Socjalizm albo śmierć. Albo pod zarząd USA...

Krzysztof Błażejewski 29 kwietnia 2016, aktualizowano: 29-04-2016 15:02

Tym, którzy chcieliby wiedzieć, jak mogłaby wyglądać dziś Polska, gdyby nie został 27 lat temu obalony „jedyny słuszny” system, polecam wyjazd na Kubę. Do kraju tkwiącego wciąż w okowach ułudy.

Jeśli ktoś myśli, że Kubańczycy głodują, jest w błędzie. I tutaj rozmiar XL jest coraz bardziej powszechny

Fot.: Krzysztof Błażejewski


Wiosna na Kubie jest inna niż w Polsce. Tu przecież panuje klimat wyspiarski zwrotnikowy. O poranku temperatura spada poniżej 10 stopni. O dziesiątej jednak słońce praży już tak mocno, że trzeba wyglądać litościwej chmurki albo cienia - o niego jednak trudno, bo na wyspie nie ma praktycznie drzew. Dominuje ruda trawa na pofałdowanym na wpół górzystym pustkowiu. Pól uprawnych tytoniu, ryżu czy trzciny cukrowej jest niewiele. Nie ma w ogóle łanów zbóż - po prostu tutaj się ich nie uprawia i dlatego mąkę trzeba sprowadzać zza granicy. Niewiele też widać sadów bananowych, mangowych czy ogródków warzywnych. Po prostu jest buro i ponuro...


Szosa prowadząca wzdłuż północnego wybrzeża Kuby jest nawet w przyzwoitym stanie. Jako jedna z nielicznych na wyspie. Jadąc nią, widać po obu stronach opuszczone, zrujnowane budynki dawnych zakładów przemysłowych, w tym papierni czy cukrowni; niektóre z nich zbudowali polscy inżynierowie. Pejzaż uzupełniają samotne archaiczne szyby naftowe - od lat w bezruchu. Kuba ma sporo ropy, tylko że złej jakości, a sama nie jest w stanie jej oczyścić. Ameryki nie poprosi, a przyjaciół chętnych do pomocy, jak miało to miejsce dawniej, nie widać. Po śmierci Hugo Chaveza nawet Wenezuela przestała pomagać. Pomiędzy zielonymi szybami wydobywczymi widać z daleka wysokie kominy w szczerym polu z płonącym ogniem na wylocie. To świadectwo, że nie udało się również opanować technologii wydobycia gazu.

Na Kubie pierwszym sportem jest baseball. Każdy mecz jest żywo komentowany w parkach i na placach

fot. Krzysztof Błażejewski

Na Kubie pierwszym sportem jest baseball. Każdy mecz jest żywo komentowany w parkach i na placach


Wiejskie domki osad, rozlokowanych przy szosie, sprawiają wrażenie znajdujących się w stanie rozpadu. Wiele z nich pokrywa eternit. Kubańczycy twierdzą, że im nie szkodzi... Ale najbardziej wzrok przyciąga zbudowany na polu blisko miasta Matanzas - wielki pusty stadion do baseballa, narodowej gry Kubańczyków. Betonowe stopnie dawno skruszały, odsłaniając zardzewiałe zbrojenia, złuszczyła się farba. Obraz rozpaczy. Ale na ścianie trybuny tuż pod dachem wciąż bije w oczy wymalowany świeżą farbą napis: „Socialismo o muerte” (Socjalizm albo śmierć). Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to, co widzę, jest znacznie bliżej tego drugiego słowa. Umacnia mnie w tym przekonaniu widok wszechobecnych sępów, kołujących nad łąkami w poszukiwaniu żeru. To doskonała metafora i jednocześnie klarowne podsumowanie.

