Palma jak suplement diety, jajko i zylc, czyli raz w roku, około Wielkiej Nocy

Mirosława Kruczkiewicz 26 marca 2016

- Wielkanocne śniadanie było pierwszym solidnym posiłkiem po długim poście, więc często wręcz rzucano się na potrawy - mówi HANNA ŁOPATYŃSKA, kierowniczka Działu Folkloru w toruńskim Muzeum Etnograficznym.

Hanna Łopatyńska: - Potrawom, które koniecznie musiały znaleźć się na wielkanocnym stole, przypisywano konkretną symbolikę

Fot.: Grzegorz Olkowski


Na przedświątecznych kiermaszach można przebierać w palmach i pisankach z różnych regionów. Kupujemy te, które nam się po prostu podobają. Wielkanocny wystrój naszych mieszkań to mieszanka stylów, uzupełniona gadżetami made in China... Które z tych ozdób zdziwiłyby nasze prababcie?
To zależy, z jakiego regionu prababcia pochodziła. Bo jeżeli z Opolszczyzny, to nie zrobiłyby na niej wrażenia misternie zdobione pisanki, a jeśli z Kurpiów, to byłoby dla niej oczywiste, że palma ma metr wysokości i mnóstwo kolorowych kwiatów z bibułki. Ale jeżeli prababcia była Kociewianką (jak moja!), Chełmnianką lub pochodziła z innych bliskich regionów, to już te wymienione przeze mnie świąteczne rekwizyty wprawiłyby ją w zdumienie. Poza tym kiedyś bardziej zwracano uwagę na sensy religijne i magiczne świąt, a kwestie estetyczne były drugorzędne. Dlatego ktoś z przeszłości mógłby się zastanawiać, jakie funkcje magiczne ma pisanka z drewna czy styropianu!

Przyglądanie się dawnym wielkanocnym zwyczajom zacznijmy od Palmowej Niedzieli. Jakie palmy nieśli do kościoła mieszkańcy Kujaw i ziemi chełmińskiej?
Palmy były tu skromne i nawet ktoś, kto miał „dwie lewe ręce” mógł je zrobić. Ważne było, by znalazły się w nich rośliny, którym przypisywano symboliczne znaczenia. Obowiązkowo musiały tam być gałązki wierzby z baziami, czyli „drzewa miłującego życie”. W nauce kościoła to symbol nieśmiertelności duszy. Ale siła życia jest w wierzbie nie tylko symboliczna - zdarza się przecież, że listki wypuści miotła z witek albo (jak u mnie w ogrodzie) kosz u-pleciony z wierzbowych gałązek. Do palmy wkładano też gałązki roślin wiecznie zielonych: barwinka, bukszpanu, borówki, cisu. Przez poświęcenie w kościele palma zwiększała jeszcze moc, więc wykorzystywano ją przez cały rok. Dziś moglibyśmy powiedzieć, że to był taki... suplement diety. Na przykład połknięta bazia chroniła gardło, głowę i brzuch. Palma zatknięta pod strzechę działała jak piorunochron, a pokruszona i rozsypana w sadzie zastępowała środki ochrony roślin.

„Myć się raz w roku, około Wielkiej Nocy” - to powiedzenie ma, zdaje się, historyczne podstawy.
Nasi przodkowie faktycznie nie dbali szczególnie o higienę osobistą. Dr Tchórznicki w swojej książce z 1898 roku pt. „Dla zdrowia ludu” opisywał zwyczaje higieniczne na wsi tak: „nabiera w usta tyle wody, ile się zmieści i puszcza ją po trochu na dłonie, którymi przemywa oczy i twarz... Inne części ciała... oczekują wielkiego święta, czasem i przez całą zimę...”. Takim świętem niewątpliwie była Wielkanoc. Ale nawet to święto nie było wystarczającą okazją do mycia zębów. Z reguły nie myto ich wcale.

Pisanki, jakie przygotowywano na podtoruńskich czy podbydgoskich wsiach, nie były tak barwne, jak te z Łowicza...
U nas nie znano takich wyszukanych technik zdobienia jak batik, misterne skrobanie wzorków, oklejanie wycinankami lub rdzeniem sitowia. Jajka barwiono na jeden kolor, dlatego nazywamy je raczej kraszankami, a nie pisankami. Wykorzystywano sok z buraków, wywary z łusek cebuli, młodego zboża, kory dębu lub olchy, suszonych liści czarnej malwy. Nawiasem mówiąc, gospodynie musiały mieć jakieś tajemnicze sposoby, bo nasze muzealne próby takiego barwienia jajek kończą się zwykle fiaskiem. Tylko farbowanie w łuskach cebuli się udaje. W niektórych wsiach kujawskich zdarzało się zdobienie pisanek woskiem (mamy kilka takich starych jajek w muzeum), ale daleko im do tych z innych regionów.

Jakie pokarmy koniecznie należało poświęcić?
Dawniej wszystkie potrawy przygotowane na święta musiały być poświęcone - do dworu i do zamożnych gospodarzy ksiądz przyjeżdżał i święcił wszystko, co ustawiono na stołach. Reszta gospodyń niosła potrawy w koszach na plac przed kościołem, do centrum wsi lub koło „bożej męki”, gdzie je święcono. Obowiązkowo trzeba było poświęcić baranka (z ciasta, masła lub cukru), chleb, sól, jajka. Bogatsi święcili też kiełbasę, szynkę, ciasta, masło, ser, chrzan, a nawet małego prosiaka.

Czy menu wielkanocnego śniadania było równie ściśle określone jak wigilijnej wieczerzy?
Nie było tak konkretnych przepisów, jak ten o postnym charakterze wieczerzy wigilijnej, wiadomo jednak, że na stole musiały znaleźć się chleb, jajka, sól, chrzan. Chleb to symbol Chrystusa i dar Boży, jajka są źródłem życia i wszelkiego początku, a w chrześcijaństwie symbolem Wielkanocy i Chrystusa Zmartwychwstałego. Sól, symbol oczyszczenia, prostoty i prawdy, chroni przed złem, a chrzan nawiązuje do cierpienia Chrystusa. Jedzono też potrawy własnoręcznie przygotowane przez gospodynie: żurek, szynkę wędzoną, domową kiełbasę zwaną białą, zylc, czyli wieprzowe nóżki w galarecie, a na deser ciasta, zwykle baby. Pamiętajmy, że wielkanocne śniadanie było pierwszym solidnym posiłkiem po długim poście, więc często wręcz rzucano się na potrawy. Nie pomagał nawet stojący na stole baranek, symbol Chrystusa Zmartwychwstałego, którego widok miał przypominać o właściwym sensie Wielkanocy.

Zaczęłyśmy od tego, co w dzisiejszym świętowaniu Wielkanocy zdziwiłoby nasze prababcie. A co zaskoczyłoby nas, gdybyśmy zostali zaproszeni na święta sto lat temu gdzieś na wsi w naszym województwie?
Mogłoby nas zaskoczyć to, że nie można... pójść do sklepu i wszystko trzeba zrobić samemu, od zabicia prosiaka po robienie twarogu na sernik, nie zaniedbując przy tym licznych wielkotygodniowych nabożeństw i indywidualnej modlitwy. Moglibyśmy być zaskoczeni w Wielki Czwartek, gdyby nasze okna chłopcy pomazali nieczystościami symbolizującymi żur (tak żegnano tę postną potrawę). A panna na wydaniu pewnie by się zdziwiła, gdyby usłyszała w niedzielny wieczór wierszyk na swój temat podczas przywoływek. Ten popularny kiedyś na Kujawach i Pałukach zwyczaj dziś kultywowany jest tylko w Szymborzu, dzielnicy Inowrocławia, i to jest nasz wojewódzki wielkanocny... przebój.


Teczka osobowa: Hanna Łopatyńska


Absolwentka filologii polskiej i studiów podyplomowych z zakresu etnografii i muzealnictwa na UMK. Kustosz i kierowniczka Działu Folkloru w Muzeum Etnograficznym im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu,

Jest autorką scenariuszy i katalogów wielu wystaw, publikacji na temat literatury ludowej, obrzędowości, życia codziennego, językoznawstwa, historii reklamy.

Po pracy relaksuje się dzierganiem, pielęgnowaniem ogrodu, czytaniem powieści sensacyjnych. Miłośniczka kotów.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.