Jugendamt zabrał mi dzieci! Błagam o pomoc!- apeluje pochodząca z naszego regionu 41-letnia pani Izabella zamieszkała w Niemczech

Grażyna Ostropolska 1 lipca 2016

O kontrowersyjnych metodach działania niemieckiego urzędu ds. ochrony dzieci i młodzieży dużo się mówi i pisze. W naszym kraju zrobiło się o nim głośno, gdy Jugendamt zabronił polskim rodzicom rozmawiać z dziećmi w ojczystym języku.

Pani Izabella z Tomaszkiem, którego niemiecki Jugendamt przekazał rodzinie zastępczej.

Fot.: archiwum


Muszę odzyskać moich synków, bo bardzo ich kocham i nie potrafię bez nich żyć! - oświadcza pani Izabella, a pomoc Polce deklaruje Marcin Gall, prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech. Gall był pierwszym Polakiem, który wygrał w sądzie z Jugendamtem i teraz pomaga innym rodzicom w odzyskaniu potomstwa. Pani Izabella skontaktowała się z nim dwa tygodnie temu. Była w rozpaczy.


- 15 czerwca pracownik Jugendamtu zabrał mojego 8-letniego synka ze szkoły, a w lutym odebrano mi trzytygodniowego Tomaszka. Stało się tak, bo

uciekłam od Niemca,


który jest jego ojcem - twierdzi pani Izabella. Opowiada wstrząsającą historię, którą winien zweryfikować sąd. Ponownie, bo pierwszy niekorzystny dla niej wyrok kobieta ma już za sobą.

Wyjechała do Niemiec w 2004 roku. - Wyszłam za mąż za syna przyjaciela mego ojca. Po czterech latach urodziłam Marka, ale związek z jego ojcem nie przetrwał próby czasu. Rozdzieliły nas różnice kulturowe i odmienne charaktery - tłumaczy pani Izabella. Została sama z dwuletnim dzieckiem, ale jako fizjoterapeutka dawała sobie w Niemczech radę. - Nadal marzyłam o założeniu rodziny i o tym, by mój synek miał męski wzorzec - tłumaczy fakt poszukiwania męża w biurze matrymonialnym. Złożyła ofertę w działającej także w Niemczech bydgoskiej placówce, swatającej samotnych. - Po dwóch latach zgłosiła się do mnie pracownica biura z ofertą Niemca. Daniel był rolnikiem i deklarował chęć zawarcia stałego związku z Polką - wspomina pani Izabella. Twierdzi, że kandydat na męża ujął ją troską o jej syna. - Zwierzyłam mu się, że martwią mnie częste zapalenia krtani u Marka, a on przekonywał, że czyste wiejskie powietrze na farmie na pewno mu pomoże. Przenosząc się do niego nie wiedziałam, że to furiat, który będzie mnie niszczył i traktował

jak niewolnicę


- opowiada pani Izabella. Miała dbać o dom i pomagać przy dojeniu oraz karmieniu trzystu krów. - I nie było zmiłuj się. Zdarzało się, że miałam 39 stopni gorączki, a Daniel gnał mnie do roboty. „Mieszkasz u mnie, żywię cię, więc musisz pracować, a jak nie, to wynocha!”, mówił, gdy się buntowałam - wspomina kobieta. Błagała, by zwolnił ją z pracy w oborze, gdy o 15.30 Marek wracał ze szkoły. - Właśnie wtedy, zamiast zająć się synkiem, musiałam doić krowy. Kończyłam pracę o 19, gdy trzeba było kłaść synka do łóżka - twierdzi pani Izabella. Zaczęły się konflikty i awantury.

- Daniel wrzeszczał, pluł i zabierał się do bicia, a moje dziecko było tak przerażone, że chowało się po kątach i zatykało sobie rączkami uszy, nawet podczas snu - relacjonuje kobieta.

To jej wersja, bo w dokumentach, które Jugendamt dostarczył do sądu, można przeczytać, że to ona była złą, niestabilną uczuciowo matką, która zagraża dziecku.

