Zabijały, kradły, oszukiwały. Teraz chcą wrócić do normalnego życia

Dorota Witt 15 lipca 2016

W grudziądzkim więzieniu dla kobiet jest blisko 700 miejsc. Niemal wszystkie zajęte. Najczęściej przez te, które kradły. Ale są tu też te, które zabiły, maltretowały... Każdego dnia na wolność wychodzą dwie, czasem trzy. Niekiedy wracają, bo innego życia nie pamiętają. Stowarzyszenie „Mateusz” chce im je przypomnieć.

- Trudno uwierzyć, że te ruiny staną się schludnym domem dla kobiet, co? Na porośniętej krzakami działce będzie i ogródek, i miejsce na uprawę warzyw, i do zabawy z dziećmi, i na odpoczynek w cieniu

Fot.: Jacek Smarz

Co roku ok. 40 kobiet z Zakładu Karnego nr 1 w Grudziądzu nie wie, co zrobić ze swoim życiem na wolności. Pojechać nie mają gdzie albo nie chcą wracać tam, skąd trafiły za kraty. Wtedy zaczyna się szukanie dla nich miejsca: w schroniskach, noclegowniach... Dotąd, poza instytucjami państwowymi, zwłaszcza byłym więźniarkom matkom, schronienia udzielały też organizacje, ale projekt Waldemara Dąbrowskiego, społecznika, byłego alkoholika i sportowca, jest inny. „Mateusz” - dom dla kobiet wychodzących na wolność, w którym muszą być aktywne, pracować i same o siebie zawalczyć (podobny do tego, który od lat działa z powodzeniem w Toruniu, ale jest przeznaczony dla mężczyzn), to nowość. I szansa.

Chcemy żyć inaczej!


Alicja (59 lat, z początkami choroby Parkinsona, w sportowych butach, wypielęgnowanymi paznokciami muśniętymi złotym lakierem i Matką Bożą na rzemyku) zapowiada, że będzie się o tę szansę starała, choć wychodzi dopiero za trzy lata.

- Może jakiś warunek... - zamyśla się. - Ale swoje odsiedzieć muszę. Nie pamiętam jak, ale wiem, że to ja go zabiłam. Radka. Miał 35 lat. Kaleką był. Jego matka dała mi go pod opiekę. A ja, cóż - wyszło 30 lat picia. Tamtego wieczoru zalewa była konkretna. Wódka się lała. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, nie chciałam... Po wszystkim zadzwoniłam po pogotowie, a lekarz po policję. Albo odwrotnie. Myśl o tym siedzi we mnie tak mocno... Pewnie, że chcę inaczej żyć. Po pierwsze dlatego, że do Łodzi, do tamtego towarzystwa od flaszki, nie chcę wracać. Inna rzecz, że nie mam po co - mieszkanie straciłam przez zaległości w opłatach, a rodzina mi się po świecie rozjechała. Na etat mnie już nie wezmą, ale w tym domu, co to ma być otwarty, mogłabym się jeszcze przydać. Ostatnio pracowałam jako pomoc kuchenna, to i coś ugotować mogę. W ogrodzie buraki by się posadziło, ziemniaki na zupę.


Agnieszka (42 lata, grzecznie upięte czarne włosy, elegancko podkreślone kredką oczy, proste dżinsy, skromna bluzka) też chciałaby znaleźć miejsce dla siebie w grudziądzkim „Mateuszu”.

- Życie zaczęło mi się sypać po rozwodzie. Zostałam sama i sobie nie poradziłam. Był alkohol, żeby zapomnieć, narkotyki, żeby jakoś funkcjonować. I wylądowałam tutaj za kradzież. Wychodzę na Boże Narodzenie. Dokąd - dziś nie wiem. Do przeszłości wracać nie chcę, tam już nie ma czego zbierać. W Kaliszu mam mamę, córkę, dwie piękne wnusie. Ale do nich powrotu nie mam. Po prostu - nie chcą mnie. Czego to ja w życiu nie robiłam: od stania za barem po szycie ubrań. U rolników też się pomagało, więc może nadam się na tym polu, co to pan Waldek chce uprawiać...

Waldemar Dąbrowski: Jeszcze w tym roku w tym domu zamieszkają pierwsze kobiety. Pomogą przy ostatnich pracach. Miejsce znajdzie tu około 15 tych, których dziś nikt nie chce.


Grządki warzywne mają być na sto procent, bo parterowy budynek na tyłach dworca kolejowego (dawniej korzystała z niego Straż Ochrony Kolei) stoi na porośniętej wysokimi chaszczami działce o powierzchni prawie jednego hektara. Stowarzyszeniu „Mateusz” przekazało ją miasto. Budynek jest w totalnej rozsypce: pozostały gołe, zaniedbane mury.

