Kto napadł, a kto się bronił? Sześć lat więzienia za śmierć

Michał Fudali 17 czerwca 2016

- Przyjmuję wyrok sądu - sześć lat więzienia dla zabójcy mojego męża - z pokorą, ale nigdy się z tym nie pogodzę - mówi pani Małgorzata, wdowa po zabitym w 2014 roku panu Jarosławie. - Na pewno mój pełnomocnik wniesie apelację.

Grób Jarosława K. na tzw. nowym cmentarzu w Chełmży. Oryginalny pomnik wykonali kamieniarze ze Szczecina

Fot.: Michał Fudali


Sąd Okręgowy w Toruniu wydał wyrok w sprawie wydarzeń, do których doszło w Kończewicach 21 września 2014 roku. Wtedy to Wiesław S. śmiertelnie pchnął nożem Jarosława Kalbarczyka. Za ten czyn został skazany na 6 lat więzienia.


Dom w Kończewicach. Pamięć o wydarzeniach sprzed prawie dwóch lat jest bardzo żywa. Warsztat samochodowy, który prowadził pan Jarosław, jest zamknięty. Na podwórku stoją żółta laweta i kilka aut, które prawdopodobnie nigdy nie zostaną naprawione.

- Nasze życie zatrzymało się 21 września - mówi pani Małgorzata. - Nie jestem w stanie sprzedać tych aut. Lawetę wyrejestrowałam. Mam do niej sentyment... Moje życie polega teraz na pracy, prowadzeniu domu i odwiedzaniu cmentarza. I to wszystko. Zostałam z trójką dzieci. Dwie córki są pełnoletnie. Jedna studiuje w Bydgoszczy, druga zdobywa zawód kucharza. Najmłodszy syn chodzi do szkoły podstawowej. Nie jest lekko, bo trzeba zawozić dziecko do szkoły i odbierać je. Gdy jestem w pracy, pomagają mi rodzina i znajomi. Mam też dobrych sąsiadów. Ciągle jeszcze, gdy wychodzę na taras, widzę leżącego męża. Nie pogodzę się z tym nigdy. Sami dochodziliśmy do tego wszystkiego. Dom kupiliśmy w 2011 r. Mąż sam po pracy go remontował...

Pan Jarosław prowadził warsztat samochodowy. Sprowadzał również auta z zagranicy, remontował je i sprzedawał.

- Przyjechał z piątku na sobotę z autami. Nie było go dwa dni - wspomina tragiczny dzień pani Małgorzata. - Najpierw wniósł dwie tony miału do kotłowni. Poszedł się wykąpać. Potem przyszli nasi znajomi. Właściwie to nie miałam wtedy możliwości z mężem porozmawiać...

Pierwszy cios


Wszystko zaczęło się dość niewinnie. Na werandzie z tyłu swojego domu w Kończewicach siedziało małżeństwo K. z grupą znajomych.

pani Małgorzata: Zaczęłam krzyczeć: „Zabiliście mojego męża!”, nie wiedząc, że ta rana jest śmiertelna. Morderca stał na drodze, a potem uciekł.


- Około drugiej w nocy zaszczekał pies - relacjonuje pani Małgorzata. - Poszłam za dom i zobaczyłam trzech mężczyzn wchodzących na moją posesję, która nie była ogrodzona. Zawołałam męża i się wycofałam. Doszło do szarpaniny. Nie wiem, kto zaczął, bo byłam odwrócona. Zaczęłam odciągać męża za koszulkę. Mąż w pewnym momencie puścił jednego z mężczyzn. Ten, który potem ugodził nożem mojego męża, stał z mojej lewej strony i cały czas wykrzykiwał, że go załatwi. Mąż odszedł z powrotem na werandę razem z jedną z moich koleżanek. Ja wróciłam do tych mężczyzn i kazałam im wynosić się z mojego terenu. Jeden z nich pokazał mi zadrapanie na nodze, twierdząc, że ugryzł go mój pies. Miał także pretensje, że mąż podarł mu koszulkę. Powiedziałam, że jutro odkupię mu taką w lumpeksie. Wróciłam na werandę, gdzie była jedna z koleżanek. Mąż zapalił papierosa, był zdenerwowany. Potem wyszedł z werandy przez dom do ogrodu. Wyszłam za nim. Gdy byłam na tarasie, usłyszałam słowa: „Teraz jesteśmy na asfalcie, a nie na twojej posesji”. Gdy doszłam do drzewa (jest na środku ogrodu), zobaczyłam wracającego męża, który trzymał się za szyję i padł. Koleżanka krzyczała, by dzwonić na pogotowie, bo dostał nożem. Zaczęłam krzyczeć: „Zabiliście mojego męża!”, nie wiedząc, że ta rana jest śmiertelna. Morderca stał na drodze, a potem uciekł.

