Mimika musi wypływać z wnętrza, bo to dusza pobudza twarz, a nie odwrotnie

Katarzyna Bogucka 15 lipca 2016

O sobie - niewiele. O tajnikach warsztatu - mało. O planach - prawie wcale. Woli, żeby mówiła praca. Mim Mieczysław Giedrojć pokazuje swoim widzom, że sztuka bez słów może być wielką sztuką.

Mieczysław Giedrojć ujmuje skromnością i artystyczną intuicją. Nie szuka blichtru, poklasku, tworzy intymny świat sztuki.

Fot.: Roman Jagodziński

Na 5900 liter, które zmieszczą się na tej stronie, dwa tysiące najchętniej by milczało, skoro ma być o mimie, choć sam mim, Mieczysław Giedrojć (twórca Teatru Małych Form), od ponad 30 lat na scenach, estradach i ulicach Europy, od słów nie ucieka. Pierwsze, jak wspominają jego przyjaciele w filmie dokumentalnym Ewy Piątek z Pracowni Teatru i Tańca MCK Bydgoszcz, wypowiedział w Koszalinie, jeszcze za czasów współpracy z teatrem „Stop” (spektakl „Dialogus Pastoralis”), ale do słów po cichu tęsknił już w studenckim teatrze „Blik”.

Wbrew warunkom


Nie od razu, i nie wszystkim, było wiadomo, że jest na tej właściwej ścieżce. Jupi Podlaszewski (polski twórca pantomimy związany z Koszalinem, współzałożyciel teatru „Blik”) nieśmiało przyznał we wspomnianym filmie, że z początku uważał Mieczysława Giedrojcia za „mima w kontrze”, to znaczy, obsadzonego trochę wbrew warunkom fizycznym (szczupły, o drobnych rysach twarzy, wydawałoby się, że bez znaków szczególnych). W kontrze były też pierwsze życiowe wybory, czyli Technikum Przemysłu Drzewnego w Bydgoszczy, później Wyższej Szkoły Inżynierskiej, Politechniki Koszalińskiej. Dopiero znacznie później w życiorysie pojawiły się Akademia Teatralna w Warszawie, warsztaty we Wrocławskim Tetrze Pantomimy, międzynarodowe festiwale (m.in. entuzjastycznie recenzowany w Oxfordzie) i przedstawienia, także monodramy, według Kafki, Webstera, Witkiewicza, Czechowa, Dostojewskiego, Gogola, czyli wielka literatura - jak się okazuje, lepsza w szlifowaniu warsztatu niż wielkie lustra.


- Zamiast siadać przed lustrami i szukać mimiki, siadam w bibliotece i szukam moich bohaterów - mówi Mieczysław Giedrojć zapytany o rzeczony warsztat. Przyznaje, że książki siedzą w nim latami. Tak było np. z „Nosem” Mikołaja Gogola, z groteską, fantasmagorią o przygodach asesora kolegialnego Kowalewa, który pewnego dnia po przebudzeniu zobaczył, że nie ma nosa. Nos uciekł do miasta i zaczął się przedstawiać jako... radca stanu. To bodaj najsłynniejsze, najlepsze przedstawieniem Mieczysława Giedrojcia grane jest od... 26 lat. Do dziś pamiętają je pierwsi widzowie.

- Nie potrafię rozstać się z moimi przedstawieniami - podkreśla Mieczysław Giedrojć. - Gdy pracowałem w Teatrze Muzycznym w Gdyni, z przykrością obserwowałem los znakomitych spektakli stworzonych wielkim nakładem, które niekiedy z prozaicznych powodów - na przykład zmian w zespole aktorskim- znikały na zawsze z afisza. Tego szczęśliwie udało mi się uniknąć. Chciałbym, żeby moje spektakle starzały się ze mną jak ulubiona kapota, jak rodzinne pamiątki, które się pieczołowicie przechowuje i konserwuje. „Nos” nie zmienia się w warstwie warsztatowej od prawie 30 lat. Zmieniam się co prawda ja, ale moje dojrzewanie zagęszcza tkankę teatralną, wzbogaca ją.

Teraz w dojrzewalni leży dzieło Samuela Becketta „Ostatnia taśmy Krappa”. Bohater sztuki miał zwyczaj każdego roku nagrywać swoje przemyślenia na taśmach. Pewnego dnia odsłuchuje nagranie z dnia swoich 39. urodzin...

