Spadli z nieba i zajęli most

Paweł Kędzia 10 czerwca 2016

Nad podtoruńskim Kijewem desantowało się ok. 1500 żołnierzy, którzy przylecieli samolotami z trzech różnych kierunków: przez Atlantyk, z Niemiec i Krakowa. Spadochroniarze nie mieli chwili wytchnienia, bo po przegrupowaniu pod osłoną nocy ruszyli odbić z rąk „czerwonych” most przez Wisłę w Toruniu dla amerykańskich wozów. Nasz region był miejscem akcji widowiskowych manewrów „Anakonda”.

Most im. gen. Elżbiety Zawackiej w Toruniu metr po metrze, począwszy od północnego przyczółka, zabezpieczali żołnierze 6. Brygady Powietrznodesantowej z Krakowa, którzy wcześniej wylądowali w Kijewie.

Fot.: Jacek Smarz


Pamiętam, jak lata temu grałem w strzelankę komputerową „Medal of Honor: Airborne”, która prowadziła po historycznych misjach jednej z najsłynniejszych amerykańskich formacji - uwaga - 82. Dywizji Powietrznodestanowej. Tak, tej samej, która obok Polaków z 6. Brygady Powietrznodestanowej i Brytyjczyków z 16. Brygady Powietrznodestanowej została zrzucona nad Kijewem. Z tej gry zapamiętałem scenę, gdy żołnierze przed skokiem motywowali się do walki okrzykiem „Komu armia ufa najbardziej? Spadochroniarzom! Kogo dziewczyny kochają najbardziej? Spadochroniarzy! Kogo naziści boją się najbardziej? Spadochroniarzy!” - i w tym momencie następował skok, który - mogę to powiedzieć bogatszy o doświadczenia z „Anakondy” - nie miał wiele wspólnego z rzeczywistością. Spodziewam się, że przed zrzutem również współcześnie żołnierze mają podobne rytuały.


Tę scenę przypomniałem sobie, gdy jechaliśmy autobusem na miejsce zrzutu. Wojsko przygotowało cztery autokary, które dziennikarze z wszystkich stron świata wypełnili do ostatniego miejsca. Byli m.in. Niemcy, Amerykanie, Brytyjczycy, Białorusini, Turcy, a w klubie Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia, gdzie odbieraliśmy przepustki, spotkać można było również Bogusława Wołoszańskiego. Już w Kijewie roiło się od weteranów, którzy z wypiekami na twarzy i lornetkami w rękach śledzili największą od lat 60 operację wojsk powietrznodesantowych w Polsce.

Skok z 4 tysięcy metrów

Pierwsi spadochroniarze zostali zrzuceni pod Toruniem jeszcze w poniedziałek przed wschodem słońca. 33 żołnierzy Połączonej Grupy Awangardowej wylądowało, żeby zabezpieczyć główny zrzut połączonych sił aliantów. Na spadochronach szybujących opuścili pokład samolotu na wysokości 4 tysięcy metrów.

Główny desant budził uzasadniony podziw. Nad Kijewo Amerykanie lecieli prosto z Fortu Bragg w Północnej Karolinie z tankowaniem nad Atlantykiem. W powietrzu spędzili ponad dobę. Brytyjczycy wyruszyli z bazy Ramstein w Niemczech, a Polacy z Krakowa. Wszystkie siły połączyły się w jedną formację i w takim szyku doleciały do strefy zrzutu. Nad zrzutowiskiem pojawiały się parami. Najpierw słychać było przeraźliwy huk, potem ogromny cienie na łące, które zwiastowały kolejny przelot. Widok boeingów C-17, słynnych herculesów czy wreszcie polskiej casy robił wrażenie.

Z oddali - samoloty leciały na wysokości 400 metrów - bez problemu można było zobaczyć, jak przez otwarte drzwi ładowni wyślizgują się najpierw platformy ze sprzętem, m.in. haubicami i pojazdami, a później żołnierze.

- To dobry dzień dla spadochroniarzy - powiedział dowódca 82. Dywizji Powietrznodesantowej gen. Richie Clark, który wylądował jako pierwszy.

Warunki mają kolosalne znaczenie, bo żołnierze skaczą na spadochronach tzw. małej sterowności - lecą tam, gdzie ich wiatr poniesie.

