a w Polsce zawodowcy zeszli z ringu. Ta wersja pięściarstwa nie przyjęła się u nas.

Świtek wrócił do Paryża, zabrał się za trenerkę. W 1930 roku porozumiał się z Pawłem Szydło i otwarli szumnie reklamowaną „Polską szkołę boksu” w Paryżu. Przetrwała tylko trzy lata. Współwłaściciele pokłócili się tak mocno, że Szydło wyjechał do Polski już na stałe. Dalsze losy Świtka nie są już znane. Wiadomo jedynie, że zmarł w Paryżu w 1960 roku.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.