Program „500+” zamiast pomóc, staje się nowym źródłem sieroctwa

Piotr Schutta 10 czerwca 2016

Zmieniła się definicja sieroty. W domach dziecka od dawna nie ma dzieci, którym brak rodziców. Rodzice są, ale najczęściej uwikłani w alkohol i narkotyki. Prawda jest banalna i bolesna. Uzależnienia rodziców są główną przyczyną dramatów dzieci, umieszczanych w placówkach opiekuńczo-wychowawczych.

Pracownicy socjalni i wychowawcy domów dziecka znają termin: interwencje weekendowe. To efekt trzydniowych libacji alkoholowych rodziców.

Fot.: Filip Kowalkowski


Bieda przestała być powodem, dla którego dzieci trafiają do placówek opiekuńczo-wychowawczych. Pracownicy domów dziecka zgodnie przyznają, że główną przyczyną dziecięcych dramatów jest alkoholizm rodziców.


Od dwóch tygodni pracownicy socjalni we Włocławku obserwują nowe, przygnębiające zjawisko, związane z rządowym programem „500+”. Wypłaty „pięćsetek” zbiegają się w czasie z libacjami alkoholowymi, po których dzieci umieszczane są w trybie interwencyjnym w placówkach. Otaczający je krąg pijaństwa jest tak wielki, że trudno znaleźć spokrewnioną trzeźwą osobę, która mogłaby choćby tymczasowo podjąć się opieki.

- We wtorek matka czwórki dzieci miała wypłatę, a w czwartek, w Boże Ciało, policjanci musieli ją wyprowadzić w kajdankach. Była pijana i agresywna. Dzieci trafiły do placówki - mówi Piotr Grudziński, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie we Włocławku. Przyznaje, że po ostatnich interwencjach, związanych z „pięćsetkowymi” libacjami, we włocławskich domach dziecka jest nadkomplet. Trzeba szukać miejsc w innych powiatach.

Wszyscy byli pijani


W ubiegłym tygodniu, również we Włocławku, kobieta z trzema promilami (jej konkubent nie był lepszy), ubłagała policjantów, żeby dziećmi zaopiekował się brat. Akcja działa się w nocy. Brat wprawdzie przyjechał trzeźwy, ale już nazajutrz miał 2,5 promila. Ściągnięto więc dziadka. Ten bardzo chciał zabrać wnuki, ale pojawiła się przeszkoda - 1,5 promila. Dyżurny policji musiał podjąć trudną decyzję: dom dziecka.

- Dzisiaj jedna z mam przyprowadziła dziennikarzy, zbulwersowana, że jej dzieci trafiły do placówki. Nie rozumie dlaczego. No dlatego, że była pijana i nie potrafiła dzieciom zapewnić należytej opieki. Zapewniam, że za każdym razem, gdy zagrożone okaże się zdrowie i życie dziecka, tak właśnie będziemy reagować. Będziemy informować sąd rodzinny i zawieszać świadczenia. I to jest chyba największy ból. Potem te osoby przychodzą do nas i proszą o jakieś dodatkowe pieniądze, bo rzekomo nie mają z czego żyć. To pytam: z czego żyły do tej pory? Z dzieci? - nie kryje oburzenia Piotr Grudziński. Kiedy półtora roku temu obejmował stanowisko dyrektora włocławskiego MOPR, na dzień dobry spadła na niego tragedia 3-letniego Marcela, którego konkubent matki pobił na śmierć. Dziecko zmarło w szpitalu.

Krzysztof Jankowski, dyrektor BZPOW: Żaden sąd nie ograniczy rodzicowi w trakcie leczenia szpitalnego praw do opieki, więc dziecko grzęźnie na długo w ośrodku interwencyjnym.


