„Euro” po drabince

Michał Żurowski 10 czerwca 2016

Jeśli nie teraz, w rozpoczynającym się dziś turnieju „Euro 2016”, to kiedy? Jeśli nie oni: Glik, Krychowiak, Lewandowski i spółka - to kto? Tylko oni. Właśnie teraz.

Robert Lewandowski wraz z kolegami w La Baule, gdzie nasza reprezentacja będzie stacjonowała podczas piłkarskich mistrzostw Europy.

Fot.: Bartek Syta /Polska Press


Na nic trud Holendrów i Litwinów, w ostatniej chwili starających się przekłuć nadmuchany - nadmiernie, jak to w Polsce - balon oczekiwań. Na nic nauczki z poprzednich turniejów. Za nami bardzo udane eliminacje. Nawałka ma piłkarzy grających w najlepszych klubach wielkich lig, wśród nich także gwiazdy. „Euro” pierwszy raz z udziałem aż 24 drużyn, co nawet z 3. miejsca w grupie może dać awans do 1/16 finału. To się po prostu musi udać!


Wprawdzie Polacy nie wygrali dotąd na ME ani jednego meczu, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Niby jesteśmy w rankingu FIFA niżej niż wszyscy grupowi rywale, ale skoro umieliśmy wygrać z Niemcami, to i damy radę Irlandii Północnej. Sparingi? Przecież nasi byli po zgrupowaniu i grali najpierw bez Krychowiaka, a potem bez Lewandowskiego! Kiedy zagrają w komplecie i bez kamuflażu - drżyj Europo!

A tak poważnie - bez pychy, ale i bez kompleksów - zespół Nawałki może osiągnąć miejsce

w czołowej ósemce.


Teoretycznie. Spyta ktoś nie bez ironii: a jak autor tego epokowego odkrycia dokonał? Ano używając prostego urządzenia - drabinki. Turniejowej. To taki diagram do wpisywania spotkań w grupach, ustalania kolejności, kolejnych par, by eliminując słabszych i awansując lepszych, wspinać się przez 1/8 finału, ćwierćfinały, półfinały aż do ostatniego meczu o mis-trzostwo. Fajna zabawa, ale... ryzykowna. Wystarczą, jak to w sporcie, dwie - trzy niespodzianki, by zespoły wyszły z grup na nieco innych miejscach (albo nie wyszły) i drabinka wali się do góry nogami.

Jeśli więc okazałoby się np., że obrazki ze sparingów, to nie była żadna ściema, lecz faktyczny poziom tej reprezentacji, może być tak: wymęczony remis z Irlandczykami, w łeb od Niemców, minimalna porażka z Ukrainą i koniec wycieczki. Ewentualnie 3. miejsce, co skaże naszych na grę w 1/8 z jednym z faworytów i... też koniec. Tyle, że jedną stację dalej.

Załóżmy jednak, że turniej potoczy się „po bożemu”, bez niespodzianek. Także tych przykrych dla nas...

Michał Żurowski: W ćwierćfinałach zagrają następujące pary: Hiszpania - Polska (lub Ukraina), Anglia -- Włochy, Francja - Słowacja (lub Austria) i Niemcy - Belgia.


