Podstępne gry dorosłych w cieniu dziecięcych placów zabaw. Kto chciał zarobić na "Radosnej szkole"? [MAGAZYN]

Grażyna Ostropolska 5 sierpnia 2016

Walka o kasę potrafi spaczyć najszczytniejszą ideę, a pomysłowość ludzka nie zna granic. Tak też się stało z rządowym programem budowy placów zabaw „Radosna szkoła”, który obrodził w nieuczciwą konkurencję. Również w naszym regionie.

Takich placów zabaw jak ten powstają w miastach dziesiątki, także w ramach funduszu obywatelskiego

Fot.: Tomasz Czachorowski


Nie mamy szans wygrać przetargów na budowę placów zabaw, bo część projektów, zleconych przez samorządy, wygląda na ustawki. Opisuje się w nich szczegółowo parametry urządzeń, wskazujące na konkretnego producenta - skarżą się przedsiębiorcy z naszego regionu.


Chcieliby wiedzieć, czym kieruje się urzędnik, wysyłając zapytania ofertowe (przy zamówieniach poniżej 30 tys. euro) do kilku, często tych samych projektantów, choć podobnych biur są setki. I dlaczego nikt nie sprawdza firm, startujących w przetargach (zlecenia powyżej 30 tys. euro), w których liczy się najniższa cena za projekt.

Pomysł, by przy każdej szkole z oddziałem przedszkolnym powstał plac zabaw, chwycił, bo połowę wydatków na ten cel (w latach 2009 - 2014 w ramach programu „Radosna szkoła”) refundowało państwo. Samorządy na potęgę organizowały przetargi, a więksi producenci zabawek wypuścili do łapania zleceń szwadrony swoich najlepszych handlowców. Ci za zgodą i na koszt pracodawcy kupowali upadłe spółki, rejestrowali w nich „usługi architektoniczne” i stawali do przetargów na projektowanie placów zabaw. Tam, gdzie jedynym kryterium była cena, wygrywali, bo to ich

oferta była najtańsza.


Mogli sobie na to pozwolić, bo... - Jak producent wystartuje z ofertą - kilkaset złotych za dokumentację projektową, to liczy, że odbije sobie tę stratę, sprzedając zamawiającemu urządzenia na plac zabaw - tłumaczy nam pani Agnieszka. Uważa, że rozsądna cena to minimum 2 tys. zł za projekt. Prowadzi firmę, gwarantującą kompleksową obsługę inwestycji, w tym projekty, więc w przetargach na place zabaw też startuje. - Zdarza się, że na budowę przychodzi jakiś producent, proponując mi pieniądze za zamianę urządzeń na te z jego marką i namawia do podpisania z nim umowy o współpracy, ale świadomość, że realizuję zamówienie publiczne i nie mogę sobie sama łba ukręcać, skutecznie mnie przed tym powstrzymuje - zaznacza.

Przyglądamy się jednemu z przetargów, organizowanych przez UM w Toruniu. Dotyczył on wykonania dokumentacji projektowych budowy placów zabaw przy sześciu szkołach. Startowało w nim 17 firm. Wygrało studio projektowe z Bydgoszczy z ceną 4800 zł brutto, ale... - Nie zgłosiło się do podpisania umowy, więc powtórzyliśmy procedurę i wygrała spółka Sealena z ceną 7 970 zł - informuje Marcin Maksim, dyrektor Wydziału Inwestycji i Rozwoju w toruńskim magistracie.

Wystarczy poserfować w Internecie, by odkryć, że Sealena, jak i kolejna spółka, startująca w tym samym przetargu, Play Planet, to

marketingowy wykwit


czeskiej firmy „H”, znanego producenta placów zabaw, z siecią dystrybutorów w Warszawie i Gdańsku. Spółka Play Planet, która do niedawna wynajmowała lokal w Bydgoszczy, reklamuje się w Internecie jako przedstawiciel „H” na Polskę, a z Sealeną, która wygrała przetarg na zaprojektowanie placów zabaw dla 6 toruńskich szkół, łączyła ją wspólna siedziba i osoba prezesa R. Z zapisów w KRS wynika, że przez krótki okres prezesurę w Sealenie przejął pan B. właściciel udziałów w kilku spółkach na terenie Polski (m.in. tartaku w Przybrodzinie na działkach, którego, jak ustaliliśmy, nigdy tam nie było). Przestał być prezesem Sealeny tuż po rozstrzygnięciu toruńskiego przetargu, a po Sealenie nie ma w Bydgoszczy śladu. W drzwiach pokoju nr 109 budynku przy ul Szajnochy, który zajmowały obie spółki, tkwi pakiet nieodebranej korespondencji z ZUS i „skarbówki”. - Tam od dawna nikogo nie ma - słyszymy od sąsiadów.

Udaje się nam telefonicznie skontaktować z panem R. - Nadal pracuje dla „H” i nie ukrywa na czym polega jego praca. - Nie tworzymy biur projektowych, tylko spółki współpracujące z architektami, którzy doceniają jakość urządzeń „H” i chętnie umieszczają je w projektach - tłumaczy, a na pytanie, czy to uczciwe, by przy zamówieniach publicznych architekt kroił projekt pod konkretnego producenta, odpowiada: - Tak działa cały rynek placów zabaw. Jeden architekt wplecie urządzenia określonej firmy do swego projektu, bo uważa, że są dobre, inny

zrobi to dla kasy,


czyli pod tych, którzy posmarują.

