„Nie jestem mordercą!”, przekonuje 55-letni Marek Gliński, który po 21 latach odsiadki wyszedł na wolność

Grażyna Ostropolska 29 kwietnia 2016

Wie, jak błysnąć w mediach. - Uprzedziłem sędzię Barbarę Piwnik, że K. zlecił jej zabójstwo - obwieścił kilkanaście lat temu, a w ubiegłym roku wystąpił z kolejną rewelacją: - Wiem, kto porwał i zabił dziennikarza Jarosława Ziętarę.

Z teczką pełną dokumentów i publikacji na swój temat Marek Gliński wybiera się do ministra Ziobry.

Fot.: Filip Kowalkowski


Faktem jest, że po obywatelskim donosie więźnia Glińskiego była minister sprawiedliwości dostała ochronę, ale dowodów na to, że skazany przez nią na dożywocie K. zlecił zza krat jej morderstwo, śledczy nie znaleźli. - Na temat okoliczności porwania i zabicia Ziętary zrobię wkrótce specjalną konferencję prasową - zapowiada Marek Gliński.


Dwa tygodnie temu wyszedł warunkowo na wolność i zamieszkał na terenie naszego województwa. - Wkrótce spotkam się z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobro, przedstawię mu ważne dokumenty i poproszę, by zawnioskował do Sądu Najwyższego o wznowienie mojego procesu i

o uniewinnienie


- zapowiada Gliński, który chce występować w mediach z nazwiska i wyraża zgodę na publikowanie jego zdjęć. Nigdy nie przyznał się do morderstwa, za które wymierzono mu 25 lat więzienia. O zbrodni, dokonanej 19 grudnia 1994 r. w poznańskim hotelu „Ikar”, było głośno nie tylko w Polsce, bo jej ofiarą padł niemiecki obywatel Eduard E. Sprawcy zaprosili poznanego w hotelowej windzie Niemca do swojego pokoju na piwo.

Obezwładnili go, uderzając w głowę przewodem elektrycznym w ebonitowej obudowie. Potem skrępowali mu ręce i nogi samoprzylepną taśmą, a na głowę naciągnęli foliowy worek. Ciało Niemca przenieśli do pokoju, w którym był zameldowany, i zamknęli w skrzyni tapczanu. Przywłaszczyli sobie jego zegarek, złotą obrączkę i 1500 marek niemieckich. Jego ciało znalazły następnego dnia sprzątaczki. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci Eduarda E. było uduszenie, a zasinienia i krwiaki na jego ciele świadczyły o wcześniejszym pobiciu ofiary.

Policja dość szybko namierzyła dwóch sprawców morderstwa: 18-letniego Wojciecha G. i 17-letniego Jerzego M., którzy zeznali, że inicjator zabójstwa, 33-letni Marek Gliński, zbiegł. Zatrzymano go pół roku później w Holandii, gdzie ukrywał się pod fałszywym paszportem na nazwisko Jean Luck. - Jestem niewinny! - oświadczył. - Uciekłem z pokoju, gdy doszło do awantury i Wojciech G. uderzył Niemca w głowę - tę wersję podtrzymywał podczas procesu i trwa przy niej do dziś.

Sąd nie dał mu wiary,


choć na jednej z ostatnich rozpraw współoskarżony Wojciech G. odwołał wcześniejsze zeznania, wziął winę na siebie i oświadczył, że to, co mówi Gliński, jest prawdą. Podczas śledztwa osiemnastolatek twierdził, że to Marek Gliński rzucił się na Niemca, pchnął go na tapczan, usiadł mu klatce piersiowej i dusił, a potem naciągnął mu worek na głowę i owinął taśmą klejącą, a on i Jerzy M. tylko mu pomagali. Na pytanie sądu, dlaczego zmienił zeznania, Wojciech G. oświadczył: „Ja dużo myślałem. Siedzę 28 miesięcy w areszcie i uważam, że niewinny człowiek nie powinien siedzieć za to, czego nie zrobił. Dlatego dzisiaj powiedziałem prawdę”. Na pytanie, skąd miał taśmę klejącą, Wojciech G. odrzekł: „Miałem zapakować telewizor, który zamierzałem ukraść z hotelu i wysłać do domu”.

Życiorys Glińskiego trudno zweryfikować, bo raz mówi, że zanim doszło do zbrodni, handlował kominkami, a innym razem, że samochodami. Miał podobno pracować w olsztyńskiej milicji i spędzić kilka lat w Legii Cudzoziemskiej. Wojciecha G. i Jerzego M. zabrał z Lidzbarka Warmińskiego na prośbę znajomej prostytutki. - Mieli mi pomagać na targach we Frankfurcie - twierdzi. Za współudział w zbrodni G. i M. dostali po kilkanaście lat więzienia, a wyszli po dziesięciu. Od tej pory Wojciech G. śle

notarialne oświadczenia


i apele do najwyższych władz i instytucji. „Pomówiłem niewinnego człowieka i pragnę naprawić błędy młodości”, pisze w 2006 r. do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. „Marek Gliński nie miał z tą sprawą nic wspólnego (…), proszę o uniewinnienie człowieka, który w wyniku moich pomówień cierpi, odsiadując niesłusznie zasądzony wyrok”, apeluje w 2009 r. do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To nie skutkuje, więc w 2011 r. Wojciech G. wysyła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu „prośbę o pilną interwencję”.

„To ja, jako osiemnastolatek, po tym, jak biła mnie policja i wymuszała na mnie zeznania obciążające Marka Glińskiego sprawstwem zabójstwa, którego ten człowiek nie popełnił, od lat powtarzam, że nie miał on z tą sprawą nic wspólnego, ale polski wymiar sprawiedliwości boi się przyznać do porażki” - to fragment tego pisma. To, czy Wojciech G. mówi prawdę, próbowali weryfikować różni dziennikarze.

- Poznałem dziwnego wystraszonego faceta. Wyznał mi, że ten list do Ziobry napisał pod przymusem. Dorwali go czterej faceci z ogolonymi głowami. Podyktowali mu treść listu. Boi się rozmawiać. Obawia się, że wrócą. Zrezygnowałem z publikacji. To brudna sprawa - to wypowiedź redaktora popularnej ogólnopolskiej gazety, z którym rozmawialiśmy w 2008 r. To wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się z Markiem Glińskim, który siedział wówczas w zakładzie karnym w Potulicach.

Z Wojciechem G. mieli się też spotkać dziennikarze TVN i Polsatu.

- Gdy przyjechałem na umówione wcześniej spotkanie do Lidzbarka Warmińskiego, ten człowiek się nie pojawił, więc nie będzie reportażu, choć sprawie przyglądamy się półtora roku i był taki zamiar, by do tego morderstwa wrócić na wizji - powiedział nam dziennikarz Polsatu. Reporterzy z TVN mieli podobną przygodę. Pojechali na Mazury, ale Wojciech G. na umówione spotkanie nie przyszedł. Dlaczego?

Czego się przestraszył?


- pytamy Marka Glińskiego.

- A powiecie mi, dlaczego Wojciech G. i Jerzy M. zmieniali zeznania w zależności od pogody - odpowiada pytaniem na pytanie. Twierdzi, że kilka godzin po tym, jak G. nie stawił się na spotkanie z ekipą TVN, przysłał mu SMS z propozycją, że powie, jak było, pod warunkiem, że dostanie za to 5 tys. zł. - To idiota! Nie rozumiem, jak sąd mógł takiemu człowiekowi uwierzyć! - komentuje Gliński. W 2013 r. oskarżył Wojciecha G. o fałszywe zeznania, ale prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa z uwagi na przedawnienie karalności. Podobnie zakończyły się dwa inne zawiadomienia o domniemanych przestępstwach. - Jedno dotyczyło przekroczenia uprawnień przez policjantów, którzy, jak twierdzi Wojciech G., wymusili na nim fałszywe zeznania, a drugie - żądania ode mnie 80 tys. zł łapówki w zamian za zwolnienie z aresztu - precyzuje Gliński i dodaje: - Nie wiedziałem, że przedawnienie w tych sprawach następuje po 5 latach, więc liczę, że minister Ziobro mnie zrozumie i wystąpi o wznowienie procesu.

Zamierza pokazać ministrowi dokumenty świadczące o tym, że podczas pobytu w kilkunastu więzieniach pomagał policjantom w wykrywaniu przestępstw i patologii. - Pomogłem m.in. w znalezieniu sprawców porwania i zabicia poznańskiego taksówkarza, za co policjant, któremu dostarczyłem dowody, dostał awans, a ja zamiast obiecanego złagodzenia wyroku zostałem przeniesiony do więzienia o zaostrzonym rygorze - twierdzi Gliński. Pokazuje opatrzony urzędową pieczęcią dokument, z którego wynika, że w ciągu 21 lat odsiadki aż 85 razy transportowano go z jednego więzienia do drugiego. - W tym odnotowano ponad sto moich spotkań z policjantami, a w kolejnym zestawieniu widać, że brałem udział w 143 czynnościach procesowych - pokazuje kolejne dokumenty.

Trudno zweryfikować, co się pod tymi danymi kryje. - Wkrótce prawda wyjdzie na jaw - przekonuje Gliński. W Internecie prowadzi swoją stronę, gdzie ujawnia niektóre dokumenty i prosi o... finansowe wsparcie na dobrego adwokata.

Sąd Najwyższy tak uzasadnił oddalenie wniosku Marka Glińskiego o wznowienie procesu: „Wiarygodność zmiennych wyjaśnień Wojciecha G. była już przedmiotem oceny sądów (...), a oświadczenie G. nie jest nowym dowodem ani nie ujawnia nowych faktów (...). Wniosek o wznowienie postępowania zmierza do spowodowania ponownej oceny materiału zebranego w prawomocnie zebranym materiale, co nie jest dopuszczalne”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 19-07-2016 12:03

    Oceniono 2 razy 1 1

    - Krzysztof M. Kaźmierczak: Przedstawione w artykule okoliczności dotyczące Jarosława Ziętary to czyste fantazje byłego więźnia, który próbuje załatwiać prywatne sprawy bezpodstawnie mieszając Jarosława Ziętarę w swoje rozliczenia z kolegą zza krat. Kierując się chęcią rewanżu na nim więzień ten od 2014 roku bombarduje dziennikarzy wszelkich mediów rozpowszechniając swoją wersję z sufitu mieszającą do sprawy Jarka Ziętarę (dlaczego jego? – bo sprawa Jarka jest głośna). Fantazje te były weryfikowane zarówno przez dziennikarzy zaangażowanym w wyjaśnianie losu Jarosława Ziętary jak i krakowską prokuraturę. Wynik – wersja ta jest pozbawiona sensu. Jej nagłaśnianie w żadnym wypadku nie służy wyjaśnieniu tego, co stało się z Jarkiem Ziętarą. A wręcz przeciwnie. Pisałem na ten temat już dawno, tu link: http://jarek.sledczy.pl/?p=1016#more-101 6

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz