Spokojnie, to nie psychiatryk. To tylko gra

Paulina Błaszkiewicz 9 lipca 2016

Escape roomy (pokoje wyjścia), czyli popularne miejsca rozrywki, które przywędrowały do nas z Węgier, cieszą się coraz większą popularnością podczas wieczorów panieńskich, firmowych spotkań integracyjnych oraz wśród miłośników ekstremalnych doznań.

Bożena Winkler i Małgorzata Włodarska - właścicielki bydgoskiego escape roomu „Break the brain” w jednym ze swoich pokoi pt. „W odległej galaktyce”. Uczestnicy zabawy stają więźniami kosmicznego łowcy nagród

Fot.: Filip Kowalkowski


Uszy króliczka, kolacja w restauracji, a potem zabawa zakrapiana kolorowymi drinkami w klubie nocnym najlepiej ze striptizerem? Podczas wieczoru panieńskiego to już niemodne. Podobnie jest w przypadku panów, którzy dziś coraz chętniej, zamiast bawić się w klubie w towarzystwie skąpo odzianych pań, idą z kolegami do escape roomu, gdzie mają 60 minut na to, by znaleźć wyjście z pokoju.

Jak wrócić z PRL-u?


- Mama mojej przyjaciółki, która kilka tygodni temu wyszła za mąż, opowiadała nam, jak to było, kiedy to ona ślubowała. Słuchałyśmy tych opowieści z zaciekawieniem i nutką zazdrości, chociaż nie wiem, czy któraś z nas chciałaby dostać jako prezent ślubny meblościankę albo tapczan, z którego można zrobić kredens z kanapą- śmieje się 33-letnia Iwona, która przy okazji wieczoru panieńskiego swojej przyjaciółki postanowiła zabrać koleżanki do PRL-owskiego escape roomu na Wybrzeżu.


Zadaniem dziewczyn było m.in. znalezienie przepisu na eliksir szczęścia, rozwiązywanie zagadek i szukanie odpowiedzi niezbędnych do tego, by jak najszybciej „powrócić” z czasów komuny do współczesności. Jak zapewnia Iwona, zabawa była świetna. Szkoda tylko, że wszystkie koleżanki wyszły z pokoju, ponieważ świetnie odnalazłyby się w PRL-owskiej rzeczywistości...

Monika Bronisz: Wizyta w pokoju, który np. przypomina szpital psychiatryczny, wywołuje emocje, jakich na co dzień nie doświadczamy.


Fanów tamtych czasów nie brakuje również w Toruniu, gdzie od kilkunastu dni w „Domu kłódek” istnieje pokój o nazwie „Czar PRL-u”.

- Jest odpowiedni dywan, stary telefon i wiele innych gadżetów z tamtej epoki. Na uczestników czekają zagadki zręcznościowe i logiczne. Więcej elektroniki jest w naszym drugim pokoju - „Garażu słynnego żużlowca”, który cieszy się zainteresowaniem wśród fanów żużla - opowiada Patryk Płusa, współwłaściciel „Domu kłódek” w Toruniu.

Jesteś w pułapce


Bydgoski escape room „Break the brain” ma w swojej ofercie - poza pokojami idealnie nadającymi się dla rodzin z dziećmi m.in. „W odległej galaktyce” czy „Poszukiwacz skarbów” - dwa pokoje dla miłośników silnych wrażeń. To „Zakład psychiatryczny” i „Seryjny morderca”. W pierwszym słychać przerażające krzyki innych pacjentów, skrzypiące drzwi, tajemnicze odgłosy, wrzaski czy stukanie w rurach. Z kolei w drugim czujemy się tak, jak w horrorze: „W okolicy grasuje seryjny morderca, który poluje na ludzi. Policja nie potrafi ustalić motywu zbrodni ani określić, czym kieruje się zabójca wybierając swoje ofiary. Podejrzenia padają na zbiegłego więźnia zakładu psychiatrycznego. Idziesz ulicą, słyszysz za sobą kroki. Chcesz skryć się w najbliższym domu. Wchodzisz. Z pozoru zwykły pokój... Nagle zamykają się drzwi, ktoś przekręca klucz. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś w pułapce”.

Kto zdecyduje się na taki scenariusz? Zdaniem Małgorzaty Włodarskiej, współwłaścicielki „Break the brain”, będzie to osoba o mocnych nerwach, która już była w escape roomie i wie, na czym polega ta gra.

- Wszystko zależy od oczekiwań uczestników. Bardzo często przychodzą ludzie, którzy proszą nas o zamknięcie w pokoju, bo słyszeli, że to dobra zabawa. Wśród naszych klientów są rodziny z dziećmi, ludzie poszukujący rozrywki, przyszłe panny młode z koleżankami, biznesmeni czy pracownicy firm. Są też ich szefowie, którzy obserwują, jak poszczególne osoby zachowują się w takiej sytuacji. Wizyta w escape roomie to nie tylko świetna zabawa, ale też dobry sposób na poznanie zachowań człowieka i jego charakteru - uważa Małgorzata Włodarska.

Uwaga na stres


W escape roomie działa psychologia tłumu. To rodzaj treningu interpersonalnego, podczas którego jesteśmy w stanie wyłonić przywódcę, osobę, która manipuluje, podporządkowuje się lub wycofuje. Uczestników łączy wspólne zadanie, jakim jest znalezienie wyjścia.

- Kilka razy zdarzyło nam się interweniować, ponieważ grupa nie mogła się dogadać. Na szczęście większości osób udaje się opuścić pokój samodzielnie - zaznacza współwłaścicielka bydgoskiego escape roomu.

Psychologowie mają różne opinie na temat tej formy rozrywki, ale nie są zaskoczeni jej popularnością w czasach, kiedy wszystko jest niemal na wyciągnięcie ręki. Tu chodzi o bardzo intensywne emocje, rozładowanie napięcia i poczucie satysfakcji, że się udało.

- Wizyta w zamkniętym pokoju, który na przykład przypomina szpital psychiatryczny, wywołuje emocje, jakich na co dzień nie doświadczamy. To abstrakcja tak samo jak wyobrażenie, że goni nas morderca. Uczestnicy doznają silnego wyrzutu adrenaliny, który jest porównywalny z uprawianiem sportów ekstremalnych. Jeśli raz spróbują, to następnym razem będą chcieli jeszcze silniejszych doznań - tłumaczy psycholożka Monika Bronisz.

Podkreśla zarazem, że ludzie w takich momentach zachowują się różnie, dlatego unika stwierdzenia, że w zamkniętym pokoju pozna się człowieka. Taka zabawa niekoniecznie musi przyczynić się również do integracji.

- Z escape roomami bywa różnie. Wydaje mi się, że idealnym towarzystwem jest grupa dobrych znajomych, a nie pracowników, których łączą różnego rodzaju relacje służbowe. Działanie pod presją czasu, a tak przecież jest w tym przypadku, może wywołać niepotrzebny stres, a to tylko zabawa. Warto o tym pamiętać zanim ktoś nas zamknie w pokoju - dodaje Monika Bronisz.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.