Kobiet w Polsce się nie słucha. Przypomną o sobie w Marszu Godności

Dorota Witt 11 czerwca 2016, aktualizowano: 12-06-2016 17:20

O tym, po co kobietom prawo do aborcji, czy prawa Polek są zagrożone i przeciwko czemu chcą zaprotestować idąc w Marszu Godności mówi ANNA WRÓBLEWSKA-ZAWADZKA, założycielka bydgoskiej Nieformalnej Grupy Inicjatywnej, członkini Antyprzemocowej Sieci Kobiet.

Anna Wróblewska-Zawadzka jest doktorantką na Wydziale Prawa i Administracji UMK. Prowadzi warsztaty z zakresu równych szans kobiet i mężczyzn, przeciwdziałania dyskryminacji, mobbingowi, cyberprzemocy. Działa społecznie

Fot.: Filip Kowalkowski



Kobiety z całego kraju wyjdą za tydzień na warszawskie ulice w Marszu Godności. Przeciwko czemu to protest?
W okolicach Prima Aprilis gruchnęła informacja o rozpoczęciu prac nad projektem ustawy, która ma całkowicie zakazać aborcji. Tego samego dnia wieczorem na portalu społecznościowym zawiązała się grupa „Dziewuchy dziewuchom”. Dziś tę inicjatywę popiera prawie 106 tysięcy członkiń. Szybko powstały też grupy regionalne. W Toruniu takich „wściekłych” kobiet działa już ponad 400, w Bydgoszczy - ponad 300. W realu kobiety zaczęły organizować spontaniczne protesty. Nasza bydgoska demonstracja zgromadziła ponad 500 osób, sprzeciwiających się zmianie obowiązujących przepisów. Podobne demonstracje - na znak solidarności z Polkami - zorganizowano w kilku europejskich miastach: w Londynie, Brukseli, Budapeszcie, Paryżu... Plany wprowadzenia ustawy antyaborcyjnej zadziałały jak zapalnik, bo temat aborcji, praw reprodukcyjnych, świadomego rodzicielstwa dotyczy wszystkich kobiet. Dziewczyny zdały sobie sprawę, że wspólnym doświadczeniem dla wielu z nas jest moment, kiedy z niepokojem czeka się na miesiączkę, bo z jakichś powodów nie jest to dobry czas na bycie mamą. Te, które odetchnęły z ulgą, kiedy dostały okres, nie myślały o pozostałych, ale gdy zaczęto głośno mówić o całkowitym zakazie aborcji i o jego konsekwencjach, obudziła się kobieca solidarność. Zawiązał się Komitet „Ratujmy kobiety”, który przygotował projekt ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie. Podczas tych regionalnych protestów, w czasie zbierania podpisów pod alternatywą dla ustawy antyaborcyjnej, w zwykłych rozmowach z kobietami wybrzmiały kolejne problemy, z którymi borykają się Polki: przemoc domowa, łagodne kary dla gwałcicieli, brak systemowych narzędzi do ścigania ojców, uchylających się od płacenia alimentów, brak edukacji seksualnej, ograniczony dostęp do antykoncepcji... Na co dzień w debacie publicznej głosów tych kobiet nie słychać, bo zwyczajnie nie mają siły przebicia - czasem nie mogą wyjść z domu, by wziąć udział w manifestacji, bo nie mają z kim zostawić dzieci, a czasem nie mają pieniędzy na bilet, by pojechać na protest. Ja sama, gdy przyszło mi włączyć się w organizację protestu w Bydgoszczy, wahałam się: przecież mam tyle prania, zaplanowałam wyjazd na konferencję naukową, a miałam jeszcze spędzić popołudnie z dziećmi.

Kompromis aborcyjny z 1992 r. to restrykcyjne prawo, a jednak właśnie plany zaostrzenia ustawy tak sfrustrowały kobiety. Czy to znaczy, że na ulice wyjdą po to, by powiedzieć, że chcą przerywać ciąże?
Nie chodzi tylko o prawo do aborcji, o prawo do decydowania o sobie. To oczywiście ważne, bo ustawa antyaborcyjna odbiera kobietom podmiotowość: mają urodzić za wszelką cenę, nawet jeśli ciąża pochodzi z gwałtu czy płód jest ciężko i nieodwracalnie uszkodzony i nie ma szans na przeżycie. Niestety, tzw. obrońcy życia milkną po porodzie, losem kobiet i dzieci nikt się nie przejmuje. Obostrzenie prawa pociągnie za sobą wiele konsekwencji. Lekarz w obawie przed więzieniem może się bać podejmować próby ratowania pacjentek, bo ustawa zwalnia go z odpowiedzialności karnej dopiero, gdy życie kobiety jest bezpośrednio zagrożone. Czy to znaczy, że będzie czekał do jakiegoś poważnego krwotoku, gdy jego pacjentka będzie w ciąży pozamacicznej? Spadnie też liczba wykonywanych badań prenatalnych, które przecież nie służą dziś temu, by dać kobiecie pretekst do usunięcia ciąży, ale często temu, by szybko rozpocząć leczenie dziecka. Ważne jest nie tylko to, by kobieta, która nie chce mieć dzieci, mogła ich nie mieć, ale i o to, by ta, która chce zostać matką, mogła nią być. Gdy (dzięki badaniom prenatalnym) kobieta dowiaduje się, że jej dziecko przeżyje kilka godzin, może dobę, powinna mieć prawo godnie ciążę przerwać, ale i godnie pożegnać się z dzieckiem po porodzie - jeśli tego chce. Dziś brakuje opieki nad kobietą w takiej sytuacji, brakuje hospicjów perinatalnych.

Polki boją się „dobrej zmiany”?
Już widać jej efekty. Niedawno obcięto finansowanie centrów koordynujących przesiewowe badania mammograficzne i cytologiczne, choć mamy wysoki wskaźnik umieralności kobiet na raka szyjki macicy. Cofnięto refundację in vitro, nie przyznano rządowej dotacji dla Centrum Praw Kobiet. Dziś daje się rodzicom 500 zł, by... zatrzymać kobiety w domach. Oczywiście, trzeba szanować ich wybory, bo są matki, które mogą i chcą realizować się w życiu rodzinnym, ale trzeba też szanować decyzje tych, które chcą lub muszą pracować zawodowo. I państwo - zamiast narzucać jedyny słuszny model rodziny - powinno wspierać różne wybory kobiet: tworzyć miejsca w żłobkach, przedszkolach, promować zmiany w prawie pracy.




Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 13-08-2016 16:24

    Brak ocen 0 0

    - agrypina594: Godność to coś co mamy ,lub coś co nam zabrano .O godność trzeba walczyć jak nie na ulicy ,to w Sądzie .Nie wolno się bać..........

    Odpowiedz