Pierwszy mecz - otwarcia, drugi - o wszystko, trzeci - o honor... Nie zawsze tak Polacy grali

Krzysztof Błażejewski 10 czerwca 2016

Trzeci raz z rzędu polska drużyna piłkarska zagra w finałach mistrzostw Europy, do których bram daremnie pukaliśmy przez pół wieku, pomimo że sukcesów w innych turniejach nie brakowało.

Tak rozpoczął się mecz Polska - Argentyna w 1974 roku na mistrzostwach świata. Grzegorz Lato strzela pierwszą bramkę.

Fot.: bundesarchiv


Wwielkich turniejach piłkarskich Polska pokazała się po raz pierwszy już w 1924 roku, na igrzyskach olimpijskich w Paryżu. W międzywojniu piłkę na olimpiadach traktowano inaczej niż dziś - całkiem na poważnie. Turnieje olimpijskie wygrywali mistrzowie świata - Urugwajczycy i Włosi.


Polscy piłkarze w Paryżu niewiele jeszcze wiedzieli o umiejętnościach i grze rywali. Ulegli bratankom znad Dunaju w pierwszym spotkaniu aż 0:5 i wylecieli z turnieju. Dwanaście lat później, w Berlinie, byliśmy rewelacją turnieju. Najpierw zrewanżowaliśmy się Madziarom, pokonując ich 3:0, potem wygraliśmy z amatorami z Wysp Brytyjskich 5:4, by w półfinale ulec bardzo silnej Austrii 1:3, a w meczu o brąz Norwegii 2:3, zajmując ostatecznie czwarte miejsce.

Dwa lata później narodowa jedenastka sprawiła jeszcze przyjemniejszą niespodziankę. Po wyeliminowaniu Jugosławii pojechała na pierwszy polski finał mistrzostw świata do Francji! Tam jednak już w pierwszym spotkaniu (obowiązywał system pucharowy) trafiła na Brazylię, której uległa w Strasburgu po niezwykle emocjonującym spotkaniu i po dogrywce 5:6 (cztery gole Ernesta Wilimowskiego).

Mecz z 1938 roku na długie lata stał się legendą, punktem odniesienia poziomu polskiego piłkarstwa, szczytowym sukcesem. Tak się bowiem złożyło, że przez wiele kolejnych powojennych lat reprezentacji nie udało się zakwalifikować do żadnego z wielkich turniejów, mimo iż doszła kolejna impreza - mistrzostwa Europy. Zachód wprowadzał zawodowstwo, budował silne kluby, futbol docierał w najdalsze zakątki globu, a my kisiliśmy się we własnym sosie, choć tak naprawdę to niewiele brakowało, by Orły wystąpiły w MŚ w 1958 roku w Szwecji (przegrana w barażu o awans z ZSRR w Lipsku 0:2), czy cztery lata później w Chile (w dwumeczu o awans 1:2 i 1:1 z Jugosławią).

Jan Ciszewski, podczas meczu Polska-Wegry na igrzyskach w 1972 r.: I co ja mam państwu powiedzieć? Pięćdziesiąt lat czekało polskie piłkarstwo na taką chwilę...


„Biało-czerwonym” pozostały turnieje olimpijskie, mimo iż straciły dawną rangę. Tylko kraje socjalistyczne wysyłały na nie swoje pierwsze reprezentacje, jednocześnie skrzętnie pilnując, by najsilniejsze piłkarsko kraje mogły wystawiać wyłącznie ekipy składające się z amatorów. Tylko temu zawdzięczać trzeba, że „Biało-czerwoni” zagrali na olimpiadzie w Rzymie (w ekipie był Marian Norkow-ski, wychowanek toruńskiego Pomorza-nina i gracz bydgoskiej Polonii), gdzie jednak nie wyszli z grupy.

Pierwsze i jedyne polskie złoto


Na kolejne igrzyska Polacy pojechali w 1972 roku dzięki... Hiszpanowi San-tillanie. To on praktycznie w pojedynkę „rozmontował” obronę Bułgarów, doprowadzając do remisu 3:3 i sprawił, że w przegranych praktycznie przez Orły, występujące już pod wodzą Kazimierza Górskiego, eliminacjach, role się odwróciły.

