Polscy kamikadze

Krzysztof Błażejewski 22 lipca 2016

Zgłaszali się weterani i uczniowie. Bezrobotni i inwalidzi. Swoje życie chcieli oddać Polsce. W 1939 r. ok. 5000 Polaków zgłosiło się jako „żywe torpedy” do samobójczych ataków na wypadek wojny.

Wodowanie na okręcie niemieckiej Kriegsmarine w 1944 r. torpedy sterowanej przez pilota. Tak wyobrażano sobie w 1939 r. „żywe torpedy”

Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Samobójcze ataki, które pociągały za sobą znaczne straty w obozie wroga, stosowane były od początku wojen. Poświęcający się stawali się herosami, bohaterami, o których pamiętano latami.


Pionierami współczesnego masowego wykorzystania chętnych do poświęcenia życia na polu walki byli Japończycy i Włosi. Cały świat zna dziś słowo kamikadze, oznaczające lotników z Kraju Wschodzącego Słońca, którzy samobójczymi atakami na alianckie okręty usiłowali odwrócić losy II wojny światowej.

Japończycy myśleli o samolotach, Włosi - o wystrzeliwanych przez okręty torpedach. Próbowali ich używać jeszcze w czasie pierwszej wielkiej wojny, doskonalili je w latach 30. Jednak trafienie torpedą, wystrzeliwaną z dużej odległości, w cel, znajdujący się w ruchu, okazywało się problemem nie do rozwiązania. Jedynym wyjściem wydawało się wyposażenie takiej torpedy w... pilota, który nią pokieruje; oczywiście, bez większych szans na uratowanie się.

Kiedy Europa stała w przededniu II wojny, nasilał się w Polsce stan zagrożenia, 6 maja 1939 roku redakcja popularnego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” opublikowała list nadesłany przez trzech młodych warszawiaków, braci Lutostańskich, oraz ich szwagra Bożyczko. „Wzywamy wszystkich Polaków, co chcą niezwłocznie oddać życie za ojczyznę w charakterze żywych torped, żywych bomb, w charakterze żywych min przeciwpancernych (…) Nie wątpimy, że takich ludzi zgłoszą się tysiące (…) Oddajemy swoje życie do dyspozycji Marszałka Polski”.

„Zgłaszam się. Kowalski”

Już dwa dni później do redakcji „Dziennika Bydgoskiego” napisał 27-letni bydgoszczanin, Alfons Kowalski: „Zgłaszam się jako kandydat na „żywą torpedę” przeciw: okrętom, czołgom i w ogóle rzeczom, które zagrażać będą Ojczyźnie naszej na wypadek zbrojnego napadu (…). Pewny jestem, że nie zabraknie tych, którzy pójdą śladami moich poprzedników, a będzie to najlepszą odpowiedzią dla tych, co czynią zakusy na całość i wolność naszej Ojczyzny i że lista tych, którzy gotowi są do natychmiastowego złożenia swojego życia dla naszej Ojczyzny, kończy się na ostatnim Polaku”.

Zgłoszenie zostało wydrukowane 10 maja. Musiało zrobić spore wrażenie i wywołać potrzebę naśladownictwa, bowiem od tej pory, co kilka dni, pomorska prasa podawała kolejne nazwiska osób zgłaszających się jako potencjalni samobójcy. Niektórzy podawali powody swojego desperackiego kroku, inni pisali płomienne apele, kolejni wzywali do naśladowania.

„Miłość Ojczyzny i przykłady rodaków zniewalają mnie stanąć w zaszczytnych szeregach obrońców naszej ziemi - pisał kapral rezerwy z Kruszwicy. - Zgłaszam się ochotnie walczyć jako żywa torpeda w każdej chwili, jeżeli zajdzie tego potrzeba przeciw wrogim okrętom godzącym w całość naszych granic. Mam nadzieję, że znajdę w grodzie Piasta wielu tego rodzaju naśladowców, którym bratnią dłoń podaję i ściskam serdecznie”.

„Kładąc podpis pod powyższym zgłoszeniem - deklarował Tadeusz Kapeliński z okolic Mogilna - zdaję sobie sprawę z całą świadomością, że jako Polakowi cofnąć mi się nie wolno, ani też nie mam tego zamiaru”.

