Rodzice Krzysztofa: Nasz syn sam się nie zabił!

Małgorzata Oberlan 1 lipca 2016

Dorota i Ireneusz Dzidkowie milczeli prawie dwa lata. Ostrzegano ich, by nie ujawniali szczegółów śledztwa. Dziś, po umorzeniu sprawy, nie zostawiają suchej nitki na policji i prokuraturze. Czy słusznie?

Dorota i Ireneusz Dzidkowie ze zdjęciem syna Krzysztofa. W pokoju, który na niego czeka...

Fot.: Jacek Smarz


Krzysztof Dzidek, student I roku filozofii UMK, zginał w nocy 21 września 2014 roku. W nieustalonych do dziś okolicznościach wypadł, wyskoczył lub został wypchnięty z okna kamienicy przy placu Teatralnym 7 w Toruniu. Pisaliśmy o tym w reportażu „Śmiertelne testy?” 6 maja br. Po trzech tygodniach od publikacji Prokuratura Rejonowa Toruń Centrum Zachód po raz drugi umorzyła śledztwo w tej sprawie. Rodzicom Krzysztofa nie przysługuje już odwołanie się od tej decyzji. - Dlatego przerywamy milczenie - mówią. Chwytają za dokumenty i krok po kroku wskazują, co ich boli.

Punkt 1. Przebieg wydarzeń


Krzysztof wypadł z mieszkania, w którym (wbrew woli rodziców) pomieszkiwał na przełomie maja i czerwca 2014 r. Głową studenckiego lokum była Maria Cz. (obecnie K.), przez kolejny rok usiłująca skończyć pierwszy rok filozofii. Stałym lokatorem był Arkadiusz K., wówczas jej narzeczony, obecnie mąż. Oboje obecni byli tragicznego wieczora w mieszkaniu, choć przez pierwszy okres śledztwa kłamali w tej sprawie.


Jak twierdzi prokuratura w uzasadnieniu umorzenia śledztwa, cała trójka wieczorem słuchała muzyki, rozmawiała i piła piwo. Maria i Arkadiusz przyznali, że wciągnęli też amfetaminę. Krzysztof przy nich niczego nie zażył, ale... „Stopniowo zaczął się dziwnie zachowywać. Zgniótł żarówkę, brał ją do ust i gryzł. (...) Odgrywał jakieś scenki, kładł się na podłodze, wydawał jakieś dźwięki. Rzucał swoim naszyjnikiem - onyksem - i chciał, aby obecni w mieszkaniu mu ten naszyjnik przynosili” - opisuje prokuratura.

rodzice Krzysztofa: Obrażenia na ciele naszego syna są dla nas koronnym dowodem, że przed śmiercią był bity, wręcz torturowany.


Potem sytuacja miała się rozwinąć tak niebezpiecznie, że doszło do przepychanki Krzysztofa z Arkiem; pojawił się nawet nóż. O godz. 23.31 Maria zgłosiła policji, że znajomy jest agresywny, demoluje mieszkanie i najpewniej coś brał. W tym czasie Arek wyszedł do pubów „Desperado” i „Kadr” po odsiecz. Wrócił z kolegami Wojciechem W., Adrianem Ć. i Grzegorzem S. Przed kamienicą stała Maria. Powiedziała, że policja już jedzie i mają nie wchodzić na górę.

Przybyli około 23.50 policjanci w mieszkaniu nikogo nie zastali. Jeden z nich przez otwarte zobaczył na podwórzu ciało. To był Krzysztof, który zmarł w szpitalu 20 godzin później.

Rodzice: - Wezwana policja musiała wiedzieć od Marii, jak nazywa się Krzysztof. Mimo wszystko, do szpitala trafił jako NN. Nie było nas przy jego ostatnich chwilach. Policja przyjechała do naszego domu (n wsi, 30 km od Torunia) dopiero 21 września około godziny 21.00. Powiedzieli, że syn zmarł. Przyczyna? Skok samobójczy pod wpływem alkoholu i narkotyków...

Punkt 2. Kto pił, kto ćpał i co?


