Dzikie zwierzęta w miejskiej dżungli

Małgorzata Oberlan 3 czerwca 2016

Skąd przychodzą, dlaczego nas odwiedzają i dokąd trafiają? Dzikusów w miastach jest już tyle, że problemem stało się nie tylko ich odławianie, ale i lokowanie w ośrodkach rehabilitacji dzikich zwierząt - tych jest po prostu niewiele, a cały interes kosztuje. - Jako ludzie stanęliśmy przed prawdziwym wyzwaniem - nie kryje Piotr Twardowski z ośrodka rehabilitacji ptaków chronionych w Dębniakach pod Włocławkiem.

Tę sarnę 19 maja w Toruniu przy ul. Jasnej odłowili strażnicy z Ekopatrolu. Zwierzę przekazali Animal Patrolowi w Bydgoszczy, który zabrał je do swego ośrodka

Fot.: Sławomir Kowalski


Kontuzjowane bociany, krukowate po wypadkach komunikacyjnych (tak, tak! często zderzają się z samochodami), skołowane drapieżniki... Rocznie do ośrodka rehabilitacji ptaków przy Gostynińsko-Włocławskim Parku Krajobrazowym we wsi Dębniaki trafia grubo ponad sto sztuk. A jeszcze kilka lat temu było ich o połowę mniej...

Połowa wraca do natury


- Skąd się biorą u mnie ptaki? Ludzie dzwonią i proszą, by je zabrać albo sami je dowożą, nawet z Torunia czy Bydgoszczy. Przywożą strażnicy miejscy, gminni, a bywało nawet, że policjanci - wylicza Piotr Twardowski, strażnik w parku krajobrazowym, prowadzący ośrodek dla ptaków (jednoosobowo). - Generalnie, przyjmuję ptaki chronione niełowne. To znaczy, że np. kaczek krzyżówek czy bażantów nie zapraszam.


Przez ośrodek, który najpierw ponad 20 lat działał na włocławskim Michelinie, a od dwóch lat siedzibę ma we wsi Dębniaki, przeszły już tysiące ptaszorów i ptaszków. Sowy, żurawie, bociany, łabędzie (te szczególnie zimą), gołębie, krukowate, wszystkie gatunki mew, jastrzębie... Wydaje się, że łatwiej wymienić, które gatunki do ośrodka nie trafiają, ale to złudzenie laika. - Spośród kilkuset mam pozwolenie na przyjęcie kilkudziesięciu - zastrzega Piotr Twardowski.

Ośrodek jest jedynym takim w województwie kujawsko-pomorskim i jednym z nielicznych w kraju. Finansuje go w 80 procentach Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, a w pozostałych 20 proc. - park krajobrazowy, czyli marszałek województwa. Kosztuje karma dla ptaków, woliery i inny sprzęt, leczenie, paliwo do samochodu i nie tylko.

- Połowę ptaków udaje mi się przywrócić naturze. Pozostałe sztuki, niestety, padają w trakcie leczenia albo poddawane są eutanazji przez weterynarza - mówi Piotr Twardowski. - W ośrodku mam też jednak trochę rezydentów, czyli ptaków, które mimo moich usilnych starań, nie zamierzają się ze mną rozstawać. To na przykład cztery bociany i kilka gawronów. Nie chcą odlecieć, ciągle wracają.

Z panem Piotrem o fascynującym ptasim świecie rozmawiać można godzinami. To jego pasja, a nie tylko zawodowe obowiązki. Czynione przez niego obserwacje zbieżne są z twierdzeniami coraz szerszego grona naukowców, mówiącego o „miejskiej ewolucji” dzikich zwierząt z ptakami na czele.

Aby przekrzyczeć miejski zgiełk


Miasta się rozrastają i gęste zabudowy zabierają zwierzętom kolejne tereny. Ptaki fenomenalnie potrafią się przystosować do nowych warunków.

- W trakcie tej miejskiej ewolucji pojawił się np. kos miejski, który już nie odlatuje na zimę jak dziki kos. Kopciuszki (małe ptaki wędrowne z rodziny muchołówkowatych) z terenów górskich przeniosły się do miast, anektując szczyty wysokich budynków. Swobodnie wkraczają też do nas kwiczoły (ptaki z rodziny drozdów), wijące gniazda już nie tylko na drzewach w parkach, ale i na cmentarzach - wylicza Piotr Twardowski.

