Dziecko nie oddycha? Tylko bez paniki!

Dorota Witt 7 marca 2016

Zadławienie folią, zatrucie kostką toaletową, upadek z przewijaka, klocek w nosie, groszek w uchu - dla małego dziecka potencjalnym zagrożeniem jest właściwie wszystko. Co w takiej sytuacji robić? Przede wszystkim działać z głową.

Statystyki wskazują, że dom to niebezpieczne dla dzieci miejsce. Aż 70 proc. wypadków z udziałem maluchów ma miejsce właśnie w domu

Fot.: 123rf


Brodnicki policjant Mariusz Szczepański odebrał telefon od roztrzęsionej matki. Krzyczała, że jej 7-miesięczny synek nie oddycha. Że zadławił się kawałkiem folii. Chciała pomocy pogotowia, ale w stresie pomyliła numery. Może i dobrze, bo policjant zadziałał natychmiast - spokojnie poinstruował matkę, co ma robić i uratował niemowlę. Gdy przyjechała karetka, dziecko oddychało już normalnie.


Dyżurni, by wysłać pomoc do nieoddychającego czy poparzonego dziecka, często muszą najpierw przekrzyczeć zdenerwowanego rodzica. Po kilkanaście razy pytają o adres, nim uda im się opanować emocje rodziców. Ratownicy medyczni przekonują, że łatwiej opanować panikę i skutecznie pomóc dziecku, gdy pozna się podstawy pierwszej pomocy pediatrycznej, i to te aktualne, bo zasady jej udzielania zmieniły się dość istotnie od czasów naszego dzieciństwa.

Statystycznie taka wiedza przyda się na pewno, bo rocznie polscy lekarze ratują około miliona dzieci - ofiar wypadków. Dla porównania - w wypadkach drogowych na miejscu ginie ok. 400 dzieci rocznie. Do nieszczęśliwych zdarzeń z udziałem maluchów najczęściej dochodzi w domach i szkołach. To właśnie wypadki, a nie choroby są główną przyczyną śmierci wśród małych dzieci.

Na kursy pierwszej pomocy przychodzą nie tylko rodzice, ale także nianie, nauczyciele wychowania przedszkolnego, babcie i dziadkowie. - Od kursantów seniorów słyszę często, że własnym dzieciom, kiedy się czymś zadławiły, pomagali, podnosząc je za stopy i wytrząsając - mówi ratownik Adam Acher z Centrum Ratownictwa Ratea, które organizuje kursy udzielania pierwszej pomocy dzieciom, m.in. w Bydgoszczy i Toruniu. - Każdy ratuje jak potrafi, bo to lepsze niż nie robić nic, ale w ten sposób możemy uszkodzić panewki stawu biodrowego i spowodować dysplazje stawów.

Jak pozbyć się folii?


Zatrzymanie oddechu u dziecka to najczęstszy problem wymagający zastosowania zasad pierwszej pomocy. Trzeba działać inaczej niż w przypadku dorosłego, który przestaje oddychać najczęściej z przyczyn sercowych, a nie oddechowych, jak dziecko.

- Ważne są też różnice anatomiczne, bo niemowlakowi nie możemy udrożnić dróg oddechowych, odchylając głowę maksymalnie do tyłu tak, jak się to robi u starszego dziecka i u dorosłych - przestrzega Adam Acher.

Kawałek folii czy papieru, który maluch włoży sobie do buzi, może przykleić się do podniebienia, dlatego trudno jest pozbyć się tego przedmiotu, kiedy dojdzie do zadławienia. Właśnie na wydostaniu na zewnątrz przedmiotu, który zablokował drogi oddechowe dziecka, polega w tym przypadku pierwsza pomoc.

- Trzeba próbować wyciągnąć go z ust dziecka palcami, ruchem haczykowatym lub pęsetowatym. Pochylić dziecko do przodu (niemowlaka ułożyć sobie brzuszkiem na przedramieniu z głową skierowaną ku dołowi, kilkulatka - przełożyć przez kolano), złożyć swoją dłoń w łódeczkę/ łyżeczkę i uderzać między łopatki - aż do wypadnięcia ciała obcego, maksymalnie 5 razy. U dzieci i osób dorosłych sprawdzi się wykonywanie uciśnięcia ruchem haczykowatym na nadbrzusze, dzięki czemu wytworzy się ciśnienie, które wypchnie ciało obce z dróg oddechowych - radzi Adam Acher. - Po tych czynnościach niezbędne jest wykonanie USG, ale jest to bardzo skuteczna metoda. Nie wykonamy tych czynności u niemowlaków i kobiet w widocznej ciąży. U niemowlaków zamiast uciśnięć nadbrzusza będziemy wykonywali uciśnięcia klatki jak przy resuscytacji na zmianę z uderzeniami między łopatki w stosunku 5 uderzeń między łopatki, 5 uciśnięć klatki piersiowej. Jeśli dziecko traci przytomność i nie oddycha, przechodzimy do resuscytacji.

Zdarza się, że dziecko przestaje oddychać, gdy zanosi się płaczem lub nieprzerwanie się śmieje. W takiej sytuacji naszym zadaniem jest dostarczenie dziecku silnego bodźca. Można dmuchnąć mu w twarz, potrzeć je mocno za stopę, potrzeć dłonią wzdłuż kręgosłupa lub wyjść z dzieckiem na dwór.

Adam Acher: By pozbyć się np. zielonego groszku w nosie, powiedzmy dziecku: „nabierz powietrza ustami i dmuchnij nosem”.


Ratownicy wśród domowych zagrożeń wymieniają też małe przedmioty, które lądują w nosie dziecka: klocki, kółka od autka, zielony groszek… - Nie radzę w takich sytuacjach polecać dziecku „dmuchnij nosem”, bo możemy mieć pewność, że maluch najpierw nabierze powietrza nosem, przez co ciało obce przesunie się w głąb - dodaje Adam Acher. - Powiedzmy: „nabierz powietrza ustami i dmuchnij nosem”. Jeśli nie zadziała, potrzebna będzie specjalistyczna pomoc laryngologa.

Poza zasięgiem rąk!


Wiele zagrożeń czyha na dziecko w łazience. Za zatrucia i poparzenia chemiczne u dzieci zawsze odpowiadają dorośli. To oni muszą zadbać o to, żeby środki chemiczne znalazły się poza zasięgiem małych rączek. - Nie przelewajmy żadnych płynów do butelek, nie rozcieńczajmy nawozu do storczyka w szklance, bo nawet dorosły może się wtedy pomylić, zapomnieć - przestrzega Adam Acher. - Gdy już dojdzie do takiego zatrucia środkami chemicznymi, nie można wywoływać wymiotów, bo grozi to powtórnym poparzeniem dróg oddechowych, bardzo niebezpiecznym. W takiej sytuacji musimy zadzwonić na pogotowie. Jeśli wiemy, co dziecko wypiło, oszacujmy ile, zabierzmy ze sobą na pogotowie opakowanie po tym środku. Jeśli nie wiemy, czym się zatruło: zabezpieczmy wymiociny do badań. W przypadku połknięcia leków, dziecko uratują wymioty. Należy je wywołać, podając mu do picia wodę z solą.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.