We krwi Krzysztofa nie znaleziono ani śladu alkoholu, ani narkotyków (testy wykryłyby amfetaminę i jej pochodne, benzodiazepiny, opiaty, THC, kokainę), ani substancji psychoaktywnych, potocznie nazywanych dopalaczami (mefedron, metedron, pentedron, 3.4-DMMC, PVP). Za to przesłuchanie Marii czy Arkadiusza szybko nie było możliwe. Najpierw „zjechać” musiała z nich amfetamina.

Maria, Arek, Krzysztof i jeszcze dwóch innych studentów podpisało wcześniej „Pakt pięciorga”. W nim żacy zobowiązali się do przetestowania w trakcie studiów 27 substancji psychoaktywnych. Podpisanie tego paktu oraz „zeznania licznych świadków”, jak twierdzi prokuratura, dowodzą, że mimo wyniku testów, Krzysztof tragicznego wieczora mógł być jednak pod wpływem jakiegoś specyfiku. Brak np. amfetaminy we krwi nie wyklucza, że jej ślady odkryto by w moczu. Tego jednak zbadać się nie udało, bo pęcherz był pusty.

Rodzice: - To absurdalne myślenie! Pierwszą czynnością po przewiezieniu naszego syna do szpitala, jak się dowiedzieliśmy od lekarzy, było pobranie i analiza krwi. Nie stwierdzonej w niej nawet śladu jakiejkolwiek psychoaktywnej substancji. Toksykologia nerek też nie wykazała obecności narkotyków. Tymczasem to Maria i Arkadiusz, jeszcze w czasie pierwszych przesłuchań, byli pod wpływem narkotyków, do czego zresztą się przyznali. I to ich zeznania są dla śledczych wiarygodne?!

Punkt 3. Obrażenia i poglądy


Jak ustaliła prokuratura, bezpośrednią przyczyną śmierci Krzysztofa był uraz czaszkowo-mózgowy. „Z treści opinii biegłych wynika, że obrażenia, jakich doznał, stwierdzone w prawej i tylnobocznej części tułowia, odpowiadają wyłącznie obrażeniom powstałym na skutek uderzenia o podłoże na podwórzu. Natomiast obrażenia lewej części ciała powstały najprawdopodobniej w kontakcie z murem z cegły na podwórzu, bezpośrednio przed upadkiem, po kontakcie z siatką na ptaki”.

prokurator Judyta Głowacka: W mojej ocenie szczególnie postawa procesowa Marii Cz. miała decydujący i negatywny wpływ na śledztwo i znacznie wydłużyła jego okres. 


Rodzice: - Na Boga! Przecież ta siatka była materiałowa jakaś, nie żadna stalowa! Obrażenia na ciele naszego syna są dla nas koronnym dowodem, że przed śmiercią był bity, wręcz torturowany. Szyje pod podbródkiem miał głęboko przeciętą. Cięcie zaczynalo się dużym otworem pod lewym uchem, a kończyło pod prawym. Na zewnętrznej części lewej dłoni miał wycięty krzyż. Nadgarstki obu rąk, od wewnątrz, mial starte prawie do kości. Tak, jakby ktoś go rozłożył i przytrzymywał. Włosy (a Krzyś miał długie do pasa) były powycinane na różnych wysokościach. Nie - wygolone, jak do zaopatrzenia ran czy sekcji, ale właśnie powycinane! Musi zastanawiać też brak szkła w organizmie naszego syna (wyniki sekcji), chociaż prokuratura dała wiarę opowieści o tym, że Krzyś gryzł żarówkę.

22 września 2014 roku, czyli nazajutrz po tym, jak policjanci przywieźli tragiczną wiadomość, ojciec pojechał do Torunia. - W mieszkaniu zastałem Marię i kilku kolesi. Nad jej łóżkiem wisiał wisior Krzysztofa (onyks na rzemieniu) i bransoletki z koralików, które nosił na rękach. Wisiały jak zdobycz, totem jakiś... W wisiorze były jeszcze włosy Krzysia, których istnieniu potem śledczy zaprzeczyli - mówi Ireneusz Dzidek.

Ukochana kurtka przypomina, jakim  był chłopakiem - z fantazją, oryginalną osobowością; odważny...

fot. Jacek Smarz

Ukochana kurtka przypomina, jakim był chłopakiem - z fantazją, oryginalną osobowością; odważny...