Domy bez szyb


W Matanzas wzrok przyciąga osiedle - wielkie blokowisko. Zaniedbane, jak można to zobaczyć też w Rosji czy Gruzji. Tu nie ma spółdzielni, zrzeszeń lokatorów, wspólnot mieszkaniowych. Mieszkania są własne albo zakładowe. Wszystko inne jest państwowe, a zatem niczyje. Włos się jeży na głowie na widok stanu balkonów, brudu, sznurów z praniem. W żadnym oknie nie ma szyby, przed słońcem, deszczem i wiatrem chronią mieszkańców tylko żaluzje, często też rzucają się w oczy zardzewiałe kraty. Tak jest na całej wyspie. Już przed wieloma laty zrezygnowano z wstawiania szyb w mieszkaniach, bo przechodzące często przez Kubę huragany rozbijały szkło na drobne, kaleczące ludzi okruszki. Pomiędzy blokami co jakiś czas wyłania się umieszczony na wielkich bilbordach wizerunek Wielkiego Przywódcy. Raz Fidel Castro mówi to, raz tamto. A w ogóle Fidel jest wielki. Tylko on patrzy na całej Kubie z plansz na dorobek swego życia. Ciekawe, czy w skrytości ducha jest z niego zadowolony. Bo tutaj można odnieść wrażenie, że jest przez mieszkańców bardzo szanowany. Na tyle, że nikt w mojej obecności w czasie pobytu nie wypowiedział ani razu jego imienia. Wystarczyło, że wymownym gestem pokazywano człowieka z brodą...

Nawet przy tak ważnym miejscu jak plac Rewolucji budynki są szare, brudne, bardzo zaniedbane

fot. Krzysztof Błażejewski

Nawet przy tak ważnym miejscu jak plac Rewolucji budynki są szare, brudne, bardzo zaniedbane


Dzień później postanawiam się wybrać autobusem do Hawany. Na rozkładzie jazdy wyraźnie widnieje godzina 9.35. Pomimo wcześniejszych ostrzeżeń osób bardziej wtajemniczonych, przychodzę na przystanek na czas. Mija pora odjazdu, potem godzina 10, 11... Autobus pojawił się ostatecznie o 11.30. Kierowca, pytany o powód spóźnienia, rozkładał ręce. Był po benzynę w paru stacjach, ale jej nie było. W ostatniej musiał czekać na dostawę, bo nie mógłby dalej jechać. Wyraźnie nie rozumiał, co się stało i o co grupie turystów chodziło. Na Kubie przecież pracuje się tak, jak w socjalizmie: czy się stoi, czy się leży... Więc dlaczego akurat on miałby się spieszyć?

Tak myśli tutaj zdecydowana większość. To jedna z przyczyn, z powodu których na Kubie można poczuć się jak w Polsce za czasów nawet nie Gierka, ale Gomułki. Niewiele jest sklepów, nie mają one szyldów i witryn. W pejzażu miast praktycznie brak reklam i galerii handlowych. Na szosach i ulicach mija się stare samochody, nie tylko amerykańskie „krążowniki szos”, ale często też sowieckie pobiedy czy moskwicze, nasze maluchy, ciężarówki jak z wojennego demobilu. Niezwykłe są tzw. wielbłądy - montowane „gospodarczym sposobem” z dwóch podwozi aut ciężarowych autobusy miejskie, które zastąpiły przegubowe węgierskie ikarusy, dawno już zużyte. Można tu też zobaczyć ludzi przewożonych ciężarówkami z plandeką, „na pace”, a także korzystających z riksz i bryczek.

Więzienie za handel wołowiną


W dobie ledwo zipiącej gospodarki Wódz postanowił, że Kuba postawi na turystykę. Wyspa jest piękna, klimat wspaniały, wszak to Karaiby. W tym celu powstała turystyczna enklawa - półwysep Varadero, zabudowany luksusowymi hotelami. Oczywiście państwowymi. Nic dziwnego, że na pobliskim lotnisku codziennie lądują dziesiątki samolotów. Jednak na wyspę w ogóle nie mają wstępu Amerykanie. Dominują turyści z Kanady, mają loty bezpośrednie z kilkunastu większych miast. Ponadto widać przybyszów z Niemiec, Rosji i Polski. To dla nich wprowadzono specjalną walutę, tzw. peso wymienialne. To dla nich otwarte są dewizowe sklepy, w których wybór jest skromny, ale i tak o niebo przewyższa ofertę w zwykłych sklepach dla Kubańczyków, którzy muszą się w nich czuć zupełnie jak my w polskich Peweksach w ostatnich latach PRL-u.

Nawet w stołecznej Hawanie riksze cieszą się zainteresowaniem klientów

fot. Krzysztof Błażejewski

Nawet w stołecznej Hawanie riksze cieszą się zainteresowaniem klientów


Dla turystów przywożących na wyspę dewizy Kubańczycy są gotowi na wiele wyrzeczeń. Nie jedzą np. w ogóle wołowiny. Ona jest wyłącznie dla turystów. Za handel byczym mięsem na Kubie idzie się do więzienia, tak ważny jest to dla lokalnej gospodarki towar eksportowy.

Atutem pobytu na wyspie dla Polaka niewątpliwie jest i to, że z wieloma Kubańczykami można się porozumieć po rosyjsku, bo uczyli się tego języka w szkole. Liczni studiowali też w Europie, głównie w Moskwie, ale również i w naszym kraju.

Jednak Polacy na szczególną sympatię Kubańczyków dziś liczyć nie mogą. Jest nawet wprost przeciwnie.

- Na Kubie Polska jest postrzegana od wielu już lat jako kraj - siedlisko zła - mówi Małgorzata Ruiz, z urodzenia torunianka, mieszkająca w Hawanie od prawie czterdziestu lat. - To przecież „Walesa”, a potem Solidarność rozbiły i zniszczyły ten cudownie funkcjonujący system bratniej pomocy. To przez Polaków - tak się tutaj mówi - rozsypał się Związek Radziecki i europejski system państw socjalistycznych. I przez to Kuba popadła w gospodarcze kłopoty. Taka jest linia oficjalnej propagandy. Niedawno był w Hawanie przegląd polskich filmów. Zgodzono się wreszcie wyświetlić „Katyń” Wajdy. Kubańczycy do dziś nie wierzą, że do wydarzeń w nim przedstawionych mogło dojść naprawdę.

Ruiz od lat stara się się o założenie związku Polaków na Kubie. Ale władze się na to uparcie nie zgadzają. Jak mówi Ruiz, ta zła opinia o naszym kraju ma wpływ również na to, że ona zezwolenie na wyjazd do Polski, do rodziny, otrzymuje rzadziej niż raz na dwa lata, co niby ma zagwarantowane odpowiednimi przepisami. Z Kuby wyjechać jest równie trudno, co u nas na Zachód w czasach PRL-u. Przede wszystkim chodzi o to, by ludzie nie uciekli do swoich rodzin w USA, gdzie mieszka, zwłaszcza na Florydzie, kilka milionów Kubańczyków, którzy wydostali się, przeważnie nielegalnie, z wyspy w ostatnim półwieczu, uciekając przed dobrodziejstwami ustroju zaprowadzonego przez Przywódcę.

W kolejce po... ziemniaki


Przygnębiające dla Europejczyka wrażenie sprawia nie tylko kubańska prowincja, nie tylko nazwany perłą Karaibów i stanowiący wielką turystyczną atrakcję Trynidad, ale także stołeczna Hawana, a szczególnie jej stare miasto.

- Od czasów rewolucji nikt tu nigdy nie robił żadnego remontu, bo wszystko było własnością państwa. Dopiero teraz coś się ruszyło, bo będą jakieś pieniądze z UNESCO. Ostatnio też drgnęło w centrum. Przed wizytą Obamy Kubańczycy malowali w pośpiechu fasady na głównych ulicach. W swoim stylu, byle jak i byle było. Za rok te farby się złuszczą - śmieje się torunianka.

Małgorzata Ruiz o specyfice życia na Kubie potrafi opowiadać godzinami.

- Mieszkam tu dokładnie 37 lat i wciąż wiele rzeczy mnie dziwi - mówi. - Jestem już na emeryturze, tu dostaje się ją wcześniej niż w Polsce. Otrzymuję równowartość 10 dolarów amerykańskich. Mam, jak wszyscy, książeczkę z talonami, zwaną libreta de racionamiento. Na jej podstawie w ciągu dwóch miesięcy mogę kupić po 15 funtów (tu nadal obowiązuje kolonialna miara) ryżu i fasoli, 2 funty cukru, ponadto olej, sól, makaron, bochenek chleba dziennie, po funcie kurczaka, mortadeli, mielonego mięsa i ryb oraz 5-10 jaj. Ten żelazny zestaw zmniejsza się z roku na rok. Ostatnio zlikwidowano przydziały proszku do prania, mydła i pasty do zębów. Nie dostajemy na książeczkę już żadnych warzyw ani owoców. Wykupienie przydziału kosztuje mnie około dolara. Tyle samo płacę razem za energię elektryczną, za gaz i za wodę, są tutaj bardzo tanie. Opieka medyczna jest całkowicie za darmo. Mieszkanie mam na własność, więc nie płacę czynszu. Zostałam właścicielką tak, jak wszyscy, po 20 latach zamieszkiwania. Płaciłam przez ten czas jakieś grosze. Resztę dopłacał zakład pracy. Problemem jest natomiast nabycie czegokolwiek poza przydziałem, czyli na wolnym rynku. Tu ceny są niesamowicie wysokie. W dodatku, kiedy jest dostawa czegoś poszukiwanego, ustawiają się długie kolejki. W tym roku jeszcze nie jadłam ziemniaków. Dwa razy widziałam je na straganie, ale dla mnie ich nie wystarczyło.

Małgorzata Ruiz, mieszkanka Kuby: Ostatnio zlikwidowano przydziały proszku do prania, mydła i pasty do zębów. Nie dostajemy na książeczkę już żadnych warzyw ani owoców.


Aż trudno uwierzyć, by na wyspie w strefie zwrotnikowej brakowało warzyw i owoców.

- Kubańczycy niechętnie uprawiają ziemię, zakładają sady i ogródki warzywne - wyjaśnia Ruiz. - To dlatego, że trzeba państwu oddawać za śmiesznie niskie ceny od 70 do 90 proc. zbiorów, w zależności od rodzaju uprawy . To takie obowiązkowe dostawy...

Zanim otwarte zostaną granice, musi wystarczyć flaga USA

fot. Krzysztof Błażejewski

Zanim otwarte zostaną granice, musi wystarczyć flaga USA


Połowa działających wcześniej pełną parą cukrowni została zamknięta po rozpadzie ZSRR. Skończył się eksport cukru po znacząco zawyżonych cenach. Upadły inne gałęzie przemysłu. Kuba nie jest w stanie rywalizować na wolnym rynku. Dochód czerpie właściwie tylko z turystów, rumu i... cygar. Z tego ostatniego produktu mogłaby zwielokrotnić zyski, gdyby dogadała się z USA w sprawie zniesienia embarga. Ale Wielki Wódz ma inne zdanie...

Na Kubie nie ma telewizji satelitarnej, nie ma talerzy antenowych na domach. Dostępne są tylko cztery kanały telewizji państwowej. Nie ma też Internetu, a raczej jest dostępny w niewielu miejscach i... ocenzurowany.

Jak oni to robią?


Ale ten ustrój ma także swoje pozytywy. Na całej wyspie nie ma w ogóle np. chińskich towarów czy bilbordów reklamowych. Nie widać na ścianach domów klimatyzatorów tak szpecących większość miast w tropikach. Nie ma bezrobocia, bo po zamknięciu zakładu państwo ma obowiązek znaleźć zastępczą pracę. Lody smakują na Kubie jak prawdziwe lody, zrobione na bazie śmietany i naturalnych składników, masło jak „prawdziwe” masło, ser jak ser, a nie konglomerat żelatyny, oleju palmowego i innych ekstraktów. Pomimo braku podstawowych towarów na rynku, Kubańczycy są z reguły uśmiechnięci, czyści, zadbani. Chodzą w modnych ciuchach, używają dobrych kosmetyków. Jak sobie radzą? Cóż, to ich tajemnica. Warto jednak w tym momencie przypomnieć, że latach 80. Polacy też potrafili sobie świetnie radzić i mieć w domach wiele rzeczy nieosiągalnych wówczas na rynku.

A mury runą, runą?


Już po powrocie z Kuby obserwowałem w telewizji scenę z obrad zjazdu Komunistycznej Partii Kuby. Fidel Castro, od lat ciężko chory, żegnając się ze współpracownikami, prosił następców, by kontynuowali jego dzieło. Dzieje tego kraju w ostatnim półwieczu mogą uzmysłowić, jak jeden człowiek jest w stanie nawet w obecnym świecie narzucić milionom współobywateli swoją wolę i wizję sposobu życia, czyli kubańską wersję skompromitowanego już ostatecznie na świecie socjalizmu. Na wyspie ten utopijny ustrój jeszcze się trzyma, choć powoli pękają i jego mury. To już widać. Rząd Raula Castro, brata Fidela, ostatnio pozwolił m.in. na zakładanie niewielkich przedsiębiorstw prywatnych, działalność spółek z udziałem obcego kapitału, zapowiada likwidację systemu kartkowego i przywrócenie normalnych stosunków z USA. Te reformy mogą okazać się dla wielu bolesne.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.