Kolejny element miejskiej ewolucji ptactwa to... zmiany wokalne. Miejski hałas spowodował, że niektóre ptaki porozumiewają się głośniej albo dobierając wyższe tony. A obecność wysokiej zabudowy - że w innej częstotliwości artykułują dźwięki, mając na uwadze ich odbijanie się.

[quote=Renata Nowicka, Animal Patrol]Ludzie zwykle oczekują od nas, że dziki natychmiast odłowimy i wywieziemy. Tymczasem często wystarczy poczekać, bo dziki jak przyszły, tak odejdą.[/quote

Ale, rzecz jasna, nie wszystkie ptasie gatunki dostosowały się wielkomiejskiego środowiska. Zimą masowo giną w miastach jemiołuszki, nie potrafiące ocenić prędkości większej niż 60 km/h. Żywota dokonują pod kołami samochodów. Ptaki przybywające z pól i lasów nie pojmują też, jak działać mają ustawione przez ludzi przy drogach ekrany, często oklejone sylwetkami drapieżników. Giną zderzając się z przezroczystymi planszami.

Daj zwierzęciu szansę!


- W miastach na obecność dzikich ptaków musimy być przygotowani. Jeśli leży nam na sercu ich los, postępujmy mądrze. Zabiedzony, wypłoszony bidul, siedzący gdzieś na skwerze, niekoniecznie wymaga ludzkiej interwencji. To najprawdopodobniej tak zwany podlot, czyli ptak, który świeżo opuścił gniazdo i uczy się latać. Takiego szpaka czy kawkę lepiej zostawić w spokoju, poradzi sobie. Ewentualnie - przenieść np. na murek, jeśli siadł na środku ulicy czy chodnika. Pomocy podlot wymaga wtedy, gdy jest pokaleczony czy ranny - podkreśla Piotr Twardowski.

O szanse dla dzikusów apeluje też Renata Nowicka, lekarz weterynarz z bydgoskiego Animal Patrolu. Wraz z Maciejem Krzywdzińskim prowadzi ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt w Olimpinie, w gminie Nowa Wieś Wielka.

- Często, na przykład w przypadku dzików, oczekiwanie społeczne jest takie, że patrol przyjedzie, odłowi i wywiezie zwierzęta. Tymczasem w niejednym przypadku taka interwencja jest niepotrzebna, bo dziki z miejskiego zaułka odejdą, jak przyszły, po kilku godzinach czy dobie - mówi Renata Nowicka.

Do ośrodka w Olimpinie trafiają dzikusy praktycznie z całego województwa: z Bydgoszczy, Torunia, Solca Kujawskiego, Koronowa, Brodnicy, Jabłonowa Pomorskiego. W naszym regionie to jedyny tego typu ośrodek.

- Mieliśmy u siebie już pełen przekrój dzikich zwierząt: od jeży, srok i kawek po sarny i dziki. Obserwujemy od lat, że wzrasta świadomość ludzi i samorządów. Jest więcej współpracy, zrozumienia dla nasilającego się problemu, a co za tym idzie - więcej zaufania do służb zajmujących się zwierzętami. Jeszcze dekadę temu przeciętny mieszkaniec naszego województwa naprawdę nie miał bladego pojęcia, co zrobić, natykając się w mieście na dzikie zwierzę. I nie była to jego wina - zaznacza Renata Nowicka.

„Halo, mam w domu jelonka”


Identyczne obserwacje ma Wojciech Swinarski ze Straży Miejskiej w Toruniu, czuwający nad pracą Ekopatrolu.

- Pamiętam, jak kilka lat temu zadzwonił do nas mężczyzna. „Halo, mam w mieszkaniu jelonka. Znalazłem go w lesie, był opuszczony i chyba chory, dlatego wziąłem go do siebie” - zgłaszał, bo nie miał pomysłu na ciąg dalszy tej historii. Oczywiście, torunianin chciał dobrze, tylko był nieświadomy wielu spraw. Także i tego, że przetrzymywanie w domu dzikich zwierząt to łamanie prawa. Dziś torunianie już się tak nie zachowują. Wiedzą, gdzie dzwonić; kogo prosić o interwencję - podkreśla Wojciech Swinarski.