W niedzielę mecz, od którego zależy najwięcej, bo ustawi dalszy scenariusz - z Irlandią Płn. To prawda, że wygrała grupę eliminacyjną, jednak bodaj najsłabszą w Europie. To fakt, że traci mało goli, ale i niewiele strzela. Kto widział przed tygodniem jej mecz ze Słowacją, wie, że groźna jest tylko w stałych fragmentach gry. Kto zna miejsca pracy jej piłkarzy, uzna, iż mamy lepszych. Chyba, że właściciele Bayernu, Borussi, Sevilli, czy Ajaxu są idiotami, płacąc sporo Lewandowskiemu, Piszczkowi, Krycho-wiakowi i Milikowi, zamiast odkupić filary Irlandczyków z nizin Premier League i od średniaków ligi szkockiej. Bitwę na łokcie i golenie wygramy 1:0. Dalej Niemcy - słabsi niż zwykle, wystarczająco skuteczni na naszych w ataku, jednak na szczęście dziurawi w obronie - remis 2:2. No i ostatnia zagadka: Ukraina. Jeszcze pół roku temu grała nudną, nieefektywną piłkę. Ostatnio jednak w sparingach odpaliła - wprawdzie z tyłu nie była szczelna, ale z przodu imponowała polotem i skutecznością Konoplianki, Jarmolenki czy Zozulyi. No, ale skoro sparingami mamy się nie przejmować, a dalszy ciąg tej optymistycznej bajki football fiction ma mieć sens, niech będzie: wygramy 2:1. Awansujemy z 2. lokaty. Bezcennej, bo raz, że nie będziemy się oglądać na inne trzecie drużyny w swoich grupach, a dwa - w 1/8 może czekać Szwajcaria. Solidna, ale do ogrania. Dopiero w ćwierćfinale hiszpańskie schody okażą się za wysokie. Alcantara i Busquets odetną od podań „Lewego”. Nękany przez Moratę Glik sam nie załata wszystkich dziur, do walki w powietrzu włączą się stoperzy wroga - Ramos i Pique, a Iniesta, Fabregas i Silva wchodzić będą z głębi pola w naszą „szesnastkę”, jak w masło. Takiej nawałnicy biało-czerwoni nie wytrzymają. I tu

piękna bajka się kończy.


Tyle, że to jedynie jej polska wersja. Z nami czy bez nas „Euro 2016” zapowiada się pasjonująco. Przede wszystkim dlatego, że nie ma zdecydowanego faworyta. Choćby takiego jak cztery lata temu Hiszpania. Także dlatego, że „dyżurni” faworyci niemal wszystkich dużych imprez - Niemcy, wydają się słabsi niż zwykle. I dlatego też, że z kryzysu pozbierali się Francuzi i przed własną publicznością są typowani do gry w finale, a gdzieś blisko tej wielkiej trójki czai się cudowna generacja Belgów, której nie wypada nawet nazywać „czarnym koniem”, bo wygrać może z każdym. Jest głodna sukcesu Anglia, nieobliczalna Chorwacja, są zwykle gotowi na długi turniejowy marsz Włosi i Czesi, są zespoły mające w składzie zawodników wybitnych, ale jako całość niebudzące zaufania: Portugalia z Ronaldo, Szwecja z Ibrahimovi-ciem, Walia z Bale’em. I nowicjusze - Islandczycy, Albańczycy… - którym wielką karierę trudno wróżyć, ale punkty pogubione z nimi mogą faworytów wiele kosztować. Wróćmy do drabinki…

W ćwierćfinałach zagrają następujące pary: Hiszpania - Polska (lub Ukraina), Anglia - Włochy, Francja - Słowacja (lub Austria) i Niemcy - Belgia. Obrońcy mistrzowskiego tytułu i gospodarze awansują bez problemów. Niemcy nie powstrzymają zabójczego tercetu Belgów: Hazard - De Bruyne - Lukaku. Najbardziej zacięty mecz rozegrają w tej fazie Anglicy z Włochami, ale pod koniec starsi panowie w obronie Italii - Chiellini i Barzagli nie nadążą za szybkonogim Kane’em, którego podanie otworzy Vardy’emu drogę do bramki Buffona. Zatem

półfinały palce lizać!


Hiszpania - Anglia i Francja - Belgia. W pierwszym górę weźmie doświadczenie i dłuższa ławka podopiecznych Vincente del Bosque. W drugim Lloris w bramce gospodarzy kilka razy uratuje im skórę, a para Griezmann - Giroud wykorzysta brak szefa obrony Belgów - Kompany’ego - i w ten sposób dojdzie do powtórki finału ME z roku 1984 Hiszpania - Francja. A w nim...

Wszystko możliwe, więc w tym miejscu dość wróżenia z fusów. Wszak tylu Polaków zna się na piłce (tak jak na polityce czy medycynie), że każdy i tę bajkę może dokończyć po swojemu. Dobrej zabawy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.