- O mojej niestabilności ma świadczyć to, że uciekałam od Daniela, a potem do niego wracałam oraz policyjne interwencje, kończące domowe awantury - tłumaczy pani Izabella. Twierdzi, że policję wzywała mieszkająca obok nich matka Daniela. - Buntowała go, bo nie chciała, by żenił się z Polką - przekonuje kobieta.

W październiku zeszłego roku zdecydowała się ostatecznie zerwać z Danielem. - Uderzył Marka, bo dziecko nie chciało jeść. Rzuciłam się w jego obronie, a Daniel, nim wezwał policję, podrapał się, rozerwał sobie ubranie i mnie o to oskarżył - twierdzi pani Izabella.

Trafiła na trzy miesiące do domu samotnej matki. Była wtedy w szóstym miesiącu ciąży, z czego Daniel, ojciec dziecka, nie był zadowolony. - On ma troje dzieci z poprzedniego nieformalnego związku. Nie chciał płacić alimentów na kolejne, więc zrobił wszystko, by Jugendamt odebrał mi prawa rodzicielskie i oddał niemowlę rodzinie zastępczej - sugeruje pani Izabella. Twierdzi, że gdy ona szukała mieszkania dla siebie i dzieci, jej partner wyrabiał jej złą opinię w Jugendamcie. - Mówił im, że jestem agresywna i dziecko nie będzie przy mnie bezpieczne. Byłam jeszcze w ciąży, gdy przysyłał mi SMS-y, że nie nadaję się na matkę i on

zabierze mi maleństwo,


bo tak ma z Jugendamtem ustalone - przekonuje pani Izabella. Wynajęła mieszkanie, sprowadziła tam swoją matkę, by pomogła jej przy dzieciach.

- Tuż po porodzie Daniel przysłał mi SMS-a, że nie przyjedzie po nas do szpitala. Spytałam, czy po cesarskim cięciu mam wracać z synkiem autobusem, a on to przekręcił i doniósł do Jugendamtu, że chcę w mróz wieźć niemowlę środkiem masowej komunikacji - relacjonuje kobieta. Twierdzi, że Daniel w końcu przyjechał, ale potem wyrzucił ją i dziecko z auta. - Zdenerwowało go, że sięgnęłam do siatki ze słodyczami i dostał furii, a gdy wysiadłam z samochodu, by złapać oddech, wystawił na mróz koszyk z Tomaszkiem - mówi pani Izabella.

Była w szoku, gdy trzy tygodnie później niemiecki urząd ds. ochrony dzieci i młodzieży zabrał jej niemowlę, a niespełna cztery miesiące później podobny los spotkał 8-letniego Marka. - W marcu po wizycie u dentysty zasłabłam. Myślę, że spowodował to zastrzyk znieczulający i tak to tłumaczyłam lekarzowi, ale ten zasugerował, że jestem chora na umyśle - opowiada kobieta. Twierdzi, że właśnie wtedy dostała z Jugendamtu propozycję nie do odrzucenia. - Usłyszałam, że albo zgodzę się na obserwację w klinice psychiatrycznej, albo wystąpią o odebranie mi praw rodzicielskich - dodaje pani Izabella. Podpisała zgodę, ale gdy wyszła z kliniki, sąd, na wniosek Jugendamtu, zdecydował o odebraniu jej dzieci. Stało się to 4 czerwca.

- Byłam w sądzie bez adwokata i nie potrafiłam obalić kłamstw, opartych na donosach ojca Tomaszka - przekonuje kobieta. Pracownik Jugendamtu zabrał Marka ze szkoły. - To było 15 czerwca, jeszcze przed dostarczeniem mi wyroku - mówi pani Izabella. Jest zrozpaczona, bo Tomaszka widziała tylko raz, a z Markiem będzie się widywać przez godzinę w tygodniu. Obaj są w tymczasowych rodzinach zastępczych, ale jeśli pani Izabelli nie uda się wznowić procesu i wyrok niemieckiego sądu się uprawomocni, straci ich na zawsze.