Ekopatrol w Toruniu działa inaczej niż Animal Patrol w Bydgoszczy. W przypadku dzikich zwierząt jego zadaniem jest zabezpieczenie stworzenia i przekazanie w stosowne ręce. Ponieważ w okolicach Torunia nie ma żadnego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt, duże dzikusy (sarny, dziki etc.) trafiają do wspomnianego wcześniej Olimpina. Oczywiście, gmina za to płaci, zgodnie z podpisaną umową.

- My zajmujemy się drobniejszymi zwierzętami. Ponad 80 procent naszych interwencji dotyczy ptactwa, od zwykłych gołębi, przez kaczki z młodymi po pustułki. Pomocni okazujemy się jednak też w przypadku lisów czy jeży, dość często wymagających pomocy weterynaryjnej - objaśnia Wojciech Swinarski. - Dzikie ptaki najczęściej kierujemy do ośrodka pod Włocławkiem. Niestety, zdarzają się sytuacje, że tak w przypadku ptaków, jak i innych zwierząt weterynarz musi przeprowadzić eutanazję.

To wszystko kosztuje...


Tylko w ostatnim miesiącu toruński Ekopatrol podejmował interwencje w związku z: gniazdem pszczół, jelonkiem uwięzionym w ogrodzeniu domu przy ul. Jasnej, chorą sikorką przy ul. Żwirki i Wigury, zbiegłym koniem przy ul. Andersa, kaczką krzyżowką z 8 pisklętami w pustym basenie przy ul. Gagarina, kolejną taką kaczką z 11 pisklętami przy ul. Owsianej, ranną pustułką i lisem przy ul. Żółkiewskiego. Ufff...

- W tym roku po raz pierwszy na pracę Ekopatrolu został wyodrębniony osobny budżet. Cieszy nas to, bez pieniędzy skuteczne interweniowanie nie ma racji bytu. Kosztuje wszystko: leczenie, pobyt zwierzęcia w ośrodku, zabiegi eutanazji, sprzęt, transport itd. - wylicza Wojciech Swinarski. Dodajmy, że w toruńskiej Straży Miejskiej pełni funkcje naczelnika wydziału dzielnicowych. Ekopatrol w dużej mierze powstał z jego inicjatywy. Pomysł pojawił się około roku 2012 i był odpowiedzią na rosnącą wówczas liczbę zgłoszeń od torunian, dotyczących ekologii (śmieci, składowiska, palenie byle czym). Formalnie Ekopatrol powołany został do życia we wrześniu 2012 roku, ale tak naprawdę zaczął działać na całego w kwietniu roku następnego. A to dlatego, że dopiero wówczas doczekał się samochodu (fiata doblo), specjalnych klatek i chwytaków.

- Dziś toruński Ekopatrol to sześć osób (licząc ze mną), ciągle się dokształcających. Naszą perełką jest strażniczka po ochronie środowiska, która dodatkowo zyskała kwalifikacje technika weterynarza. Patrole są dwuosobowe, pracują w trybie dwuzmianowym. Przydałyby się nierzadko interwencje nocne, ale... Cóż, znów wracamy do kosztów - kończy Wojciech Swinarski.

„Nie” mówią toruńscy strażnicy ludziom spoza miasta, z ościennych gmin, wzywających w sprawie dzikich zwierząt. Odmawiają, bo do interwencji poza granicami Torunia nie uprawniają ich ani przepisy, ani jakiekolwiek zawarte umowy. W całym kraju problem mają te gminy, które nie mają straży gminnych ani zawartych porozumień z innymi służbami czy ośrodkami. Próby zrzucania odpowiedzialności na koła łowieckie kończą się różnie. Generalnie, wykładnia przepisów jest jasna: za dzikusy w gminie odpowiada gmina, a nie związek łowiecki. Po poselskich interpelacjach w 2013 roku stosowną interpretację prawa przedstawiło Ministerstwo Ochrony Środowiska.