Publiczności wydawało się, że te 400 metrów to stosunkowo mało. Jednak jak wytłumaczył jeden z żołnierzy, to jest wysokość ćwiczebna. Skoki bojowe odbywają się z niższego pułapu.

Serca widzów zamarły, gdy jednemu ze skoczków nie otworzył się spadochron, wylądował jednak szczęśliwie na zapasowym.

- Czasza nie wypełniła się do końca i zrobił się tzw. kalafior - tłumaczyłkpt. Marcin Gil, rzecznik prasowy 6. Brygady. - Żołnierze są szkoleni, aby radzić sobie w tego typu sytuacjach.

Nie obyło się bez ofiar

Niestety, jeden z żołnierzy zaplątał się w zasobnik i zbyt mocno „przyziemił”. Niezbędna była interwencja służb medycznych.

Konferencję z udziałem dowódców polskich, amerykańskich i gen. Clarke’a zdominował temat rosyjskich obaw w związku z ćwiczeniami.

- Działamy w oparciu o obronny scenariusz ćwiczeń NATO. Wszystko jest też transparentne, dziennikarze mogą oglądać cały desant - mówił dowódca sił USA w Europie, gen. Ben Hodges i podkreślił, że „Anakonda” i „Swift Response” są ćwiczeniami obronnymi i nie powinny budzić zaniepokojenia innych państw. Zresztą scenariusz zakładał, że wrogie siły znajdują się na terenie Skandynawii, a nie Rosji.

- Amerykanie udowodnili, że w ciągu kilkudziesięciu godzin mogą być z nami. To ważny sygnał - podkreślał gen. Marek Tomaszycki, który kieruje ćwiczeniami „Anakonda”. - Jeszcze nie przeprowadzaliśmy takiej operacji w tak dużej skali.

Po desancie żołnierze nie mieli odpoczynku. Musieli się przegrupować i pod osłoną nocy przemaszerować na północny przyczółek Mostu im. gen. Elzbiety Zawackiej w Toruniu, gdzie był zaplanowany kolejny toruński epizod „Anakondy”. Spadochroniarze musieli odbić most z rąk „czerwonych”, w tę rolę wcielili się żołnierze 18 Batalionu Powietrznodesantowego z Bielska Białej.

Manewry na moście budziły duże zainteresowanie mieszkańców. Na platformach widokowych zgromadziły się tłumy - z lornetkami, aparatami i kamerami.

Polacy zaatakowali most o godz. 9.00 zarówno z lądu, jak i z łodzi na Wiśle w sile 400 żołnierzy. Początkowo słabe, wraz z postępem walk coraz silniejsze odgłosy wybuchów i wystrzałów z broni ręcznej zbliżały się coraz bardziej, aż przy jednym z filarów pojawili się żołnierze, a biały dym spowił Wisłę.

Już z bliska na hełmach żołnierzy dostrzec można było „koronę” - elementy elektronicznego systemu, który sygnalizował trafienie. W takim wypadku zneutralizowany żołnierz musiał położyć się płasko i zdjąć hełm.

Po dwóch godzinach zaciętych walk most był zabezpieczony dla przejazdu Amerykanów z 2. Regimentu Kawalerii Strykerów. Był to widowiskowy finał toruńskiej odsłony największej od dekad operacji wojskowej w Polsce.

Pierwszy z wozów pancernych, witany owacjami przez mieszkańców, przywiózł na miejsce gen. Mirosława Różańskiego i gen. Bena Hodgesa.

- Osiągnęliśmy dwa znaczące cele: po pierwsze, chodzi o podniesienie poziomu współpracy pomiędzy sojusznikami, a po drugie, zademonstrowaliśmy zdolności do przemieszczenia się ze Stanów Zjednoczonych do Europy - podkreślił gen. Ben Hodges.

Podczas uściśnięcia dłoni - symbolicznego przekazania mostu Amerykanom - prezydent Torunia Michał Zaleski dał żołnierzom pamiątki, w tym... toruńskie pierniki.

- Spokojnie znieśliśmy utrudnienia wynikające z tych ćwiczeń, a torunianie z radością przyjęli wojska sojusznicze, które zdobywały most - powiedział prezydent Michał Zaleski. - Nasz najnowszy obiekt miejski okazał się bardzo trudny w prowadzeniu operacji wojskowej.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.