- Już pracują tu więźniowie. Wycinają te chaszcze, pomogą też zatrudnionym budowlańcom. Będą tu aż do oddania budynku - mówi Waldemar Dąbrowski, założyciel Ośrodka Readaptacyjnego „Matusz” w Toruniu. - Okna i drzwi już są zamówione. Czekamy na podłączenie prądu, wody. To ma nastąpić lada dzień. Ciągle szukamy sponsorów, choć przychylnych nam ludzi już dziś nie brakuje. Jeszcze w tym roku, jesienią, zamieszkają tu pierwsze kobiety. Pomogą przy ostatnich pracach. Miejsce znajdzie tu około 15 tych, których dziś nikt nie chce.

- Mamy różne doświadczenia z kobietami, które opuszczają zakład karny - mówi ppłk Helena Reczek, zastępczyni dyrektora Zakładu Karnego nr 1 w Grudziądzu. - Znamy historie, i to wcale nie pojedyncze, kobiet, które prosiły, błagały wręcz, by znaleźć im i ich dzieciom bezpieczne, dobre miejsce, w którym będzie lekarz, gdzie będą mogły liczyć na pomoc w wychowaniu dziecka i w znalezieniu pracy. I nam się to udawało. A one potrafiły takie miejsce okraść, paląc adres dla innych skazanych, które być może umiałyby wykorzystać swoją szansę. Bo historii z dobrym zakończeniem też znamy wiele. Pamiętam panią, której postawa w więzieniu wskazywała na to, że być może jeszcze się z nią tu spotkamy. Po latach odebrałam od niej telefon: „Dzień dobry, dzwonię tylko po to, żeby powiedzieć, że żyję, jestem w ciąży i na pewno do was nie wrócę”. Dostajemy też kartki z życzeniami od byłych więźniarek. Chcą pokazać, że sobie radzą, że zmieniły swoje życie.

- W Polsce państwowej opieki postpenitencjarnej właściwie nie ma - zauważa Waldemar Dąbrowski. - Politycy muszą zrozumieć, że to się opłaci, bo nie będzie bezpiecznego państwa, jeśli nie pozwolimy wyjść na prostą skazanym. Oni znów kradną, znów napadają, bo nie mają gdzie i za co normalnie żyć. Nawet pracy były więzień sam nie znajdzie. Ale zrozumieć muszą też ludzie, że skazany nie znaczy „skażony”. Szybko przekreślamy ludzi, o daniu im drugiej szansy nawet nie myślimy...

Drzwi do domu są otwarte


W „Mateuszu” zasady są proste: żadnej agresji, żadnych przekleństw („dzień dobry” zamiast „cześć”), żadnego picia, żadnego brania narkotyków. - Złamało je może z trzech chłopaków, musieli odejść, ale wiedzą, że gdy tylko będą gotowi naprawdę nad sobą pracować, drzwi domu są otwarte - zapewnia Waldemar Dąbrowski. - Ufamy sobie. Po godz. 21 dzwoni do mnie chłopak: „Tato (bo mówią do mnie „tato”), mogę dziś nie wracać na noc?”. I ja mam pewność, że nie zrobi nic głupiego, bo on już wie, że ćpając, pijąc robi krzywdę sobie, nie mnie. Właśnie wyrobienie w byłych więźniach tej świadomości jest fundamentem, na którym oprą swoje nowe życie.

Ze skazanymi w Grudziądzu Waldemar Dąbrowski spotykał się jeszcze zanim powstała idea „Mateusza” dla kobiet.

- Po jednym z takich spotkań zadzwonił telefon, usłyszałem: „Tu Agnieszka, wyszłam, co mam teraz robić?” - wspomina Waldemar Dąbrowski. - Zabrałem ją do toruńskiego „Mateusza”. Cztery miesiące wystarczyły, by stanęła na nogi. Wcale nam nie gotowała, mam lepszych kucharzy, facetów. Pracowała ciężko, jak wszyscy. Dziś wynajmuje mieszkanie, pracuje jako sprzątaczka i odzyskała synka, który był w rodzinie zastępczej.

Po terapii, po odsiadce
Do grudziądzkiego „Mateusza” trafią kobiety bez dzieci - chodzi o to, by mogły skupić się na rozwiązaniu swoich problemów, a potem stać się niezależnymi matkami. Zakład karny współpracuje ze Stowarzyszeniem „Mateusz” - wychowawcy będą przygotowywać osadzone do życia w powstającym właśnie domu. Kobietom opuszczającym więzienie z małymi dziećmi, którymi opiekowały się podczas odbywania kary, wychowawcy pomagają znaleźć bezpieczne miejsce do życia.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.