Skazani na lisy, kuny, dziki


Miasta są cieplejsze niż leśne i polne tereny. W miastach jest więcej jedzenia. Wreszcie, rozrastające się miasta zabrały dzikusom miejsca ich normalnego bytowania. Dziwić się zatem obecności dzikusów nie powinniśmy.

- Lis lubi resztki, więc grzebie ludziom w śmieciach. Kuny najwyraźniej przepadają za silikonem, skoro regularnie spotkać je można w samochodowych przewodach. Przegryzają je ze smakiem. Granice między światem ludzi i dzikich zwierząt coraz mocniej się zacierają - mówi Piotr Twardowski z Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego.

Nie jest żadną fanaberią idea edukowania już dzieci na okoliczność spotkania z dzikusami. Zresztą, takie lekcje czy zajęcia w terenie już się w Polsce odbywają. Skoro strażnik miejski może uczyć w szkole, jak zachowywać się wobec obcego psa, to dlaczego nie miałby podpowiedzieć, co robić stając oko w oko z lisem.

Warto wiedzieć:


Placówki, do których można dzwonić po pomoc w sprawie dzikich zwierząt w mieście

Bydgoski Sztab Zarządzania Kryzysowego - telefonicznie udziela informacji, co zrobić ze znalezionym dzikim zwierzakiem, tel.: 52 585 98 88

Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Dzikich (ośrodek o statusie GDOŚ) - ptaki i ssaki. Renata Nowicka/Maciej Krzywdziński. Gabinet Weterynaryjny Animal Patrol, ul. Wierzbowa 2, 86-061 Kobylarnia.

Ośrodek w Olimpinie, gmina Nowa Wieś Wielka, tel. kom.: 603 864 708 (główny), 513 158 780

Ośrodek rehabilitacji ptaków przy Gostynińsko-Włocławskim Parku Krajobrazowym (status ośrodka GDOŚ) - ptaki drapieżne, brodzące, blaszkodziobe, ul. Zamkowa 11, 87-820 Kowal, tel.: 605 100 613. Adres ośrodka: Dębniaki 33A, 87-820 Włocławek, tel.: 724 336 357 - czynny od 7:30 do 15:30, e-mail: gwpk@xl.wp.pl, www.bip.gwpk.pl

Ekopatrol w strukturze Straży Miejskiej w Toruniu. Osoba odpowiedzialna to naczelnik Wojciech Swinarski, szef Wydziału Dzielnicowych. Kontakt telefoniczny: 56 622 58 77 wew. 208, 986 - telefon alarmowy czynny całą dobę. Adres wydziału: Straż Miejska w Toruniu, ul. Grudziądzka 157, 87-100 Toruń.

Toruńskie Centrum Zarządzania Kryzysowego, ul. Legionów 70/76, 87-100 Toruń, telefon: 56 611 93 10.


Obiad dla dzika


Dziki pojawiają się w mieście szukając pożywienia. Jeśli je znajdują, wówczas do takiej sytuacji się przyzwyczajają. Należy więc dbać, by opadłe liście, skoszona trawa, owoce, resztki pożywienia, obierki oraz inne odpady organiczne i komunalne były kompostowane wyłącznie w zamkniętych ogrodach. Inaczej wysyłamy dzikowi zaproszenie na obiad...

Nie dokarmiaj!


Polskie miasta często otoczone są kompleksami leśnymi , więc pojawienie się dzikiego zwierzęcia w pobliżu naszych posesji nie jest czymś wyjątkowym. Natomiast wciąż jeszcze bardzo wiele zła, mimo licznych apeli, czynią osoby, które dokarmiają zwierzęta, wyrządzając im w ten sposób prawdziwie niedźwiedzią przysługę. Zwierzęta, zamiast unikać człowieka, przyzwyczajają się do niego i aby zdobyć pokarm, szukają z nim kontaktu. Na styku tych dwóch światów dochodzi do konfliktu. O czym trzeba pamiętać? O tym, że dokarmiając dzikusa, robimy mu krzywdę. Będąc w pobliżu zabłąkanego zwierzęcia nie krzyczymy i nie próbujemy go głaskać. Takie postępowanie może spłoszyć zwierzynę i doprowadzić do obrony poprzez atak.Najczęściej zabłąkana zwierzyna po zmroku sama wraca do środowiska leśnego.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.