Nierzetelny bank nękał pana Michała przez siedemnaście lat. Przestał, gdy w obronie dręczonego klienta stanął prokurator

Grażyna Ostropolska 17 czerwca 2016

To historia ku przestrodze! Pokazuje, że w kontaktach z bankowcami powinniśmy być czujni i pilnować, by załatwili naszą sprawę do końca. Trzeba też żądać od banku wyjaśnień na piśmie, bo słowne zapewnienia mogą nas słono kosztować.

Fot.: 123rf


Kłopoty pana Michała zaczęły się latem 1999 r., gdy wpuścił do mieszkania przedstawicielkę firmy „A”, zajmującej się kształceniem na odległość. Elokwentna kobieta namawiała go, by zafundował córce korespondencyjny kurs języka angielskiego. Przekonywała, że kosztów tej inwestycji w dziecko: 2700 zł pan Michał nie poczuje, bo należność będzie spłacał w ratach. Ona da mu do wypełnienia wniosek o bankowy kredyt i jej głowa w tym, by go dostał. Kobieta miała przy sobie przy sobie druk umowy kredytowej z Górnośląskiego Banku Gospodarczego SA. - Proszę nie wypełniać rubryk: „adres”, „liczba osób we wspólnym gospodarstwie domowym” i „dochód miesięczny na jednego członka rodziny” - zażądała.


Pan Michał nie protestował. -Myślałem, że tak trzeba i te dane uzupełnię w dniu podpisania umowy z bankiem - wyjaśniał w prokuraturze. Umowy nie podpisał, bo... - Zadzwoniono do mnie z banku i poinformowano, że pieniędzy nie dostanę, bo nie mam zdolności kredytowej - tłumaczył śledczym. Zdziwił się, gdy kilka miesięcy później bank upomniał się o raty kredytu na językowy kurs. Pomyślał, że to pomyłka, ale bankowcy upierali się, że podpisał umowę i kredyt dostał.

Musieli sfałszować umowę!


- stwierdził i złożył w bydgoskiej komendzie policji zawiadomienie o podrobieniu umowy i jego podpisu oraz wyłudzeniu przez bank pieniędzy na jego szkodę. Sprawa po licznych perturbacjach trafiła do Prokuratury Rejonowej Warszawa Mokotów, która wyjaśniała, czy bank faktycznie dopuścił się nadużyć.

„Przesłuchano pracowników firmy „A”, zajmujących się umowami z rejonu, jednak w oparciu o ich zeznania nie zdołano ustalić, który z nich zajmował się z ramienia firmy umową z Michałem Z.”, czytamy w uzasadnieniu śledztwa, które umorzono „z uwagi na niewykrycie sprawcy fałszerstwa” w marcu 2000 r. Przesądziła o tym opinia biegłego, który, porównując próbki pisma pracowników firmy „A” z kwestionowanym podpisem pana Michała na umowie, nie potrafił wydać miarodajnej opinii, kto tego fałszerstwa dokonał. Przesłuchanie D., która odwiedziła pana Michała w mieszkaniu i namówiła na kosztowny językowy kurs, potwierdziło, że przedstawiciele firmy „A” często stosowali wobec klientów praktykę „zostawiania pustych rubryk w umowie”. Co się dalej działo z bankową umową Michała Z., pani D. nie wie.

Faktem jest, że, według ustaleń śledczych, do fałszerstwa doszło, co nie było dla banku tajemnicą. Pan Michał o sprawie zapomniał, ale ta ożyła 6 lat później.

Chciał wziąć (w 2006 r.) kredyt hipoteczny, ale go nie dostał, bo bank, bazując na sfałszowanej umowie, wpisał go w 2000 r. do krajowego rejestru dłużników. Wykreślenie z tej listy kosztowało pana Michała dużo zdrowia. Liczył, że to kończy sprawę. Nie przewidział, że klient raz wpuszczony w

tryby bankowej machiny


będzie przez nie mielony tak długo, jak się da. Był w szoku, gdy w 2008 r. dostał ostrzegawcze pismo z Getin Noble Banku, który przejął majątek Górnośląskiego Banku Gospodarczego, w tym wierzytelność w kwocie 2700 zł , wynikającą z umowy pana Michała z GBG, zawartą w 1999 r. (tę sfałszowaną), i sprzedał ją firmie windykacyjnej Loyales. Tę informację pan Michał przypłacił udarem. Wysłał do Getin Noble Banku oświadczenie, że nie uznaje tej wierzytelności, powołując się min. na ustalenia prokuratury o sfałszowaniu kredytowej umowy.

Uspokoił się, gdy w sierpniu 2008 r. dostał z GNB pismo z informacją, że skierowanie tej sprawy do windykacji było pomyłką, a umowa o cesji rzekomej wierzytelności, dotyczącej jego kredytu, została wycofana z obiegu. Po siedmiu latach spokoju spadła na niego kolejna

egzekucyjna bomba.


