Kto zhańbił mundur, a kto okrył go chwałą? Bardzo bolesna przygoda 10-letniego Krzysztofa z harcerstwem

Grażyna Ostropolska 18 marca 2016

- Pragnęliśmy, by syn poznał, co znaczą słowa „przyjaźń”, „braterstwo” i hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ale zderzenie z rzeczywistością przyniosło odwrotny skutek i świat się naszemu dziecku załamał - twierdzą rodzice dziesięciolatka.

To scenka z nagranego przez ojca Krzysia filmu z walki harcerzy na miecze

Fot.: Archiwum rodziców Krzysia


Zapisali Krzysztofa do Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, bo sami byli harcerzami i wynieśli z tej organizacji cenne wartości. - Syn wkraczał w wiek, w którym rola rodziców schodzi na plan dalszy i wiele zależy od środowiska, więc wydawało się nam, że harcerstwo pomoże nam w jego wychowaniu - tłumaczy pani Anna. Wybór padł na drużynę o nazwie:

„Nadzieja”,


z harcówką w bydgoskim liceum salezjańskim.


- To był atut, bo Krzyś jest ministrantem - zaznaczają rodzice. Oboje są doświadczonymi pedagogami i wiedzą, jak ważna jest dla dziecka doza swobody. - Cieszyliśmy się, gdy syn z radością jeździł na biwaki, choć po wrześniowym wyjeździe do Pionek pod Warszawą wyczułam, że coś jest nie tak - wspomina pani Anna. Wprawdzie Krzyś z entuzjazmem opowiadał, jak z kolegami walczył o miano „drużyny puszczańskiej”, ale podpytywany o życie obozowe odwracał wzrok i stawał się nerwowy. - Nie naciskałam, bo nie należę do nadopiekuńczych matek i chcę, by syn był zaradny - mówi. Z dumą patrzyła, jak mężniał. - Na letnim obozie uczył się piłować drewno, budować prycze i choć bywał poraniony, nigdy się nie żalił. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku - wspominają rodzice. Krzyś chętnie chodził na zbiórki, zapisał się na zimowisko w tegoroczne ferie.

- W pierwszym tygodniu przymroziło, ale w końcu stycznia, gdy syn wyjeżdżał na obóz do Trzebcin w Borach Tucholskich, zaczęła się odwilż, a media informowały o zarwanym lodzie i utonięciach - relacjonuje pani Anna. Wiedziała, że w pobliżu obozowiska jest jezioro. - Powtarzałam Krzysiowi wielokrotnie, że nie ma prawa wejść na zalodzony akwen, a jeśli ktoś inny to zrobi, ma natychmiast reagować - powiadomić drużynowego, dzwonić pod nr 112 lub do nas - podkreśla matka. Do głowy jej nie przyszło, że już w drugim dniu obozu dzieci otrą się o

niebezpieczeństwo.


- Było prawie 10 stopni Celsjusza, gdy zadzwonił przerażony syn. „Oni są na jeziorze, na lodzie. Chyba z 10 osób... Mówią, że jest bezpiecznie i każą mi wejść. Co mam robić?”, krzyczał - wspominają rodzice. Wydali mu dyspozycję: „nie waż się wchodzić!” i spytali, gdzie jest drużynowy. Syn nie wiedział, więc pan Ireneusz, ojciec Krzysia, wysłał do Michała P. (drużynowego) SMS-a, a jego żona poprosiła syna, by podał słuchawkę zastępowemu Pawłowi Sz. - „Ale my nie weszliśmy daleko”, tak tłumaczył się piętnastoletni zastępowy, który z kilkunastoma dziećmi, w tym 7-letnimi zuchami wszedł na oblodzone jezioro - relacjonuje pani Anna. Wyjaśniła młodzieńcowi, że na niektórych akwenach nawet metr od brzegu jest głębia, a jeśli dziecko wpadnie do wody choćby po pas, grozi mu hipotermia i śmierć. Uspokoiła się, gdy zapewnił, że zejdą z jeziora, a chwilę później przyszedł SMS od drużynowego. „Dziękuję za informację, wszystko jest załatwione. Chłopcy podczas gry terenowej stanęli na lodzie

z własnej głupoty


Nic się nie stało. Pozdrawiam”, napisał Michał P. Byli dumni z syna, bo może ocalił komuś życie, tymczasem...

- Drużynowy wezwał Krzysia na rozmowę i obsztorcował za to, że do nas dzwonił, bo to z nim jako dowódcą winien się skontaktować - przekazują rodzice. Nie to jednak było najgorsze. - Syn bardzo przeżył zachowanie kolegów, którzy po tym zdarzeniu zebrali się wokół niego, popychali i upokarzali słowami: „maminsynek, kabel, donosiciel”, a ten lincz odbywał się przy zastępowym - twierdzą. Prawo harcerskie mówi, że „harcerz jest czysty w myśli, mowie i uczynkach, a za brata uważa każdego innego harcerza”. Krzyś tego braterstwa i czystości nie doświadczył.

pani Anna, mama Krzysia: On się tego wstydzi, przeżywa syndrom osoby zgwałconej, choć to, co mu zrobiono, określa się w Kodeksie karnym jako „inne czynności seksualne”.


