Jak żądza posiadania zamorskich kolonii rozpaliła ponad milion Polaków

Krzysztof Błażejewski 15 lipca 2016

Pod koniec lat 30. ubiegłego wieku za sprawą liczącej ponad milion członków Ligi Morskiej i Kolonialnej oraz organizowanych corocznie Dni Kolonialnych, idea mocarstwa, które ma zamorskie terytoria, zawróciła w głowie wielu Polakom.

Podczas obchodów Dni Kolonialnych w Katowicach niesiono takie oto hasło

Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Kiedy odradzała się II Rzeczpospolita, świat był praktycznie w całości podzielony pomiędzy największe mocarstwa. To one miały zamorskie kolonie, z których czerpały ogromne dochody - zarówno z surowców, pracy tubylców, jak i ze sprzedaży swoich towarów. Aspiracje Polski, by stać się ponownie znaczącym europejskim państwem, legły u podstaw planów zdobycia i dla nas zamorskich terytoriów. Powoływano się przy tym chętnie na polskich podróżników i odkrywców nieznanych ziem w czasie zaborów. Jednak, byśmy mogli stać się posiadaczami kolonii, któraś z europejskich potęg musiałaby jakiś teren nam odstąpić lub odsprzedać. A na to nikt nie miał najmniejszej ochoty.


Pierwsza szansa na zmianę status quo pojawiła się dopiero w 1929 roku. To wówczas zaczęto dyskutować o nowym podziale byłych kolonii, zabranych Niemcom po I wojnie światowej. Trafiły one w ręce Wielkiej Brytanii i Francji. O uwzględnienie przy podziale łupu zaczęli zabiegać pominięci wcześniej Włosi pod przywództwem Benito Mussoliniego, o zwrot „własności” apelowali Niemcy. Do ich głosu dołączyli się i Polacy. Rząd II RP zgłosił oficjalnie na arenie międzynarodowej żądanie, iż w przypadku nowego podziału byłych niemieckich kolonii przez Ligę Narodów, 10 proc. tych terenów powinno trafić do Polski. Taki właśnie wyliczono odsetek udziału ziem przyznanych traktatem wersalskim Polsce (z byłego zaboru pruskiego) w potencjale gospodarczym i ludnościowym ówczesnej Rzeszy. Oznaczało to aż 300 tys. kilometrów kwadratowych, czyli obszar równy trzem czwartym ówczesnej powierzchni Polski.

Angola, Kamerun, Liberia...


Idea trafiła na podatną glebę. Polscy politycy i działacze społeczni, także publicyści skwapliwie poczęli snuć wizje zdobycia kolonii. Zamorskie terytoria miały posłużyć jako źródło taniej siły roboczej i surowców oraz rynek zbytu i miejsce nowego osadnictwa dla mieszkańców przeludnionej wówczas polskiej wsi.

Konrad Fiedler, działacz LMiK z Bydgoszczy: Kraje położone na innych kontynentach miały pełnić rolę służebną, dostarczać surowców i taniej siły roboczej dla rozwiniętych państw Europy.


Rozpoczęto niemal natychmiast różnego rodzaju starania. Próbowano dogadać się z Portugalczykami, by odkupić od nich część ziem w Angoli i Mozambiku i urządzić tam polskie plantacje. Z Francuzami negocjowano odsprzedaż przez nich części Gwinei lub Madagaskaru. W Brazylii rząd zakupił ponad 200 tys. hektarów ziemi, na których osiedlono kilkaset osób. W Liberii w Afryce założono polskie plantacje i próbowano nawiązać bliższe stosunki polityczne, proponując np. zaciąg mieszkańców Liberii do polskiej armii na wypadek wojny. Do 1939 roku nie udało się jednak zrealizować żadnego z tych celów, pomimo iż wydano na to sporo pieniędzy z tzw. funduszu kolonialnego. Pod tym względem na hojności społeczeństwa polskiego można było polegać. Na cele kolonialne każdego roku zbierano ponad 100 tys. złotych.

Jednym z najbardziej „oryginalnych” pomysłów był zamiar nabycia kawałka ziemi w Afryce, by... wysiedlić tam Żydów z Polski. To wówczas zrodziło się hasło „Żydzi na Madagaskar”.

Dla swoich pomysłów władze usiłowały uzyskać poparcie społeczne. W tym celu Liga Morska i Rzeczna, istniejąca od początku II RP, w 1930 roku przekształciła się w Ligę Morską i Kolonialną. Najwięcej inwencji w pozyskiwaniu nowych członków organizacji wykazał ówczesny wojewoda pomorski Stefan Kirtiklis. W ciągu kilku miesięcy Toruń stał się przodującym w kraju miastem pod względem liczby członków LMiK. Wstępowali do niej pod presją swoich zwierzchników wszyscy urzędnicy, kolejarze, pracownicy instytucji państwowych i samorządowych.

W Bydgoszczy oddział Ligi Morskiej i Kolonialnej powstał dopiero w 1935 roku. W ciągu czterech lat zapisało się do niej ponad 5 tys. osób. Na czele oddziału stanął wiceprezydent Bydgoszczy Mieczysław Nawrowski, zamordowany przez hitlerowców w 1941 roku. Jednym z czołowych działaczy był dziennikarz, krajoznawca i działacz polityczny i społeczny Konrad Fiedler.

