Nawyki z praktyki

Katarzyna Bogucka 22 kwietnia 2016

Uczniowie różne mają twarze: kucharze - zapracowaną, fryzjerzy - zestresowaną. O praktykantach mówi się też, że za mało zarabiają, za mało wiedzą, za ciężko pracują. Ile jest w tym prawdy?

Zespół Szkół Gastronomicznych obstawia swoimi uczniami hotele, restauracje. Pracodawcy są zadowoleni z praktykantów

Fot.: Filip Kowalkowski


Warszawska restauratorka Magda Gessler („Kuchenne rewolucje”), wizytą w Żukowie rozpętała medialną burzę. Zaczęło się od wypowiedzi młodej praktykantki z rewolucjonizowanej karczmy, która przed kamerami oznajmiła, że tajników zawodu uczy się (a przynajmniej próbuje) pod okiem swojej szefowej już trzeci rok, a zarabia tylko nieco ponad dwieście złotych miesięcznie. „Przecież to są ludzie!” - grzmiała Gessler. Oliwy do telewizyjnego ognia dolała informacja, że właścicielka za trzyletnią opiekę nad uczennicą dostanie ok. 8 tys. zł tzw. dofinansowania kosztów nauki. Ta kwota uruchomiła wyobraźnię internautów. I zaczął się hejt, bo nie każdy wie, że wymienione stawki, owszem, są niskie (dla uczniów), ale są zgodne z urzędowym cennikiem. Natomiast mistrzowie zauważają, że do uczniowskiego interesu raczej się dokłada, niż się czerpie...

Dwie perełki


Bożena Bernacka, fryzjerka, w zawodzie od prawie 30 lat, przyjęła pod swoje skrzydła aż dwudziestu uczniów. Zapewnia, że na praktykantach nie sposób zarobić. - Bardzo rzadko zdarza się, że uczeń pracuje na siebie. Miałam tylko dwie takie osoby, dziewczyny z dużym talentem, ze smykałką. Już po pół roku zaczęły pracować na równi ze mną, przynosiły zysk. To było dawno, w 2000 roku. Później nie miałam aż takiego szczęścia. Ostatnich dwóch dziewczyn nie zdecydowałam się dopuścić do klientów. Zbyt wiele bym ryzykowała. Uczennice skończyły więc praktyki na modelach i sztucznych główkach. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy moi dotychczasowi podopieczni zdali egzaminy czeladnicze. Dbam o wysoki poziom. Średnia na egzaminie wynosiła jak dotychczas cztery.


Bożena Bernacka potwierdza, że pieniądze, jakie mistrz otrzymuje po trzech latach nauki ucznia, to zaledwie zwrot poniesionych kosztów, tzn. samej pensji. - Od siebie daję warsztat, wiedzę, kosmetyki, szampony, odżywki, farby, itp. Praktykanci mogą przyprowadzać swoich modeli: znajomych, rodzinę. Niestety, z roku na rok uczniowie są coraz bardziej roszczeniowi. Często słyszę: „Nie przyszłam tu tylko patrzeć, myć głowy albo sprzątać”. Rozumiem zapał, ale jeśli uczeń niewiele potrafi, to na dzień dobry nie można go dopuścić do klienta...

Beata Wójtowicz: Oczywiście, że młodzież narzeka, np. gdy trzeba stawiać się w zakładzie o godz. 6.00. Szef też miewa różne nastroje, co wpływa na załogę.


Violetta Katafiasz przez dwadzieścia lat pracy w fryzjerstwie perełki miała tylko dwie. Zatrzymała je zresztą przy sobie. - Najzdolniejsze uczennice już po pół roku były dopuszczone do klienta. Z innymi bywało różnie. Najpoważniejsze przewinienia? Spóźnienia, nieobecności , kompletny brak chęci do pracy, problemy z komunikacją, problemy wychowawcze. Pewnie, że zdarzało mi się zerwać umowę...

Uczniowie o swoich doświadczeniach mówią niechętnie. I bez nazwisk. - Czuję się wykorzystywana - mówi przyszła fryzjerka.- Jak długo można zamiatać włosy i stać jak słup. I jeszcze za to obrywać.

Stres jest duży. Kolega przyszłej fryzjerki, który zamierza zostać kucharzem, stwierdził, że najlepiej wychodzi mu rozbijanie kotletów i obieranie ziemniaków, a marzy mu się wykwintna kuchnia. Tyle że szefowi o tym nie piśnie...

- Scenariusze są różne, uczniowie są różni, podobnie jak różni są szefowie - tłumaczy Bożena Jurak, starszy specjalista d.s. nauki i szkolenia w Cechu Rzemiosł Różnych i Przedsiębiorczości w Toruniu.

- Tym słabszym ogniwem są jednak częściej młodzi. Rzadko się zdarza, by rzemieślnicy rozwiązywali umowę. W Toruniu już od kilku lat rzemiosło jest w stanie wchłonąć dużo więcej podopiecznych, ale, niestety, nie ma chętnych. Nie wszyscy uczniowie kończą trzyletni okres nauki i podchodzą do egzaminu czeladniczego. Jest spory odsetek młodych zmieniających zakłady, przechodzących z jednego do drugiego i nawet do trzeciego, wreszcie rezygnujących z nauki z zawodu.

Zatrzymajmy się przy stawkach za praktykę tzw. młodocianego pracownika (16 - 18 rok życia). Jej wysokość określa Rozporządzenie Rady Ministrów z 28 maja 1996 r. w sprawie przygotowania zawodowego młodocianych i ich wynagradzania. W pierwszym roku nauki praktykant otrzymuje 162,68 zł (brutto), w drugim 203,35 zł, w trzecim 244, 02 zł. Jeśli uczeń kształci się u pracodawcy będącego rzemieślnikiem, zdaje egzamin czeladniczy w izbie rzemieślniczej. Gdy przygotowuje go pracodawca, niewykonujący zawodu rzemieślniczego, praktykant zdaje egzamin zawodowy przed Okręgową Komisją Egzaminacyjną.

- W zeszłym roku przed komisjami powołanymi przez zarząd Kujawsko-Pomorskiej Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Bydgoszczy (skupia cechy branżowe z całego województwa plus z Chojnic) stanęło 1678 czeladników młodocianych plus 107 osób dorosłych z wolnego naboru. Egzaminu nie zdało 114 młodych i cztery osoby dorosłe - podaje Agnieszka Matkowska, specjalista d.s kwalifikacji zawodowych K-PIRiP.

Listy pochwalne


Jeszcze lepsze statystyki (niemal 100-procentową zdawalność) ma Zasadnicza Szkoła Zawodowa „Start” w Bydgoszczy. - W 2015 r. nasza szkołę ukończyło 120 uczniów, w tym roku do egzaminu podejdzie ok. 140 osób - mówi dyrektor Beata Wójtowicz. Przypomina, że na wynikach powinno zależeć i uczniowi, i jego pryncypałowi. - Proszę jednak pamiętać, że mamy do czynienia z dziećmi, z szesnastolatkami, którzy nagle wchodzą w rytm i rygor fizycznej pracy. U nas praktyki - płatne - ułożone są w systemie tygodniowym, na zmianę z nauką. Oczywiście, że młodzież narzeka, np. gdy trzeba stawiać się w zakładzie o 6.00 rano. Szef też miewa różne nastroje, co wpływa na załogę. Rozumiemy to i reagujemy, rozmawiamy, bo zależy nam na każdym uczniu, na tym, by zdobył zawód. Podobnie wyczuleni jesteśmy na przebieg pracy. Nie może być tak, że praktykant przez cały rok tylko się przygląda albo przez kilka miesięcy jedynie obiera ziemniaki czy inne warzywa. Na szczęście zdarza się to niezwykle rzadko. Pracodawców mamy rozsądnych i zaangażowanych.

Podopiecznych „Startu” spotkać można w cukierniach „Staropolska”, „Sowa”, „Kokosanka”, w firmach Shapers’ Polska (kształci przyszłych ślusarzy), w zakładach mechanicznych m.in. Bendix, Auto-Reno-Lak. Firm jest na liście szkoły 200.

Doskonałe, wręcz modelowe relacje z osiemnastoma pracodawcami (jednym z nich jest hotel „Sheraton” w Sopocie) ma także Zespół Szkół Gastronomicznych w Bydgoszczy. Jego adepci nie są tzw. młodocianymi pracownikami, za praktyki (zwykle wakacyjne, więc mają krótszy rok szkolny) nie otrzymują wynagrodzenia. Szkoła dostaje za to liczne - pisemne - pochwały od pracodawców. Nie zdarzyło się w „gastronomiku” zerwanie umowy, nie było skarg ze strony młodzieży, która wygrywa prestiżowe konkursy kulinarne i hotelarskie.

Warto wiedzieć: Uczeń na procencie


Młodocianemu w okresie nauki zawodu przysługuje wynagrodzenie, obliczane w stosunku procentowym do przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce narodowej w poprzednim kwartale: w pierwszym roku nauki - nie mniej niż 4 proc., w drugim roku nauki - nie mniej niż 5 proc., w trzecim roku nauki - nie mniej niż 6 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.