- Postanowiłem pójść tym tropem, w dniu 39. urodzin wszedłem do studia nagrań - mówi Mieczysław Giedrojć. - Wzorem Krappa, powinienem odsłuchać swojego monologu w wieku 69 lat. I zamierzam tak zrobić. Czy powstanie z tego monodram? Nie wiem. Nie lubię mówić o planach. Przedwczesne mówienie nierzadko zabija te plany, umniejsza je. Wolałbym, żeby zamiast mnie mówiła moja praca, która w pewnym sensie jest wiecznym egzaminem, ciągłym testem na to, czy jako artysta jeszcze żyję, czy już umarłem.

Mim zaangażowany


Papierkiem lakmusowym tej żywotności jest publiczność. Mieczysławowi Giedrojciowi zdarzyło się występować przed widownią kilkutysięczną, ale i przed... jedną osobą. - Zawsze gra się tak samo, czyli jak przed pełną salą - podkreśla mim. - W Anglii jest przepis, który mówi, że zespół aktorski w teatrze wystąpi, jeśli na widowni zasiądzie przynajmniej tylu widzów, ilu jest aktorów na scenie. W moim przypadku, wystarczy jeden człowiek. Taki mam komfort...

Przed młodą publicznością Mieczysław Giedrojć staje raz jako animator teatralny (prowadzi warsztaty w całej Polsce), innym razem jako aktor, łącząc profilaktykę z wysoką literaturą. Tak bywa choćby podczas współpracy z Fundacją Oddech Nadziei dla Cierpiących na Schorzenia Płuc i Oskrzeli . Antynikotynowym multimedialnym pokazom towarzyszy prezentacja sztuki Czechowa „O szkodliwości palenia tytoniu”, zaś w innych działaniach profilaktycznych w niekonwencjonalny sposób wykorzystuje pantomimę. Dzieciaki go uwielbiają. Na ulicy z kolei spotkać można pana Mieczysława i jako klowna, i jako mima. Ale nigdy jako biernego mima czy stacza.

- Na ulicę zabieram klasyczną pantomimę, a jako klown obserwuję, prowokuję, buduję też na tym, co się spontanicznie dzieje. Kolega zawsze ma przy sobie kość, odkąd mu na scenę wskoczył znienacka pies. Kość, na wszelki wypadek, też mam. Szukam wycyzelowanego żartu, nie grubego - tłumaczy artysta. Przypomina, że kiedyś klownem zostawało się na całe życie. Nie chodziło o to, by na moment nałożyć nos i się powygłupiać. Klowni były istotami na poły diabelskimi i anielskimi.

- Są postaciami tragicznymi. Za ich prezentacją stała misja budowania świata, szukania świata lepszego niż ten, który się zastało. Czasem nie byli w stanie udźwignąć swego brzemienia. Popadali w depresję, wielu popełniało samobójstwo, gdy przestawali śmieszyć. Ulica jest bardzo wymagająca wobec klowna, ale szczególnie wobec mima. Wobec mima lirycznego, którym ja jestem, jest jeszcze okrutniejsza - wyznaje pan Mieczysław. Na ulicy musi uruchomić nadzwyczajną ekspresję, walczyć z nadmiarem bodźców, budować na nich i szukać sposobu na złapanie widza tak, by się nie chciał wyrwać.

- Aktor mim, a szczególnie monodramista, zostaje na scenie sam, nie ma znikąd pomocy. Obcuje z mnogością światów i ludzi. Używa języka polifonicznego, przywołuje gestem i głosem różne czasy, konteksty. To są zadania trudne, ale zarazem piękne. I jest tylko jedno najważniejsze narzędzie: twarz. Nie można jej mechanicznie wyćwiczyć, używać jak maski. Pantomima to nie gimnastyka. Mimika musi wypływać z wnętrza, bo to dusza pobudza twarz, a nie odwrotnie...

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 07-08-2016 17:05

    Brak ocen 0 0

    - Alicja G. USA: ..bylam, widzialam i bede pamietac ze istnieje przeciez inny swiat do ktorego Mieczyslaw G. potrafi nas przeniesc swoim kunsztem aktorskim, sercem i dusza i tym o czym ludzie borykajacy sie dniem codziennym; zapominaja.

    Odpowiedz