- Zrobię wszystko, by synów odzyskać. Marek jest dzieckiem lekko autystycznym i tylko ja wiem, jak do niego dotrzeć. Miał jechać ze mną nad morze i spędzić z babcią wakacje w Polsce i teraz mu to uniemożliwiono. Jest na mnie zły, bo nie wie, co się dzieje i zamyka się w sobie. Dlaczego organizacja, która mieni się obrońcą dzieci, robi mu taką krzywdę? - pyta zrozpaczona matka.

Z Jugendamtem można wygrać


- przekonuje Marcin Gall. Jest pierwszym Polakiem, który wygrał przed niemieckim sądem trzyletnią walkę z Jugendamtem o prawo do dzieci. - Po rozstaniu z żoną proponowałem, by sąd zgodził się na opiekę naprzemienną: dzieci miały spędzać tydzień ze mną i tydzień z matką, ale wtedy niemiecki system prawny nie sankcjonował takiego modelu - wyjaśnia Gall. - Wygrałam, a dziś utwierdzam innych w przekonaniu, że z Jugendamtem da się wygrać - twierdzi pan Marcin. W 2006 założył Międzynarodowe Stowarzyszenie Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech,

- Mamy doświadczonych adwokatów, którym dostarczamy argumenty do obrony klienta. I niezależnych psychologów - wylicza. Na internetowej stronie stowarzyszenia jest przegląd spraw, pilotowanych przez tę organizację i wygrywanych. - Nie jestem radykalny i potrafię z Jugendamtem rozmawiać - podkreśla Gall. Widzi też szansę dla pani Izabelli.

- Wyrok oparto na hipotezie, że matka jest chora, choć szpital jeszcze nie przekazał sądowi wypisu z diagnozą, więc myślę, że z pomocą adwokata i dowodów, które zbierzemy, da się go obalić - prognozuje.

Jugendamt, niemiecki urząd ds. ochrony dzieci i młodzieży
działa od 1922 roku i bierze rokrocznie pod swoją opiekę ok 50 tys. dzieci. Przekazuje je do domów dziecka lub rodzin zastępczych, które otrzymują zwykle tysiąc euro na zdrowe i nawet 25 tysięcy euro na chore dziecko. Niektóre praktyki urzędu, m.in. zakaz rozmowy z odebranym dzieckiem w języku ojczystym, np. polskim, potępił Parlament Europejski.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 07-07-2017 17:40

    Oceniono 1 raz 1 0

    - Gosc: Kazdy kij ma dwa konce. Do Niemiec przyjezdzaja zazwaczaj biedne polskie rodziny. Narobili glupio dzieci i innego wyjscia nie widza. Niestety zazwaczaj tacy ludzie sa asocjalni, zle wychowani, nie maja pozytywnych nawykow higienicznych, zywieniowych. Duzo pija,by zabic smutki , sa agresywni. Nie potrafia zdrowo wychowac dzieci. A dziecko w Niemczech jest swiete. W takich sytuacjach ingeruje Jugendamt, ratujac dziecko kosztem rodzicow, nie liczac sie z ich instynktem rodzicielskim i brakiem praktycznego myslenia. Ciezko mi powiedziec, czy to dobrze czy zle i dla kogo. Wyjscie - nie rodzic dzieci w biedzie i patologii !!!

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

    1. 26-11-2016 00:20

      Brak ocen 0 0

      - Anna: Marcin Gall uwielbia seksualnie wykorzystać kobiety którym pomaga

      Odpowiedz

    2. 07-07-2016 09:33

      Oceniono 4 razy 3 1

      - Mariusz: Od czasow Hitlera w Niemczech niewiele sie w tym temacie zmienilo.

      Odpowiedz

    3. 06-07-2016 22:01

      Oceniono 4 razy 2 2

      - hens: Policzcie ilu tu jest folksdojczów. Sama tępa niemczyzna! Taki jest przekrój czytelników w niemieckich Nowościach. TFU!