- Skontaktowała się ze mną przedstawicielka firmy windykacyjnej Kruk, informując, że w listopadzie 2014 r. spółka ta nabyła od Getin Noble Banku wierzytelność z mojego kredytu i jeśli nie spłacę 2700 zł długu, mogę się spodziewać egzekucji - relacjonował pan Michał śledczym. Wysłał do banku i windykatora oficjalne pisma z żądaniem wyjaśnień i pytaniem, kto robi taki bałagan i kiedy przestaną go nękać. Dostał odpowiedź, że obie firmy uznają racje panie Michała i nie będą od niego dochodzić żadnych roszczeń. Klient znów bankowi zawierzył. Pochopnie, bo ten kolejny raz zrobił mu psikusa.

W marcu 2015 r. Paweł M., komornik przy Sądzie Rejonowym w Głogowie informuje pana Michała, że zajmuje należną mu od urzędu skarbowego nadpłatę podatku a konto 2700 zł wierzytelności wobec Getin Noble Banku. Komornik powołuje się na

bankowy tytuł egzekucyjny


z 2013 r. Klient wnosi skargę na czynności komornicze, ale zanim sąd ją rozpatrzy komornik (w kwietniu 2015 r.) umarza egzekucję i obciąża pana Michała kosztami postępowania w wysokości 356 zł. Sąd nie chce skarżącego zwolnić z kosztów i oddala jego wniosek o ustanowienie pełnomocnika z urzędu, więc pan Michał daje za wygraną. Wierzy, że umorzenie egzekucji stanowi kres jego problemów, ale rzeczywistość kolejny raz przerasta jego wyobraźnię. W październiku 2015 r. ten sam głogowski komornik, który w kwietniu umorzył egzekucję, wchodzi mu na rentę, powołując się na kolejne postępowanie w tej samej sprawie.

To przelewa czarę goryczy. Pan Michał jest 60-letnim schorowanym rencistą po dwóch udarach, z poważnie rozstrojonymi nerwami, co jak twierdzi, zawdzięcza nierzetelnemu bankowi, który zamiast uporządkować bałagan w swoich dokumentach, od siedemnastu lat go nęka i sprzedaje wyimaginowaną wierzytelność kolejnym windykatorom.

Prosi o pomoc Prokuraturę Bydgoszcz-Południe. Prokurator Magdalena Nowak-Kalinowska wnikliwie bada sprawę i występuje do sądu z pozwem o pozbawienie Getin Noble Banku bankowego tytułu egzekucyjnego wraz z klauzulą wykonalności wobec Michała Z. Uzasadnia to tym, że w świetle prokuratorskich ustaleń Z. nie jest i nigdy nie był wierzycielem tego banku, a jego podpis w umowie o kredyt został podrobiony.

W marcu 2016 r. zapadł

wyrok kończący udrękę


pana Michała. Siedemnastoletnią, co może świadczyć o rozmiarze bałaganu w finansowych instytucjach. - Mając prawomocne sądowe postanowienie pan Z. może się czuć bezpieczny - zauważa Agnieszka Adamska-Okońska, rzeczniczka bydgoskiej prokuratury. Przypomina, że prokurator, poza działalnością karną, świadczy też pomoc w sprawach cywilnych. - Prokuratura jest dla ludzi - akcentuje. - Są prokuratorzy, wyspecjalizowani np. w sprawach gospodarczych i rodzinnych, więc w tych zawiłych, z którymi obywatel sobie nie radzi, mogą występować w jego imieniu z pozwem do sądu. Z wyjątkiem spraw rozwodowych - zaznacza prokurator. Uważa, że historia pana Z. jest pouczająca. - Trzeba żądać od banku i komornika potwierdzenia, że nasza sprawa jest załatwiona do końca - podpowiada Agnieszka Adamska-Okońska.

Adwokat Arkadiusz Pikulik ze sprawami jako żywo przypominającymi historię bohatera naszej publikacji spotyka się dość często: - Są banki, które, nie czekając na pozew o zapłatę za szkodę i krzywdę wyrządzoną klientowi, same naprawiają swój błąd i wypłacają mu pewne kwoty. Pamiętam, że jeden bank zaproponował klientowi 5 tys. zł, a inny - 15 tys. zł. Może to niewiele za nerwy, finansową niewiarygodność czy utratę zdrowia, ale taka postawa dobrze o banku świadczy - dzieli się spostrzeżeniami ze swojej adwokackiej praktyki.

Art. 297 par. 1 Kk stanowi:


„Kto w celu uzyskania od banku kredytu lub podobnego świadczenia pieniężnego na określony cel gospodarczy przedkłada podrobiony, przerobiony, poświadczający nieprawdę nierzetelny dokument albo oświadczenie, mające istotne znaczenie dla uzyskania wsparcia finansowego, instrumentu płatniczego lub zamówienia, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.