- Przemoc to dzisiaj jeden z częstych powodów umieszczania dzieci w placówkach. Nawet czteroletnie maluchy, kiedy nabiorą już do nas zaufania, potrafią opowiadać, jak mama rzucała nimi o ścianę, kiedy się upiła. Wszystkie ostatnie interwencje, po których dzieci trafiały do nas, związane były z alkoholem. Przerażające jest to, że w dużej części przypadków nie był to pierwszy raz. Rodzice już wcześniej otrzymywali pomoc i ostrzegaliśmy ich, czym to się może skończyć - mówi Dorota Wilczura, dyrektorka placówki opiekuńczo-wychowawczej „Maluch” we Włocławku. Mimo że prowadzony przez nią dom dziecka nie pełni oficjalnie funkcji typowo interwencyjnej, aż 99 procent przyjęć ma charakter nagły.

- Na naszym terenie też niedawno doszło do takiej sytuacji, że po odebraniu pierwszych pieniążków z „500+” rodzice zrobili taką imprezę, iż dzieci trafiły do domu dziecka i ciągle w nim są. W najbliższym czasie spodziewamy się właśnie z takiego powodu nawału pracy. Limity przyjęć mamy od dawna przekroczone - mówi Romuald Jaskólski, dyrektor inowrocławskiego Ośrodka Wsparcia Dziecka i Rodziny.

Obowiązująca od pięciu lat ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej wymusza na instytucjach opiekuńczo-wychowawczych i pomocy społecznej pracę u podstaw z rodzinami niewydolnymi wychowawczo. Zanim dziecko trafi do placówki, robi się wszystko, żeby pomóc dorosłym. Nad problemami rodziców pochyla się kurator, częs-tym gościem staje się asystent rodziny. Pojawiają się propozycje terapii, jest zachęta do podjęcia pracy. Pracownicy domów dziecka, mający kontakt z rodzicami swoich podopiecznych, przyznają jednak, że z tej ustawowej pomocy niewiele wynika. Rodzice bardzo rzadko decydują się na leczenie i „cierpią” na wrodzoną niechęć do aktywności zawodowej.

Otrzeźwienie przychodzi rzadko


- Tylko dla niektórych fakt odebrania dziecka jest tak dużym szokiem, że podejmują z nami współpracę. Idą na leczenie i po otrzeźwieniu udaje im się na tyle poprawić warunki, że dzieci mogą wrócić do domu - nie ukrywa Romuald Jaskólski. Jego doświadczenie zawodowe obejmuje ponad 30 lat pracy w środowiskach „niewydolnych wychowawczo”. Za tym terminem, jak przyznaje Jaskólski, przeważnie kryje się alkoholizm i cały zbiór czynników towarzyszących, z przemocą włącznie.

- W ponad 90 procentach rodzin, z którymi mam do czynienia, przynajmniej jedno z rodziców nadużywa alkoholu - szacuje.

- Kiedyś w grę wchodziła bieda. Dzisiaj są to głównie uzależnienia - potwierdza Krzysztof Jankowski, kierujący Bydgoskim Zespołem Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych. Zaznacza, że niepokojąco rośnie w ostatnich latach liczba dzieci, które trafiają do placówek z powodu chorób psychicznych rodziców. - Sytuacja takiego dziecka jest problematyczna. Żaden sąd nie ograniczy rodzicowi w trakcie leczenia szpitalnego praw do opieki, więc dziecko grzęźnie na długo w ośrodku interwencyjnym i nie możemy szukać dla niego żadnej alternatywnej formy opieki, choćby rodzinnego domu dziecka czy rodziny zastępczej - dodaje Jankowski.

Plagą ostatnich lat stały się też porzucenia dzieci z powodu emigracji zarobkowej rodziców.

- Zostawiają dzieci babciom, ciotkom, znajomym. Mieli się kontaktować, przysyłać pieniądze i odwiedzać co miesiąc. Tymczasem pieniędzy nie ma, wyjazd się przeciąga do kilku lat. W końcu opiekunowie zawiadamiają służby socjalne i kończy się to umieszczeniem w domu dziecka - mówią pracownicy placówek opiekuńczych.

Połowa dzieci z interwencji nie wraca już do domów rodzinnych.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.