Tak przebieg wydarzeń widzi żona zabitego. Zdaniem Sądu Okręgowego w Toruniu oskarżony stanął w obronie swojego kuzyna.

„21 września, działając z zamiarem ewentualnego pozbawienia życia Jarosława Kalbarczyka, ugodził go nożem składanym w okolice nadobojczykową prawą - powiedział sędzia Piotr Szadkowski podczas ogłaszania wyroku. - Przy czym działanie było wynikiem podjęcia obrony koniecznej, odpierającej bezpośredni bezprawny zamach Jarosława Kalbarczyka na zdrowie Zbigniewa B., której granice oskarżony przekroczył, stosując środki obrony niewspółmierne do niebezpieczeństwa”.

Zdaniem sądu, to atak psów skłonił przejeżdżających w nocy na rowerach mężczyzn do interwencji. Przebiegała ona spokojnie, grzecznie, a spotkała się z niezwykle agresywnym zachowaniem Jarosława Kalbarczyka - aż kilka osób musiało go odciągnąć od tych mężczyzn.

W ocenie sądu wystarczyło przeprosić, załagodzić sytuację, ustalić spotkanie, zaproponować jakieś zadośćuczynienie i sprawa by się zakończyła. Tak, niestety, sprawy się nie potoczyły.

- To znaczy, że każdy, kto rozpoczyna grillowanie na swojej posesji, powinien mieć przy sobie pieniądze, by dać je tym, którzy mogą przyjść z pretensjami? - nie kryje zdziwienia pani Małgorzata.

Sąd uznał, że w drugiej fazie zdarzenia pan Jarosław podszedł do stojących dwóch mężczyzn na asfalcie i zaczął bić Zbigniewa B. W obronie B. stanął oskarżony i wówczas zadał śmiertelny cios.

Będzie apelacja


Pani Małgorzata nie zgadza się z przedstawionym przez sąd przebiegiem zdarzenia i z tym, że całą odpowiedzialnością za wydarzenia tak naprawdę obarcza się jej nieżyjącego męża. Jej zdaniem, sąd w głównej mierze oparł się na zeznaniach trzech mężczyzn, którzy przyszli na jej posesję, odrzucając przebieg wydarzeń przedstawiony przez współuczestników biesiady.

Z argumentami sądu nie zgadza się też prokurator. Oskarżyciel chciał, by Wiesław S. spędził w więzieniu 12 lat.

- Oskarżenie nie jest przekonane do tego, co sąd zechciał nam wyjaśnić, że jednak była to obrona konieczna - powiedziała po ogłoszeniu wyroku prokurator Elżbieta Lipińska. - Podtrzymuję swoją ocenę tych dowodów, że był to atak nieusprawiedliwiony okolicznościami. Będę wnosiła o utrzymanie kwalifikacji zawartej w akcie oskarżenia.

Wyrok nie jest prawomocny. Pani Małgorzata i jej pełnomocnik zapowiadają apelację. - W sądzie były jeszcze wymuszone przez adwokata przeprosiny - dodaje pani Małgorzata. Wiesław S. powiedział, że chciałby przeprosić żonę i jej rodziców. Ja nie przyjmuję takich przeprosin. Nie było widać u niego skruchy.

Z wyroku sądu


„Wiesława S. (sąd, przyp. red.) uznaje za winnego tego, że działając z ewentualnym zamiarem pozbawienia życia Jarosława Kalbarczyka, ugodził go jeden raz nożem składanym w okolice nadobojczykową prawą, czym spowodował ranę kłuto-ciętą o kanale długości 6 centymetrów, która uszkodziła żyłę szyjną wewnętrzna i tętnicę szyjną wspólną, w wyniku czego doszło do krwotoku wewnętrznego i śmierci pokrzywdzonego. Przy czym działanie oskarżonego było wynikiem podjęcia obrony koniecznej”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.