Z tego daru losu Polacy skorzystali! W finałach igrzysk rozgrywanych w RFN pokonali kolejno Kolumbię 5:1, Ghanę 4:0 i NRD 2:1, a potem, w półfinałowej grupie po rozgromieniu Maroka 5:0 i remisie z Danią 1:1 wygrali z ZSRR 2:1 w meczu, który został pierwotnie odwołany na wieść o tragicznej strzelaninie w wiosce olimpijskiej w Monachium. Gdy do spotkania jednak doszło, przy prowadzeniu piłkarzy z Kraju Rad 1:0, kiedy już wszyscy pogodzili się z kolejną przegraną, już pod koniec gry na boisku pojawił się rezerwowy Zygfryd Szołtysik. „Mały” odmienił przebieg tego meczu i głównie za jego sprawą wygraliśmy 2:1, by w finale po dwóch golach Kazimierza Deyny pokonać Węgrów także 2:1. „I co ja mam państwu powiedzieć? - łamał się głos telewizyjnego sprawozdawcy Jana Ciszewskiego. - Pięćdziesiąt lat czekało polskie piłkarstwo na taką chwilę...”.

Nikt nie przypuszczał wówczas, że to złoto okaże się tylko preludium do największego sukcesu polskiej piłki - brązowego medalu na mistrzostwach świata w Niemczech w 1974 roku. Awans do turnieju finałowego Polacy zdobyli dzięki niesamowitemu meczowi na Wembley z Anglią i remisowi 1:1. Na boiska w RFN wnieśli powiew świeżości, gromiąc m.in. Włochów 2:1 i Argentyńczyków 3:2. Do dziś obserwatorzy turnieju zastanawiają się, czy gdyby mecz nie był rozgrywany na mokrej murawie pełnej kałuż, „Biało-czerwoni” nie wyszliby z niego zwycięsko? Ale i tak po meczu o brąz z Brazylią (1:0) kibice nosili piłkarzy na rękach.

Potem były jeszcze trzy turnieje z Polakami w rolach głównych: w Montrealu, gdzie na kolejnych igrzyskach trzeba było zadowolić się srebrem po przegranej w finale z NRD 1:2, na mundialu w Argentynie w 1978, gdzie drużyna Jacka Gmocha była blisko strefy medalowej i w Hiszpanii w 1982 roku, kiedy pod trenerską ręką Antoniego Piechniczka „Biało-czerwoni” sięgnęli ponownie po trzecie miejsce, wygrywając 3:2 z Francją w decydującej potyczce o brąz.

W 1986 roku, po nieudanym meksykańskim mundialu (wyszliśmy z grupy, by polec z Brazylią w 1/16 bezdyskusyjnie 0:4) pożegnaliśmy się na jakiś czas z wielkimi piłkarskimi imprezami, jeśli nie liczyć srebrnego medalu reprezentacji młodzieżowej na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku. Dopiero powiększenie liczby uczestników kolejnych turniejów sprawiło, że Polacy od czasu do czasu kwalifikowali się do finałów. Najpierw, w 2002 r. (trener Jerzy Engel) i 2006 r. (trener Paweł Janas) do mundiali w Korei i Japonii oraz w Niemczech. W obu przypadkach, pomimo nadmuchanego balona oczekiwań, nie udało się jednak wyjść z grupy. To wtedy zrodziło się powiedzenie, że na wielkich imprezach scenariusz jest stały: gramy pierwszy mecz otwarcia, drugi o wszystko, a trzeci - już tylko o honor.

W 2008 roku Polska zagrała pierwszy raz w finałach mistrzostw Europy! Po 48 latach starań... Drużyna prowadzona przez Leo Beenhakkera miała choćby wyjść z grupy, a tymczasem zaprezentowała się równie słabo, co w dwóch poprzednich mundialach. W 2012 roku w kolejnym Euro zagrać musieliśmy, bo byliśmy ich organizatorami. Z tej racji, dzięki rozstawieniu, trafiliśmy do eliminacyjnej grupy marzeń: z Rosją, Czechami i Grecją. I nawet na własnych stadionach nie daliśmy rady wyjść z grupy...

Trzeci raz w finałach Euro Polska zagra na boiskach we Francji. Jak będzie tym razem?

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.