- Wręcz przeciwnie. Przy okazji tej sprawy wyszła wcześniejsza, która zaważyła na psychice syna - twierdzą rodzice dziesięciolatka. Po zimowisku zabrali Krzysia z dworca i gdy już byli w domu, odebrali telefon. - Dzwonili rodzice innego obozowicza, którzy chcieli się z nami pilnie spotkać - wspomina pani Anna. Omal nie zemdlała, gdy... - Ci państwo przyszli do nas z pretensjami, dlaczego Krzyś oskarżył ich syna oraz drugiego kolegę o

robienie kreciora


w namiocie w Pionkach i czy zdajemy sobie sprawę, że grozi im za to oddanie do placówki wychowawczej - wspomina pani Anna. Nie wiedziała, co w żargonie znaczy „krecior”. - Struchlałam słysząc, że to wkładanie ręki w odbyt. Spytałam syna, czy mu to robiono, a on wystękał „mamo, nie!” i zwrócił się do kolegi: „To jest to, co mi robiłeś razem z drugim zastępowym w namiocie”. Miało być tak, że jeden położył się na Krzysiu i przycisnął go do ziemi, a drugi złączył stopy i wpychał je synowi w krocze - relacjonuje matka dziesięciolatka. Podobno dwaj piętnastolatkowie zrobili to dla żartu i przez bieliznę, ale... - Oni mieli ubaw, a nasz syn przeżył traumę i upokorzenie. On się tego wstydzi, przeżywa syndrom osoby zgwałconej, choć to, co mu zrobiono, Kodeks karny określa, jako „inne zachowania seksualne”

Sprawa wyszła na jaw, bo Krzyś powiedział o tym drużynowemu, gdy ten spytał (na zimowisku), czy mu koledzy dokuczają. Nie zwierzył się rodzicom, bo nie chciał, by uznano go za skarżypytę. Do zaplanowanego przez obie rodziny spotkania z drużynowym nie doszło, bo rodzice zastępowego (tego od przemocy w Pionkach) nagle się wycofali. - 6 lutego odbyła się zbiórka, podczas której słowami:

„hańba wam”


drużyna potępiła tych, którzy weszli na lód, a Krzyś usłyszał: „chwała mu” za właściwą reakcję na zagrożenie. Potem drużynowy zarządził na dziedzińcu szkolnym walkę na miecze, w której młodsi harcerze mieli pokonać strach przed starszym i silniejszym. - To były miecze z rurki, wypełnionej gresem i otoczonej pianką, wykonane na zimowisku. Drużynowy wydał komendę, by pierwszą walkę stoczył 15-letni zastępowy Sz. z 10-letnim Bartoszem. - „Robiłem uniki, ale on trafił mnie pałką w brzuch tak mocno, że gazy mi poszły”, opowiadał mi syn - relacjonuje pani Katarzyna, mama Bartosza. Była zszokowana informacją o tym, co ten sam zastępowy zrobił koledze syna.

- Krzyś chwycił za rękojeść „miecza” i próbował go odwrócić, ale nie zdążył, bo Sz. silnie się zamachnął: uderzył syna w dłoń i złamał mu kość śródręcza - opowiada pan Ireneusz, który z auta obserwował pojedynki na szkolnym dziedzińcu. Nie zareagował, gdy syn skulił się i drużynowy zabrał go do harcówki, bo nie chciał, by koledzy się śmiali. „To był drobny incydent - stłuczenie. Zawiązałem mu rękę bandażem i jest w porządku”, usłyszał od drużynowego, który przyprowadził syna do auta. Ręka jednak obrzmiała, więc ojciec pojechał z Krzysiem do szpitala, gdzie zdiagnozowano złamanie kości śródręcza z przemieszczeniem.

- Syna czeka długie leczenie, a że jest uczniem szkoły sportowej, grał w piłkę i na gitarze to całkiem załamało mu się życie - twierdzą rodzice Krzysia. Oni i rodzice Bartosza spotkali się z przełożonymi drużynowego (z komendy chorągwi ZHR). - Myśleliśmy, że wyciągną konsekwencje wobec tych, którzy zaniedbali opiekę nad małoletnimi, narażając je na utratę zdrowia i życia, ale reakcja była zgoła inna - słyszymy.

„Informuję, że państwa syn (...) dh Krzysztof został zwolniony z 7. Bydgoskiej Drużyny „Nadzieja” i ZHR” - takie pismo przysłał im drużynowy Michał P. - To był dla Krzysia cios - mówią rodzice.

Skąd taka decyzja? - Nie chcę o tym rozmawiać - odpowiada drużynowy.

Prokuratura sprawdzi


Bogusława Pasieka-Butkiewicz, rzeczniczka kujawsko-pomorskiego okręgu ZHR: - Sprawa jest trudna, bo z jednej strony mamy chłopca dobrze postrzeganego w drużynie, który musi się z niej na jakiś czas usunąć, bo choć nie zawinił, to wydarzenia potoczyły się przeciw niemu, a z drugiej - młodego ideowego drużynowego, który wierzy, że jego służba w ZHR przyniesie pożytek. Różne są też relacje uczestników tych niefortunnych zdarzeń, ale ich weryfikacją zajmuje się prokuratura.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.