O obrażeniach rodzice napisali też do ministra Zbigniewa Ziobry. Nie doczekali się odpowiedzi z jego biura, ale najwyraźniej biuro przesłało skargę Dzidków do toruńskiej prokuratury.14 czerwca br. pismo do rodziców napisała prokurator Judyta Głowacka, kierująca Prokuraturą Rejonową Toruń Centrum Zachód. I przypomniała, że „w toku śledztwa żaden z przeprowadzonych dowodów nie potwierdził, aby Maria Cz. (K) dysponowała włosami Państwa syna lub dokonała ich obcięcia. Utożsamianie niekwestionowanej wagi i rozległości obrażeń ciała Krzysztofa Dzidka z przestępnym spowodowaniem jego śmierci jest subiektywnym Państwa poglądem, który nie znajduje żadnego oparcia w zebranym materiale dowodowym, w szczególności - w opiniach wydanych przez biegłych”.

Punkt 4. Ślady krwi i nie tylko


Rodzice: - Czy to normalne, że policja nie zabezpieczyła nawet taśmą miejsca na podwórzu, na którym leżał nasz syn? Czy poprawną praktyką jest wejście funkcjonariuszy do lokalu w celu przeszukania i zabezpieczenia śladów dopiero po 8 tygodniach od śmierci? Nasz adwokat Laszlo Achlezinger, obecny podczas tych czynności, przekazał nam, że „mieszkanie po użyciu preparatu blue-star świeciło jak choinka”. Na podłodze pomieszczenia, z którego został wyrzucony nasz syn, była wielka plama krwi. Późniejsze badania DNA wykazały, że należała do więcej niż czterech osób. Krew była także w łazience, umywalce, muszli klozetowej, na mopie. Śladów krwi było tak dużo, że zabrakło preparatu blue-star! Także przedmioty należące do naszego syna (np. wisior z onyksem) oraz ubranie i obuwie Marii Cz. (K) nosiły ślady krwi...

Według relacji rodziców, pobrane do badania próbki z mieszkania prowadząca śledztwo prokurator przetrzymywała. Dzwoniącym doń rodzicom przekazywała, że czeka na wyniki z Gdańska. - Na początku lutego 2015 roku pojechaliśmy z mężem osobiście porozmawiać z panią prokurator. Po ostrej wymianie zdań oświadczyła, ze zabezpieczone materiały nigdzie nie zostały wysłane i znajdują się nadal w Toruniu. Zaprzeczyła, by kiedykolwiek informowała mnie o wysłaniu ich do Gdańska. Ostatecznie trafiły do laboratorium kryminalistycznego w Bydgoszczy. Wyniki były po tygodniu - relacjonuje Dorota Dzidek.

Prokuratura zaprzecza jakiemukolwiek przetrzymywaniu materiałów. Podkreśla też, że „funkcjonariusze policji (tu dane czterech) dokładnie sprawdzili mieszkanie i strych. W pomieszczeniach tych, mimo że panował bałagan, nie ujawnili śladów krwi, tkanek ludzkich, obciętych włosów” (uzasadnienie umorzenia).

Prokurator Judyta Głowacka w piśmie do rodziców dodatkowo tłumaczy, że liczne ślady biologiczne, zabezpieczone w mieszkaniu dzięki preparatowi blue-star, to sprawa naturalna. „W mieszkaniu tym przynajmniej od kilku miesięcy toczyło się intensywne życie towarzyskie, bywało wiele osób, w tym Państwa syn”.

Według prokuratury nie ma też podstaw podejrzewać, by monitoring z tragicznego wieczora zaginął. Po prostu ten, który udało się zabezpieczyć, niczego nie wniósł do sprawy. Nie widać na nim, by coś działo się pod kluczowym adresowym.

Rodzice: - Znów mijanie się z prawdą! Policjant Ś, pierwszy funkcjonariusz z Torunia, który zajmował się sprawą, powiedział nam, że zabezpieczono monitoring, na którym widać stojącą przed kamienicą Marię Cz. (K) wraz z kolegami. To on także zapowiadał, że planowane są zarzuty i aresztowania. Ale śledztwo mu odebrano i przekazano funkcjonariuszowi M. Ten już o tamtym monitoringu nic nie wiedział...