„W wojsku nie byłem, gdyż się nie nadawałem, a chciałbym się mym życiem ojczyźnie przysłużyć i należeć do szeregów jej obrońców” - prosił Florian Boruch.

Florian Boruch: W wojsku nie byłem, gdyż się nie nadawałem, a chciałbym się mym życiem ojczyźnie przysłużyć i należeć do szeregów jej obrońców.


W ciągu tygodnia do różnych redakcji gazet zgłosiło się około tysiąca osób! Byli wśród nich uczniowie, byli żołnierze, ale także inwalidzi, bezrobotni, chorzy psychicznie, desperaci i przestępcy odsiadujący wyroki. Kobiety i mężczyźni. Samotni i ojcowie rodzin. Nikt nie wiedział, co z nimi zrobić. Deklaracje i zgłoszenia usiłowano przekazać wojsku, ale nawet dowództwo Marynarki Wojennej nie wiedziało, co począć z ochotnikami. Sęk w tym, że ani nigdy w planach polskich działań morskich nie było wykorzystania torped sterowanych przez ludzi, ani w ogóle takich pocisków czy bomb polska marynarka nie posiadała, a tym bardziej nie miała zamiaru ich zakupić!

Ostatecznie skończyło się na przyjęciu zgłoszeń i schowaniu ich do szafy w kierownictwie Marynarki Wojennej. Część ochotników skierowano na standardowe przeszkolenie wojskowe. Samobójczych ataków z użyciem jakiegokolwiek rodzaju broni w czasie kampanii polskiej nie zastosowano ani razu.

Jak po latach oszacowano na podstawie archiwaliów i po przejrzeniu gazet z 1939 roku, takich ochotników mogło być nawet 5000, z czego ok. 2000 znanych z imienia i nazwiska (lub inicjałów) oraz miejscowości, w której mieszkali. Z ustaleń badacza zagadnienia, Narcyza Klatki, wynika, że nasz region należał do „przodujących” w tym zakresie w kraju. Klatka ustalił, że z Torunia zgłosiło się co najmniej 71 osób, stawiając to miasto na drugim miejscu w Polsce (po Krakowie) pod względem stosunku liczby ochotników do liczby mieszkańców. Bydgoszczan odszukano 87 (siódma lokata w kraju).

Inowrocławski pluton


Jedną z potencjalnych żywych torped był późniejszy profesor językoznawstwa na UMK w Toruniu, Wacław Cimochowski, który mieszkał wówczas w Wilnie.

- Nigdy nie chciał z nami o tym rozmawiać, ale wszyscy na naszej ulicy wiedzieli, że Wacek zapisał się na „żywą torpedę” - wspomina była sąsiadka, Aleksandra Wiśniewska. - Był raczej odludkiem, ale wtedy wszyscy patrzyliśmy na niego z wielkim podziwem.

W Inowrocławiu do miejscowego „Dziennika Kujawskiego” w ciągu kilku dni zgłosiło się 8 młodych osób. „Mamy pluton żywych torped w Inowrocławiu” - oznajmiał duży tytuł. Najpierw do redakcji przyszli Stanisław Gajdecki, urzędnik Ubezpieczalni Społecznej i Jan Ziętara, pracujący w Żupie Solnej. Potem pojawili się trzej bezrobotni: Feliks Stefaniak, Paweł Wargowski i Franciszek Lewandowski, a następnie Ludwik Ługowski, goniec sanatoryjny, oraz Stefan Kosmowski, kierownik firmy rzeźnickiej. Prawdziwą jednak sensacją było pojawienie się w redakcji 15-letniej harcerki, Ireny Kowalskiej. „Wyrażam moją gotowość wstąpienia w razie potrzeby i na zew Ojczyzny jako ochotniczka - napisała. - Czołem! Niech żyje Wielka Polska”.

„Nasi” kandydaci:


W publikacji Narcyza Klatki „Polskie żywe torpedy” odszukać można pełne nazwiska ochotników z naszego regionu: z Torunia, Bydgoszczy, Gniewkowa, Kruszwicy, Huty (pow. bydgoski), Tucholi, Lipna, Kikoła, Dulska, Inowrocławia, Włocławka, Czerniewic, Grudziądza, Chobielina, Aleksandrowa Kujawskiego, Michałek koło Rypina, Mogilna, Jabłonowa Pom.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.