Rewolucja na rynku pracy?

Małgorzata Oberlan 11 marca 2016

Koniec z patologią na rynku pracy! - z tym hasłem do zmian przystąpił rząd. Aby ograniczyć umowy śmieciowe, obiecał wprowadzenie płacy minimalnej dla zleceniobiorców. 12 zł za godzinę obowiązywać miało od kwietnia. Kolejnym terminem był lipiec. Tymczasem trwa wyjątkowo ostry spór związkowców i pracodawców. Zresztą, dotyczy on też inspekcji pracy i handlu w niedziele. Co z tego wyniknie dla pracownika?

Jacek Żurawski, przewodniczący NSZZ „Solidarność” regionu toruńsko-włocławskiego z ulgą przyjmuje wzmocnienie inspekcji pracy. - Zapowiadanie przez PIP kontroli z tygodniowym wyprzedzeniem zakrawało na kpinę - mówi

Fot.: Sławomir Kowalski


Szczerze? Nie wierzę, żeby mój szef nie obszedł tej minimalnej stawki. Po prostu zamiast dziesięciu godzin pracy zleci mi pięć. Tak, żeby kasa nadal mu się zgadzała. Już dziś go nie interesuje, jakim cudem oblatuję swoje metry kwadratowe. Ma być wypucowane i już - mówi zrezygnowanym tonem pani Aneta, pracująca dla jednej z agencji sprzątających w Toruniu. Firma daje zlecenia i płaci 5,6 zł „na rękę” za godzinę. Mało? Pani Aneta uśmiecha się znacząco. - Są tacy cwaniacy, którzy próbują płacić mniej o połowę - zapewnia.

Biali murzyni w regionie


Agencja X znana jest z tego, że jej ogłoszenie do pracy przy sprzątaniu jednego z toruńskich szpitali było wiecznie aktualne. Usiłowała znaleźć sprzątaczki za 2,4 zł netto na godzinę.


- Agencja Y, bardzo duża i znana, o wiele lepsza nie jest. Obecnie płaci 4,3 zł na rękę. Agencja Z tylko trochę lepiej - 5,10 zł. Żeby wyrobić jakieś 1500 zł „na rękę” w miesiącu trzeba się zdrowo naharować - dodaje pani Aneta. - Schorzenia zawodowe? Alergie, grzybice, przeciążony kręgosłup, żylaki... Ale żadnego szefa to nie interesuje.

PRZECZYTAJ: Ta sama stawka minimalna za zbieranie liści i księgowanie? To absurd!

Za porządne w Kujawsko-Pomorskiem uznaje się już te firmy sprzątające, które na zleceniach płacą kobietom po 8 zł netto za godzinę. Gdy któraś dostanie zlecenie za 11 zł, może powiedzieć, że złapała pana Bogi za nogi. - Na umowy o pracę, owszem, bywamy zatrudniane. Ale najczęściej dotyczy to osób z grupą inwalidzką. Wiadomo, że za taką właścicielowi dopłaca Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych...

Niepełnosprawni to również pożądani pracownicy w... agencjach ochroniarskich. Niezorientowanych może dziwić, że ktoś z fizyczną ułomnością to idealny kandydat do ochrony mienia, ale tak właśnie jest. Ochroniarze to wielka armia, której przedstawicieli spotkamy w sklepach, urzędach, na osiedlowych parkingach, w jednostkach wojskowych. W wielu przypadkach to ludzie pracujący na głodowych stawkach.

- W obecnej firmie zarabiam 4 zł netto na godzinę. Ostatnio mam kłopoty z rozliczeniem tych godzin, bo nie dostaję kwitków przy wypłacie. Niestety, muszę też pracować w nocy - opowiada pani Beata, młoda absolwentka technikum, ochraniająca pewien parking (pracuje na zlecenie, bo jest w pełni sprawna). - W agencji X zarabiałam bodajże 6-7 zł na godzinę, nie było więc źle. Ale praca w większości była na stojąco, po 12 godzin za jednym zamachem. Oczywiście, o urlopach, wolnych na święta i tym podobnych rzeczach nawet się nie słyszy.

Na samym dole ochroniarskiej drabiny znajdują się osoby, które nie mają licencji. - U nas takim płacą od 4,6 do 5,8 zł netto za godzinę. Pracownik z licencją, jak ja, jest bardziej doceniany. Stawkę ma w wysokości od 12 do 20 zł - zdradza z kolei pani Magdalena z Chełmży. - Największy koszmar w pracy? Jesteś ochroniarzem na budowie, a tam lipa: ani WC, ani gdzie zjeść, a stawka 3,5 zł na godzinę. Tak też w naszych okolicach bywa...

Porozumienie nie jest możliwe?


Przepisy wprowadzające minimalną stawkę godzinową na umowie-zleceniu (12 zł brutto, czyli 8,7 zł netto) miały pomóc zatrudnionym na głodowych stawkach. Z hasłem ograniczania „śmieciówek” szło do wyborów Prawo i Sprawiedliwość, ale i inne ugrupowania polityczne wyrażały poparcie dla wprowadzenia minimalnej godzinówki. Optymistycznie zapowiadano, że wejdzie w życie w kwietniu. Potem, że w lipcu...

Obecnie, gdy projekt ustawy jest przedmiotem konsultacji społecznych, nawet ten drugi termin przestaje być realny. Organizacje reprezentujące pracodawców wysuwają coraz to nowe argumenty przeciw. Związkowcy natomiast zdecydowanie bronią projektu. Na forum Rady Dialogu Społecznego obie strony już dwukrotnie zrywały rozmowy.

Zdaniem pracodawców, reprezentowanych m.in. przez Konfederację Lewiatan, organizację Pracodawcy RP, Business Centre Club i Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej, cały projekt ustawy to ingerencja w swobodę umów cywilno-prawnych. Zaś już obowiązek dokładnego ewidencjonowania godzin przepracowanych przez zleceniobiorcę - kompletny absurd i biurokratyczne brzemię (więcej - na sąsiedniej stronie w rozmowie z Beatą Sobczak, prezes K-POP Lewiatan). Pracodawcy domagają się wyłączenia spod działania ustawy takich dziedzin jak np. usługi księgowe, informatyczne, cateringowe, a także mechaników samochodowych, instalatorów, doradców i agentów finansowych, o roznosicielach ulotek nie wspominając...

Strona związkowa, reprezentowana przede wszystkim przez NSZZ „Solidarność” oraz OPZZ, wyłączeniom mówi zdecydowane „nie”. Przypomina, że w ramach etatów też bywają problemy z ewidencjonowaniem godzin pracy, ale od tego jest Państwowa Inspekcja Pracy, by rozstrzygać ewentualne spory.

Koniec śmiechu z inspekcji


I tu docieramy do kolejnego zarzewia konfliktu... Wzmocnienie pozycji inspekcji rząd PiS oraz związkowcy uważają za niezbędne. Więcej, już nastąpiła zmiana w interpretacji przepisów, przywracająca PIP możliwość kontrolowania wszystkich pracodawców bez zapowiedzi. Budzi to sprzeciw pracodawców, podobnie jak wizja inspektorów sprawdzających w firmie, czy zleceniobiorcom szef płaci minimum 12 zł brutto za godzinę. Wszak dotąd płace i czas inspektorzy władni byli kontrolować tylko w odniesieniu do osób zatrudnionych na podstawie umów o pracę.

- Takie zapowiadane siedem dni wcześniej kontrole były mało sensowne. Szczególnie w zakładach, które sprawdzano pod kątem szkodliwych warunków pracy. Ludzie skarżyli się, że ledwo żyją. Inspektor zapowiadał kontrolę i... zaczynało się! Wietrzenie, malowanie, sprzątanie, przesuwanie pracowników na bezpieczne stanowiska pracy. Przyjeżdżali inspektorzy, mierzyli stężenie szkodliwych substancji, kontrolowali pomieszczenia i dochodzili do wniosku, że nie jest źle - relacjonuje Jacek Żurawski, przewodniczący NSZZ „Solidarność” regionu toruńsko-włocławskiego.

Ba! Pozycja inspektorów z pewnością została podkopana. - Pracownicy byli rozczarowani i zapowiadane kontrole nazywali kpiną. Niektórzy pracodawcy natomiast (choćby szef wielkiego zakładu w strefie ekonomicznej w Ostaszewie) otwarcie wyśmiewał się z takich kontroli. Wiem też, że sami inspektorzy pracy bywali zażenowani sytuacją. Z jednej strony przypominali o obowiązkach behapowskich pracodawców, z drugiej - nie byli w stanie ich egzekwować - dodaje Jacek Żurawski.

Nietrudno się domyślić, że powrót nagłych kontroli oburzył pracodawców. Ich organizacje podnosiły, że „przecież najczęściej wystarczyła sama zapowiedź kontroli, by pracodawca dokonał zmian na lepsze”.