Jest wściekły, gdy jego pracodawca wykłada kupę forsy na profesjonalny projekt (wynagrodzenie projektanta znacznie przewyższa ofertę złożoną przez spółkę), a potem przegrywa przetarg na budowę.

- Pojawia się oferent, często garażowiec, czyli taki, który wszedł w biznes niedawno, bo poczuł pieniądz, daje 20 tys. zł mniej i cała dokumentacja projektowa idzie do kosza, bo on stawia na placu co innego - mówi R. Twierdzi, że taki numer przechodzi, bo urzędnicy na urządzeniach się nie znają i przekonuje ich argument wykonawcy, że trzeba brać polskie urządzenia, bo te nie są gorsze od zagranicznych. - I często efekt jest taki, że ten, kto zaoszczędził 20 tys. zł na wykonawcy i zgodził się na zmiany w projekcie, traci 260 tys. zł, bo zamiast placu zabaw za 300 tys. zł otrzymuje obiekt z wyposażeniem wartym góra 40 tys. zł - uważa R.

- Staramy się poprawiać konkurencyjność; jest kontrola zamówień publicznych, wykonawcy też patrzą sobie na ręce, ale w praktyce różnie to działa - ocenia Marcin Maksim, dyrektor Wydziału Inwestycji i Remontów UM w Toruniu.

Bogdan Tyborski, wicedyrektor wydziału inwestycji w bydgoskim ratuszu, też ma problem, bo lokalni producenci placów zabaw zarzucają mu ograniczanie konkurencji.

- Chcielibyśmy wiedzieć, jakimi kryteriami kieruje się urząd, wysyłając zapytania ofertowe do kilku wybranych firm, a ta, która często wygrywa, opisuje w nim nadzwyczaj szczegółowo parametry urządzeń oraz siłowni, przez co wskazuje konkretnego producenta tych urządzeń i nie dopuszcza do przetargu innych - skarżą się przedsiębiorcy i te same uwagi kierują w ramach tzw. zapytań ofertowych do wydziału inwestycji w bydgoskim ratuszu. Wskazują na spiralną zjeżdżalnię i trójstanowiskowe urządzenie siłowni, oferowane tylko przez jednego producenta. „Niedopuszczalne jest też opisywanie wymiarów elementów konstrukcyjnych, takich, jak przekroje rur czy liczba warstw klejonych i frezowanych rowków w belkach, ponieważ to konstruktor urządzeń, na podstawie obliczeń decyduje o tych parametrach” - wytykają.

Byli oburzeni, gdy w specyfikacji przetargowej znaleźli zapis, że siedziska siłowni muszą być wykonane z polistyrenu spienionego w kolorze niebieskim o minimalnej grubości 40 mm. - Tego koloru nie ma w palecie jedynego producenta, ale może ktoś ma taki towar w magazynie i liczy na to zamówienie - sugerują. - Albo taki zapis: „Konstrukcje spawane muszą być wykonane przez spawacza z udokumentowanym doświadczeniem min. 5 lat”. Pierwszy raz się z czymś takim spotykamy, ale może jakaś firma ma takiego spawacza - konstatują.

Krzysztof F., którego projekty skarżący przywołują, zaprzecza, jakoby robił je pod bydgoską firmę Fenster, lokalnego lidera przetargów w ramach programu „Radosna Szkoła”. - Bazuję na urządzeniach czterech firm, w tym Fenstera, bo uważam, że są dobre, ale nikomu nic nie narzucam i plac można zbudować z urządzeń o podobnych parametrach, oferowanych przez innych producentów - wyjaśnia architekt.

Marek Szczęsny, współwłaściciel firmy Fenster też się od współpracy z projektantem F. odżegnuje. - A w tym roku na trzy przetargi ogłoszone przez miasto wygrałem tylko jeden, więc nie można mówić, że jestem faworyzowany - zauważa.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 06-08-2016 08:58

    Brak ocen 0 0

    - mmx: Jak urzednik wydaje pieniadze (przeciez nie swoje), to przeciez to juz na starcie jest patologia, dlatego wszystkie normy powinny byc odwrocone -- poczynajac od tej, ze urzednik jest w domniemaniu winny, a udowodnic musi swoja niewinnosc. Od razu dostalby energii, aby przetargi byly uczciwe.

    Odpowiedz

  2. 05-08-2016 22:21

    Brak ocen 0 0

    - Stefan: Swój buduje drogi, swój buduje mosty, to dlaczego nie swój ma budować place zabaw? Żyjemy w jednej wielkiej patologii po pseudo transformacji.

    Odpowiedz

  3. 05-08-2016 13:25

    Brak ocen 0 0

    - SAS: Warto sprawdzić wszystkie samorządy i to szczegółowo z wydatków na tzw. "Place Zabaw"za okres kilku ostatnich lat. Wydawano naprawdę duże pieniądze a stan techniczny tych urządzeń jest w katastrofalny. Odpowiednie służby powinny zająć się tą sprawą.

    Odpowiedz