- Ojciec był aktywnie zaangażowany we wszystko, co wiązać się mogło z rozwojem Polski - wspominał po latach syn Krzysztof. - Często powtarzał, że posiadanie przez Polskę kolonii zamorskich miałoby bardzo pozytywne znaczenie gospodarcze i polityczne. Tak wówczas większość Europejczyków postrzegała kraje położone na innych kontynentach. Miały one pełnić rolę służebną, dostarczać surowców i taniej siły roboczej dla rozwiniętych państw w zamian za „eksport” postępu cywilizacyjnego do tych krajów.

Członkowie zwyczajni ligi płacili składkę w wysokości 1 zł miesięcznie, tzw. członkowie popierający - 50 gr. Fundusze ligi wzmacniał także dochód uzyskiwany z organizowanych przez nią imprez.

Począwszy od roku 1936 organizowano w kraju raz do roku Dni Kolonialne. Członkowie Ligi Morskiej i Kolonialnej zbierali się na akademiach i odczytach, organizowali przemarsze ulicami miast, wystawy, spektakle teatralne.

W Bydgoszczy na takim zebraniu w listopadzie 1936 roku Stanisław Tychoniewicz z Zarządu Dróg Wodnych nakreślił wizje sięgnięcia po terytoria zamorskie w Brazylii i Peru. Państwa te - jak mówił - posiadały wówczas ogromne niezaludnione obszary, na których nie wydobywano żadnych surowców, mimo iż sporo ich tam się miało znajdować.

„Słowo Pomorskie” 1936 r.: Możemy zdobyć kolonie, tym samym lepsze warunki bytu dla szerokich mas, a państwu zapewnić siłę gospodarczą i znaczenie w świecie.


Dwa lata później, w kwietniu 1938 roku, podczas Dni Kolonialnych pochód na czele z orkiestrą dętą przeszedł ulicami centrum miasta, aby udać się do Sokolni przy ul. Toruńskiej na odświętną akademię z występem chóru „Hasło”. W Toruniu frekwencja należała do najwyższych w całej Polsce - na ulice wyszło 20 tysięcy mieszkańców!

Polska potrzebuje terenów


Jesienią tego samego roku w Toruniu odbył się trzydniowy ogólnopolski zjazd członków ligi. „Polska chce miejsca na świecie. Miejsca odpowiedniego dla państwa o 40 miljonach ludności: 32 w kraju i 8 zagranicą. Miejsce to mieć musimy. Do tego nas uprawniają nasze potrzeby gospodarcze, nasz rozwój ludnościowy, nasze poczucie wewnętrznej mocy. Polska potrzebuje odpowiednich terenów zamorskich aby zdobywać surowce dla przemysłu, który tylko wtedy zatrudni rzesze głodnych pracy, aby pod własną banderą dostarczać polskiego towaru na zamorskie rynki zbytu. (…) Możemy zdobyć kolonie, tym samym lepsze warunki bytu dla szerokich mas, a państwu zapewnić siłę gospodarczą i znaczenie w świecie. Czas sprawiedliwego podziału bogactw kolonialnych jest niedaleki. Nas przy tym podziale nie może zabraknąć” - pisało wówczas „Słowo Pomorskie”.

Kolejny zjazd odbył się w Toruniu 20-21 maja 1939 roku. Jego uczestnicy obejrzeli wystawę modeli okrętów w hali wystawowej w parku miejskim, a następnie oglądali przemarsz przez miasto oddziałów „wojsk kolonialnych” przybyłych z... Inowrocławia. Członkowie ligi z tego miasta przebrani w typowe kolonialne stroje safari w kolorze białym i korkowe hełmy, z długą bronią typu mauzer, paradowali w towarzystwie podobnie przebranych ułanów. „Zorganizowano” nawet Murzyna, który w takim samym stroju, z orzełkiem na czapce i z mauzerem w ręce wędrował przez miasto, budząc zrozumiałą ciekawość tysięcy mieszkańców Torunia.

Pochód rozpoczął się po mszy polowej na błoniach nadwiślańskich, którą odprawił biskup chełmiński Stanisław Okoniewski, i przewędrował ulicami Przybyszewskiego i Bydgoską do Ratusza Staromiejskiego. Mieszkańcy nieśli hasła „Żądamy kolonii” i „Polska potrzebuje surowców”. Tysiące torunian z entuzjazmem przyjęło przemówienia z balkonu ratusza prezydenta miasta Raszei i gen. Kwaśniewskiego. Była to jednak już ostatnia tego typu impreza. Nadchodził nieubłaganie wrzesień 1939 roku...

Kolonie zaświadczą o potędze Polski
„To, że Polska nie ma kolonii, wynika z własnych błędów. Polacy mieli znakomitych odkrywców terenów osadniczych jak Beniowski, Arciszewski, Rogoziński, Strzelecki i inni. Należy wierzyć, że znów wyłonią się u nas ludzie twórczy, którzy przyczynią się już własnemu Państwu Polskiemu do wzrostu jego ekspansji zamorskiej i jego potęgi”.(płk Skroczyński, wiceprezes oddziału bydgoskiego LMiK, 1936 r.)

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 15-07-2016 19:59

    Oceniono 3 razy 3 0

    - dr historii : a ja pamietam sklepy kolonialne po wojnie nazywane Delikatesy

    Odpowiedz

  2. 15-07-2016 15:01

    Oceniono 8 razy 5 3

    - zyggi: jak widac na zdjeciu juz wtedy narod mial poprzewracane we lbach ;]...ten stan trwa do dzis hehehe

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 15-07-2016 13:56

      Oceniono 9 razy 3 6

      - hens: A z jakiej racji szwabski kolaborancie używasz tu pierwszej osoby l.mn. pisząc o II RP. Won do rajchu!

      Odpowiedz