Punkt 5. Kłamstwa


To, co wciąż boli i denerwuje państwa Dzidków to fakt, że prokuratura daje wiarę zeznaniom Marii i Arkadiusza. - Śledczy wiedzą przecież, że po pierwsze, byli pod wpływem narkotyków, po drugie, kłamali w zeznaniach - podkreślają rodzice.

Słowa prokurator Judyty Głowackiej, skierowane do rodziców w liście z 14 czerwca br., dają jednak do myślenia. „W mojej ocenie analiza złożonych wielokrotnie zeznań Marii Cz. (K), Arkadiusza K. oraz Adriana C. prowadzi do wniosku, że o ile osoby te zachowają status świadka (w przypadku nieskorzystania przez Państwa z możliwości wniesienia subsydiarnego aktu oskarżenia), rozważyć należy zbadanie kwestii odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań. W szczególności polegających na zatajeniu istotnych okoliczności sprawy, w tym zwłaszcza czasu, w którym Arkadiusz K. rzeczywiście opuścił mieszkanie, faktu jego powrotu w towarzystwie innych osób i spotkania przed wejściem do budynku z oczekującą na przybycie policji Marią Cz. (K). W mojej ocenie procesowa postawa wymienionych osób, w szczególności Marii Cz., miała decydujący i negatywny wpływ na zakres i koncentrację czynności procesowych na najwcześniejszym etapie śledztwa i znacznie wydłużyła jego okres” - pisze prokurator.

Rodzice na subsydiarny akt oskarżenia raczej się nie zdecydują. Łączy się z ogromną odpowiedzialnością, także finansową. Zatem młodzi ludzie zachowają status świadków i jest szansa, że odpowiedzą za kłamstwa.

Czeka na Krzysia...


To, że Krzysztof sam nie targnął się na życie, jest dla rodziców pewne. Dla nich wszystko układa się w scenariusz taki, jaki nakreślili w skardze do ministra Zbigniewa Ziobry: „Krzysztof został brutalnie pobity, okaleczony i wyrzucony z okna”.

Prokuraturze niewiele się złożyło w całość. Pewna jest, że „zebrany w sprawie materiał dowodowy nie wskazuje na to, by do śmierci przyczyniły się osoby trzecie”. Ale tego, w jaki sposób Krzysztof Dzidek zginął, też nie wie.

Rodzice sprzedali dom na wsi i przeprowadzili się do miasteczka, niecałe 50 km od Torunia. Krzysztof nigdy go nie widział. Mimo wszystko urządzili mu tutaj pokój. - W piwnicy, tak, jak zawsze chciał - objaśnia pani Dorota, sprowadzając nas stromymi schodami w dół.

W chłodnym pomieszczeniu wiszą ulubione kurtki skórzane Krzysia, stoją Krzysia ulubione sprzęty i bibeloty. Oczywiście, tak jak w każdym innym pomieszczeniu tego domu, stoi też zdjęcie Krzysia. Uśmiecha się na nim ciemnowłosy chłopak o wesołych oczach. Ten pokój „czeka na Krzysia”, jak mówi pani Dorota. I tak jest po prostu choć trochę łatwiej żyć dalej.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 18-01-2017 19:35

    Brak ocen 0 0

    - Kamaro: A ja powiem tak,cała ta ekipa to jakieś cpuny wysokiej klasy ☺ porostu chłopak wpad w ch#jowe towarzystwo.

    Odpowiedz

  2. 02-07-2016 07:46

    Oceniono 10 razy 6 4

    - Leszek: Nie znam sprawy, ale znam naszych prokuratorów i policję . Mogę tylko dodać że ja również zostałem napadnięty przez czterech funkcjonariuszy policji a następnie torturowany, także w budynku Prokuratury Bydgoszcz Północ . A teraz policja fałszuje dowody a prokuratura umarza śledztwa . Wnioski wyciągnijcie państwo sami .

    Odpowiedz

  3. 01-07-2016 07:00

    Oceniono 12 razy 12 0

    - z ciekawości piszę: Czy to chodzi o tego chłopaka co wypadł z okna ? Znalazłem taką odpowiedź,pisze - bolek: Wypadł? Szkoda, że akurat w środku były z nim naćpane dzieci vipów. Ślady po duszeniu i poryrwane włosy to też przypadek?

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz