Faszystowskie demony podnoszą dziś głowę. Książki z dedykacją ku przestrodze

rozmawiała: Paulina Błaszkiewicz 1 kwietnia 2016

„Ten świat nie należy do nas . Jesteśmy w nim tylko na chwilę, ale musimy myśleć o tym, co zostawiamy przyszłym pokoleniom” - mówi ANNA DZIEWIT-MELLER, autorka książki „Góra Tajget”.

Anna Dziewit-Meller kilka dni temu gościła na spotkaniu autorskim z czytelnikami w Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu.

Fot.: Krzysztof Dubiel



Wszystko, o czym nie chcemy wiedzieć, o czym nie chcemy myśleć, znajdziemy w książce Anny Dziewit-Meller. To słowa jednej z recenzji odnoszącej się do Pani najnowszej książki, zatytułowanej „Góra Tajget”. Brzmi jak antyreklama.
Ta recenzja dotyczy zapewne jednego z kilku wątków mojej książki, mianowicie wydarzeń z nazistowskiej przeszłości szpitala w Lublińcu, w którym po cichu uśmiercano dzieci w ramach akcji T4.

To temat tabu . Może Pani zdradzić, dlaczego postanowiła Pani go dotknąć, zmierzyć się z nim i napisać m.in. o dzieciobójstwie na Śląsku?
Zacznę od tego, że pomysł na książkę „Góra Tajget” narodził się przypadkowo. Chciałam pisać zupełnie o czymś innym, ale trochę związanym ze Śląskiem. Najpierw robiłam research o robotnikach przymusowych w Trzeciej Rzeszy.


Anna Dziewit-Meller: Celem twórczości jest pokazywanie świata w jego najmroczniejszych odmianach po to, żeby było to dla nas jakimś ostrzeżeniem.


Ten wątek został też zachowany w książce, bo jeden z rozdziałów właśnie o takiej sytuacji opowiada. Szukając pewnych informacji, natknęłam się na krótką wzmiankę o szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu, gdzie w czasie II wojny światowej dwójka lekarzy - dyrektor i jego zastępczyni - wprowadzali w życie akcję T4, czyli eliminację osób chorych psychicznie. W tym przypadku chodziło o dzieci. Ta historia bardzo mnie poruszyła i stała się bodźcem do tego, że zaczęłam się tym interesować. Coraz więcej wiedziałam na ten temat, aż zrodził się pomysł na książkę.

To powieść wielowątkowa, w której przeszłość miesza się ze współczesnością. Głównego bohatera, Sebastiana, ojca dwuletniej córeczki, poznajemy w momencie, gdy zaczyna odczuwać lęk o dziecko.
„Góra Tajget” w moim odczuciu jest książką przede wszystkim o odpowiedzialności i naszych lękach. Piszę o strachu o dzieci, o lęku przed śmiercią, o rozliczaniu z przeszłością. Mój bohater, właściciel przyszpitalnej apteki, nie zdaje sobie sprawy jak blisko jest piekła, które w czasie drugiej wojny światowej miało miejsce tuż obok.

To, co go spotyka, to nic innego jak powrót do przeszłości, ale dla Pani pisanie tej książki też chyba było podobną podróżą w czasie. Pochodzi Pani ze Śląska?
Tak, jestem Ślązaczką, ale od dawna nie mieszkam na Śląsku. Domu rodzinnego już tam nie ma. Wszyscy moi bliscy przenieśli się do Warszawy i mam ich przy sobie, ale, jak widać, nie da si ę stamtąd uciec. Dla mnie Śląsk jest bardzo inspirującym miejscem, ciągle nieodkrytym i mało opisanym. Mam poczucie, że jest też lekceważone przez główny nurt. Pojawia się coraz więcej spraw związanych ze Śląskiem, jest więcej pisarzy i twórców z tamtych stron, ale nadal uważam, że jest to stanowczo za mało. Mój powrót na Śląsk jest powrotem bardzo świadomym. Chciałabym, żeby było więcej Śląska.

I książek mówiących o rzeczach ważnych i trudnych, pisanych przez kobiety? Czytała Pani książkę Justyny Kopińskiej „Polska odwraca oczy”?
Tak, to bardzo mocna książka. Strasznie mnie denerwuje to, że o kobietach piszących takie książki mówi się: „Wow, to napisała kobieta!”. Jakby do kobiet było przypisane mówienie o rzeczach mało istotnych. Na szczęście to się zmienia. Wystarczy odwiedzić księgarnię, by się o tym przekonać. Wracając do pierwszej części pani pytania, mam wrażenie, że głównie takie książki są nam dziś potrzebne. Taka literatura, taki film, piosenki, które przypominają nam o tym, do czego człowiek może być zdolny, mówią o tym, co było kiedyś i jak niewiele wniosków z tego wyciągamy. Wydaje mi się, że taka sztuka jest bardzo ważna. Przypomina, jak bardzo tragiczne mogą być nasze losy, jeśli ludzie nie przestaną żywić wobec siebie pogardy, nie zaczną akceptować inności. To wszystko istotne cele twórczości - pokazywanie świata w jego najmroczniejszych odmianach po to, żeby było to dla nas jakimś ostrzeżeniem.

Zanim ukazała się Pani książka, jeden z internautów napisał komentarz pod zapowiedzią: „Po co nam kolejna książka o rozliczaniu się z przeszłością?”
Spójrzmy na to, co się dzieje w Polsce, gdzie można bezkarnie paradować ze swastykami, wznosić jakieś faszystowskie okrzyki ina ludzi nie spada za to żadne odium. Wydaje mi się, że właśnie dlatego trzeba przypominać o przeszłości. Bardzo lekkomyślne wydaje mi się podejście, że tamta historia została już zamknięta i że to się już nigdy nie zdarzy. Wystarczy zajrzeć do gazet i zobaczyć, co się dzieje, nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Doskonale widać, jak bardzo te stare demony podnoszą dziś głowę. Spójrzmy, w jaki sposób ludzie dochodzą do władzy w kolejnych państwach. To, że w słowackim parlamencie są faszyści, a w wielu krajach odradzają się ruchy neonazistowskie jest szokujące. Całkiem niedawno na spotkanie autorskie przyszła pani, która poprosiła mnie o dedykację dla swojego chłopaka - narodowca. Poprosiła, żebym w dedykacji napisała dokładnie te słowa: „Ku przestrodze”.

Ma Pani poczucie, że czasy II wojny światowej nie są odległą przeszłością?
To wcale nie było tak dawno. Znamy ludzi, którzy wówczas żyli i teraz mogą nam opowiedzieć historie swojego dzieciństwa, pełne strasznych przeżyć, doświadczeń, których nikt z nas nie chciałby życzyć swoim dzieciom. Należy myśleć w takim właśnie kontekście. Czy chcemy, by nasze dzieci wychowywały się właśnie w takiej rzeczywistości? Jaki świat im zostawimy?Jakie stosunki międzyludzkie będą panowały? Ten świat nie należy do nas i nigdy nie należał. Jesteśmy w nim tylko na chwilę, ale musimy myśleć o tym, co zostawiamy przyszłym pokoleniom.

Sebastian, bohater Pani książki, nie ma pojęcia, że obok siebie ma osoby z bagażem nieodwracalnych traum. Wszyscy obracamy się wśród takich ludzi?
To jest już szerszy kontekst. Tworzymy jakiś świat i dla mnie, jak już powiedziałam, takie ostrzeżenie pisze historia. To, o czym ja napisałam w „Górze Tajget” nie jest tylko kwestią Śląska i szpitala w Lublińcu, ale też innych miejsc. Weźmy na przykład małe miejscowości pod Łodzią czy Świecie w województwie kujawsko-pomorskim. W tamtejszych szpitalach też uśmiercano dzieci luminalem. Znaczna część miejsc, gdzie wprowadzano akcję T4, była w Niemczech i w Austrii. U nas był tylko mały odprysk.

Na spotkaniu autorskim z Panią w Toruniu była mieszkanka Lublińca, która powiedziała, że w dzieciństwie straszono ją, że jak będzie niegrzeczna, to trafi do szpitala psychiatrycznego. To oznacza, że miejscowi doskonale wiedzą o tragedii, która się tam wydarzyła ponad 70 lat temu.
Ta świadomość jest bardzo niska. Ludzie o tym nie wiedzą, bo to nie są historie, którymi człowiek chciałby się chwalić, przypominać czy wznosić pomniki pamięci. Może w pobliżu Lublińca rzeczywiście straszy się tym szpitalem dzieci, ale w nieco innym kontekście, ponieważ pobyt w takim miejscu czy jakiekolwiek zetknięcie z nim są już bardzo stygmatyzujące. Na temat akcji T4 ludzie wiedzą wszędzie tak samo mało. Nie każdy ma jednak obowiązek zastanawiania się nad tym, co znajduje się dookoła niego. Cieszę się, że w swojej książce mogłam upowszechnić wiedzę na ten temat.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.