Co ciekawe, obowiązek zapowiadania kontroli wcale nie został PIP narzucony. Przypomnijmy, że w 2009 roku to Tadeusz Zając, ówczesny główny inspektor pracy, wyraził przekonanie, że uchwalona 5 lat wcześniej Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej wymaga tego typu samoograniczenia PIP. Tym sposobem polska inspekcja stała się chyba jedyną taką formacją w Europie, która musiała z minimum tygodniowym wyprzedzeniem anonsować swoje kontrole.

Kolejny bój: o wolną niedzielę


- Mam nadzieję, że tak, jak kilkuletnimi staraniami udało nam się doprowadzić do skrócenia handlowania w Wigilię, tak teraz wygramy dla pracowników handlu wolną niedzielę. Oczywiście, w całym regionie bydgoskim włączymy się w zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy - nie kryje Sebastian Gawronek, wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność” regionu bydgoskiego.

Argumenty pracodawców, mówiące np. o wzroście bezrobocia, szybko zbija. - Jakoś ograniczenie handlu 24 grudnia nie wpłynęło na wielkość sklepowych obrotów. Po prostu ludzie zrobili zakupy wcześniej. Przy wolnej niedzieli zrobią je w sobotę - uważa. - Pragnę przypomnieć, że w ubiegłym roku przeprowadziliśmy w Bydgoszczy sondaż wśród młodych osób pracujących w handlu. Dominowali ci, którzy niedawno założyli rodziny. Ponad 90 proc. z nich odpowiedziała, że chciałaby mieć wolne wszystkie niedziele. To dzień dla rodziny, argumentów katolickich już nawet nie dotykając.

W środę, 8 marca, Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego zorganizował w Sejmie spotkanie m.in. na temat wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę. Założenia obywatelskiego projektu ustawy wprowadzającej zakaz przedstawiał Alfred Bujara, szef szef Krajowej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”.

Zgodnie z założeniami, handel zakazany byłby w niedziele, święta, Wigilię i Wielką Sobotę. Wyjątkiem byłoby kilka niedziel w roku, m.in. te przedświąteczne i tzw. niedziele wyprzedażowe. Wyłączone spod działania ustawy zostałyby też sklepy o powierzchni do 5 metrów kwadratowych, prowadzone przez właścicieli i członków ich rodzin, piekarnie, stacje benzynowe do 300 metrów kwadratowych, sklepy w szpitalach, na lotniskach, kwiaciarnie, sklepy z dewocjonaliami itp. Według zapowiedzi Bujary, związkowcy w całym kraju zbierać będą teraz podpisy pod obywatelskim projektem.

Warto wiedzieć: Umowy śmieciowe


Z danych GUS wynika, że na umowach cywilnoprawnych pracuje ok. 2 mln Polaków, z czego 1,5 mln jest zatrudnionych na umowy-zlecenia, zaś 0,5 mln na umowy o dzieło. Nie jest tajemnicą, ze pracodawcy często jednak nadużywają umów śmieciowych.

Przeprowadzone w ubiegłym roku kontrole PIP wykazały, że 15 proc. zawartych umów-zleceń spełniało warunki charakterystyczne dla umów o pracę, czyli wykonywanie czynności w miejscu i czasie wskazanym przez zleceniodawcę, pod jego ścisłą kontrolą. Mimo to osoby „na śmieciówkach” nie mają prawa do urlopu wypoczynkowego, odprawy i innych świadczeń, wynikających z prawa. Ich Kodeks pracy nie obejmuje.

Od 1 stycznia 2016 r., zgodnie z nowymi przepisami, od umów-zleceń pobierane są składki emerytalne i rentowe. Składki te odprowadzane są od kwoty równej co najmniej pensji minimalnej, która wynosi w tym roku 1850 zł brutto.

Zleceniodawca ma obowiązek zgłosić zleceniobiorców do obowiązkowych ubezpieczeń, czyli emerytalnego, rentowego i wypadkowego oraz musi opłacać składkę na ubezpieczenie zdrowotne. Przy umowach o pracę nadal jednak zakres obowiązkowych ubezpieczeń jest szerszy. Osoba zatrudniona na etacie podlega ubezpieczeniom na zasadach określonych dla pracowników, czyli obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnym, rentowym, chorobowemu, wypadkowemu, a także ubezpieczeniu zdrowotnemu. Żadnych składek nadal nie odprowadza się od umów o dzieło.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.