      Odpowiedz

    4. 06-07-2016 15:04

      Oceniono 8 razy 4 4

      - Danuta Zając : Proszę, nie pisać bzdur,nikt w Niemczech nie zabrania dzieciom rozmawiać z rodzicami w języku polskim,25 lat mieszkałam w Niemczech ,gdzie pracowałam w placówce opekunczo wychowawczej.

      Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

      1. 04-07-2016 21:25

        Oceniono 6 razy 3 3

        - robinson: Wszyscy podniecają się germanami i norwegią a najwięcej przypadków przymusowych adopcji, szczególnie polskich dzieci danych na wychowanie parom "tęczowym" jest w UK, jednak Polski Rząd milczy ponieważ robią anglikom to co kiedyś Sikorski mówił, że robimy amerykanom.

        Odpowiedz

      2. 04-07-2016 16:26

        Oceniono 8 razy 2 6

        - Real: Zabierali dzieci bo POlska nie miała gospodarza tylko mieliśmy zdrajców , lapowkarzy i skorumpowanych zlodziei . Kto więc miał rozmawiać z Merkel jak był ciągle na kolanach , ważniejsze było stanowisko w Brukseli.

        Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

        1. 04-07-2016 16:03

          Oceniono 12 razy 7 5

          - betti: po co Niemcy mieliby zabierac polskie dzieci,maja dosyc uchodzcow i ich dzieci do wykarmienia...Jugendamt zabral,zeby dzieci nie wyladowaly na ulicy,bo rodzice nieodpowiednio sie nimi opiekuja,..i tyle w tym temacie...dziwne jest tylko to ,dlaczego programy TV robia Show a prasa wypisuje takie bzdury bez sprawdzenia faktow...

          Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

          1. 03-07-2016 15:10

            Oceniono 12 razy 9 3

            - Tomasz: Belkot - przedzwonicie do niemieckiego Jugendamtu i sprawdzcie dlaczego zabrano jej dzieci. Napewno chlala wodke i nie interesowla sie dziecmi jak to juz bywalo w tysiacu takich przypadkow a pozniej zglaszaja sie do jakiegos polskiego szmatlawca mowiac, ze Jugendamt zabronil mowic po polsku. To jest klamstwo i nieprawda, dlaczego przed publikacja nie sprawdzicie to co piszecie, nie umiecie mowic po niemiecku?

            Pokaż odpowiedzi (3) Odpowiedz

            1. 02-07-2016 08:47

              Oceniono 7 razy 6 1

              - Rambo: Trzeba byłu tu w kraju mieszkać ... pracy jest w pip... a nie jechać do Helmutów i im tyłki podcierać !!!!!!!!!!

              Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz

              1. 01-07-2016 16:39

                Oceniono 10 razy 8 2

                - Romek: Moze mi ktos wyjasni, co szuka polska rodzina w Niemczech?. Jezeli jestem polakiem i chce dzieci wychowywac po polsku, to co u diabla robie w Niemczech i jeszcze w kolo rozsiewam pierdoly, jaki to niedobry jest Jugendamt. Jak polscy rodzice chleja bez umiaru i nie zajmuja sie swoimi dziemi to jest chyba oczywiaste, ze wchodzi do akcji Jugendamt. Mieszkam juz w Niemczech 30 lat i wiem, ze to sa tylko bzdury opowiadane przez polakow, ktorzy nie zajmuja sie swoimi dziecmi. Nawet duren wie, ze Jugendamt nie podsluchuje nikogo w mieszkaniach i nie sprawdzy czy ktos mowi po polsku. Na ulicach wszedzie polacy rozmawiaja po polsku i nikt im nie zwraca uwagi.To jest nieprawda i proba plucia jadem przez polskich cwaniaczkow i zlodziei, ktorym sie niechce pracowac w Polsce.

                Odpowiedz

              2. 01-07-2016 15:06

                Oceniono 14 razy 9 5

                - hens: Niech porwie dzieci beżowych i wymieni na własne.

                Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz