W Transylwanii nie ma już wampirów. Można za to spotkać... księcia Karola

Krzysztof Błażejewski 24 czerwca 2016, aktualizowano: 24-06-2016 10:41

Do Rumunii nie jest daleko. I choć kraj jest przyjazny, a ceny niewysokie, Polacy wciąż jednak lepiej znają nadmorskie kurorty z czasów Nicolae Ceausescu niż urok dziewiczych Karpat czy Siedmiogrodu.

Podczas przejazdu przez Siedmiogród warto uważnie się rozglądać. Zamków i warowni tu nie brak.

Fot.: Krzysztof Błażejewski

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (21) »



Nazwa Transylwania (pochodzi od łacińskiego określenia „za lasem”) brzmi bardziej tajemniczo niż Siedmiogród, choć oznacza to samo. To wyżynny teren, otoczony łańcuchem Karpat Wschodnich i Południowych. To tutaj Zakon Krzyżacki na zaproszenie króla węgierskiego Andrzeja II po 1212 roku zbudował swoje pierwsze zamki w środkowej Europie, zanim został stąd wyrzucony i przeniósł się do Polski. To tutaj w średniowieczu osadzali się Niemcy, budując sieć dróg, warownie, miasta i pałace. To samo czynili przybywający z różnych stron Seklerzy i Wołosi. Po nich przyszli Węgrzy. I na koniec Rumuni.


Niemców zostało już niewielu. Większość albo uciekła po II wojnie światowej, albo została... sprzedana przez Nicolae Ceausescu, który za zgodę na wyjazd siedmiogrodzkich Sasów żądał niebotycznych sum od Republiki Federalnej Niemiec. I je otrzymywał. Wyjechała także większość Węgrów w poczuciu krzywdy i utraty swoich kresów wschodnich. Dopiero od niedawna Rumuni są tutaj większością.

Lubił wbijać wrogów na pal


Transylwania kojarzy się jednak przede wszystkim z hrabią Drakulą. Jego postać upowszechnił irlandzki pisarz Bram Stoker. W wydanej w 1897 r. powieści powołał do życia transylwańskiego arystokratę, będącego jednocześnie wampirem. Pisarz oparł się na żywym na terenie Siedmiogrodu micie, związanym z barwną postacią Włada Drakuli, zwanego też Palownikiem (od nabijania wrogów na pal), który żył w XV stuleciu i był hospodarem wołoskim, dowódcą wojskowym w walkach z okupującymi kraj Turkami. Zasłynął także z okrucieństwa.

Victoria Moiceanu, właścicielka hotelu w Predeal: Wielokrotnie widziałam już podchodzące pod nasze miasto niedźwiedzice z małymi. Przyciągają je, oczywiście, miejskie śmietniki.


Przez Siedmiogród przez stulecia przetaczały się wojny. Po Palowniku niewiele pozostało materialnych pamiątek. Dom, w którym przyszedł na świat w Braszowie, wieża zamku w Targovisz-te, który niegdyś do niego należał. Dziś Rumuni pokazują turystom przede wszystkim piękny zamek w Branie, zbudowany na wysokiej skale. Z Drakulą nie ma on nic wspólnego.

Polakom Rumunia, nieodległa przecież (w międzywojniu mieliśmy wspólną granicę) kojarzy się głównie z turystyką z czasów PRL, z wyjazdami do nadmorskich wczasowisk, głównie do Mamai. Siedmiogród, pełen uroczych zamków i starych miast, to kraina praktycznie nieznana. Podobnie jak Karpaty dla polskich górołazów. Powoli przybywa tu hoteli i schronisk, a mimo to góry są wręcz bezludne, pozbawione szlaków, co dziś jest ich wielkim atutem.

W Predeal, najwyżej położonym w Rumunii mieście, otoczonym wysokimi zalesionymi szczytami, każdego dnia można wieczorem i rano usłyszeć charakterystyczne ujadanie psów.

- To znak, że gdzieś w pobliżu są niedźwiedzie - mówi Victoria Moiceanu, właścicielka jednego z hoteli. - Tylko wówczas psy tak specyficznie reagują. Wielokrotnie widziałam już podchodzące pod miasto niedźwiedzice z małymi. Przyciągają je, oczywiście, miejskie śmietniki.

W Karpatach rumuńskich żyje dwie trzecie całej populacji europejskiego niedźwiedzia brunatnego. Jest ich tu ponad 6 tysięcy. Ta liczba chyba najwymowniej świadczy o dzikości tych terenów.

Książę w gumiakach


Rumunia, do której należy większość Siedmiogrodu, okazuje się być krajem bardzo ciekawym, przyjaźnie nastawionymi do przybyszów. Nie brakuje targowisk z ludowymi wyrobami (drobna odzież, ceramika, przedmioty z drewna), a także przepysznymi serami, zwłaszcza owczymi, oraz sprzedawanym spod lady bimbrem, zwanym tutaj cujką lub palinką w zależności od mocy, ale sprzedający nie nagabują klientów. To prawdziwa ulga dla tych, którzy zetknęli się z handlem w wersji arabskiej. Jest tu także nawet dla Polaka naprawdę tanio.

Helga, Saksonka z Viscri: We wsi aż roi się wówczas od kamerzystów i fotoreporterów. Polują oni już do końca pobytu na ciekawe scenki, bo kiedyś księciu towarzyszyła Camilla.


Opuszczając Transylwanię nie sposób nie zajrzeć do Viscri, choć jadąc tam, trzeba skręcić z szosy prowadzącej z Braszo-wa do Sigishoary w miejscowości Dacia w szutrową, pełną dziur, sześciokilometrową drogę. Krajobraz wokół przypomina Nowogródczyznę z jej „polami malowanymi”. Viscri to mała ulicówka u stóp zachwycającego średniowiecznego kościoła warownego, gdzie ma się wrażenie, że czas się zatrzymał. Zabudowana typowymi saskimi parterowymi domami, bez drzwi od frontu, ale za to z bramą prowadzącą na podwórze. W oczy rzuca się długi szereg busów, osobówek i kamperów.

- To dziennikarze, nawet zza granicy - chętnie wyjaśnia Helga, Saksonka, która sprzedaje turystom kolorowe, wykonane własnoręcznie kapcie, rękawiczki i czapki z filcu. Na zimę. - Czekają dzień i noc na księcia Karola - mówi. - Tak, tego z Anglii. Zwykle zjawia się tu na początku lata.

Ze zdumieniem wysłuchuję historii o tym, jak książę Walii, następca brytyjskiego tronu, kilka lat temu, podczas zwiedzania warowni w Viskri, tak się zachwycił okolicą, że nabył tu najpierw jedną niewielką posiadłość, a potem kolejne. Podobno ma zamiar zbudować pensjonat. Nie chce jednak masowego napływu turystów, dlatego ponoć wszedł w układ z miejscowymi władzami i przekonał je, by nie budowały lepszej drogi do Viscri, bo w ten sposób uda się zachować tutejszy krajobraz w nieskalanym stanie.

- Zwykle dużo wcześniej wiemy, że książę przyjedzie - mówi Helga. - Najpierw zjawia się jego ochrona, wynajmują kilka pomieszczeń, potem na polach ląduje helikopter. We wsi aż roi się wówczas od kamerzystów i fotoreporterów. Polują oni już do końca pobytu na ciekawe scenki, bo kiedyś księciu towarzyszyła Camilla. Sama widziałam, jak Karol chodził po polu w dresach i wysokich gumiakach na nogach...

Książę sam się pochwalił kiedyś w rumuńskiej telewizji, że jest spokrewniony z hrabią Drakulą. Podobno jego prababka miał być prawnuczką słynnego „wampira”. Czy to dlatego tak spodobało mu się Viscri?

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.