- Przyniosłaś wstyd całej parafii - słyszą zakonnice, które zrzucają habit

Dorota Witt 7 marca 2016, aktualizowano: 07-03-2016 17:26

O tym, na czym polega posłuszeństwo w klasztorze i o tym, kto traktuje siostry jak niewolnice, mówi MARTA ABRAMOWICZ, autorka wydanej w lutym książki pod tytułem „Zakonnice odchodzą po cichu”.

Marta Abramowicz: - Wielkim problemem polskich zakonów żeńskich jest brak dialogu

Fot.: Grzegorz Olkowski



Głośno zrobiło się po wydaniu Pani książki „Zakonnice odchodzą po cichu”. One same też zabierają głos?
Każdego dnia dostaję po kilkanaście maili od czytelników. Piszą też byłe siostry. Dziękują za książkę, za to, że ktoś wreszcie ruszył ten temat. Piszą rodziny zatroskane tym, co dzieje się z ich córkami, ciotkami, kuzynkami za klasztornymi murami. Byłe zakonnice często przyznają, że sięgając po książkę, spodziewały się sensacji, a znalazły siebie. Mówią: „znam to”, „też przez to przeszłam”. Ktoś z rodziny pewnej zakonnicy napisał, że jego kuzynka cierpi na depresję, z zakonu trafiła do szpitala psychiatrycznego. Pytał, jak jej pomóc. Dostałam też mail od księdza terapeuty, zatytułowany „Bingo”, w którym opisuje swoją pracę z siostrami przechodzącymi w zakonie kryzys psychiczny. Te listy wyrażają to, że książka trafia w sedno. Ale czytam też komentarze pod tekstami o książce w Internecie. Tam byłe zakonnice, podobnie jak moje bohaterki, mówią, że najgorsze w zakonie to utracić sens powołania, poświęcenia, służenia Bogu i ludziom. Kiedy mija się pokój, w którym leży umierająca osoba, mając świadomość, że nie można do niej wejść, porozmawiać, potrzymać za rękę tylko dlatego, że czekają obowiązki, których nie można odłożyć na później, bo siostra przełożona się na to nie godzi. Kiedy trzeba zostawić na noc na przystanku zmarzniętą staruszkę, która przyjechała do miasta na pierwszą komunię wnuczki, bo taka jest decyzja siostry przełożonej.

Przyrównuje Pani hierarchię w zakonie do układu sił w korporacji. Nakazy, zakazy, obowiązki nakładane przez siostrę przełożoną wynikają ze złej woli czy mają czemuś służyć?
Posłuszeństwo w żeńskim zakonie ma być absolutne. W przełożonych trzeba widzieć istotę boską i przyjmować to, co nakazują, bez szemrania. Już nowicjuszki uczy się, że bezgraniczne posłuszeństwo w najdrobniejszych czynnościach (nieposłuszeństwem jest już zjedzenie jabłka o niewłaściwej porze, wyjście z pokoju wieczorem czy zaprzyjaźnienie się z inną zakonnicą) i umartwianie się, zbliża je do Boga. Siostry godzą się na to, dopóki widzą sens tych starań. Oczywiście byłe zakonnice opowiadały mi o złośliwych przełożonych, o tym, że potrafiły uwziąć się na którąś zakonnicę. Sytuacje, jakie opisywały bohaterki, wiele osób po lekturze książki nazywa mobbingiem. Jednak najtrudniejsze zdarzenia, te, które przesądzały o odejściu, to konflikty sumienia. Siostra Agnieszka opowiadała mi, że nie mogła pomagać innym - chorym i bezdomnym - choć tym właśnie miało zajmować się zgromadzenie. Mówiła o sytuacjach, kiedy dzwonił do niej w nocy ktoś umierający, prosił, żeby przyszła, a przełożona zabraniała. Jeden z moich rozmówców, dominikanin, powiedział, że gdyby zalecał siostrom kierowanie się swoim sumieniem, to sumienie wyprowadziłoby je z zakonów…

Pisze Pani, że w innych krajach zakony są bardziej „demokratyczne”…
Wielkim problemem polskich zakonów żeńskich jest brak dialogu. Decyzja przełożonej jest zawsze decyzją ostateczną i nie ma miejsca na dyskusję. A wola przełożonej to przecież wola boża - w ten sposób można wytłumaczyć wszystko i uciąć każdą próbę rozmowy. Siostry w USA, Kanadzie czy Francji mają więcej wolności. Tam reformy Soboru Watykańskiego II zmieniły bardzo wiele. Słuchając moich bohaterek miałam wrażenie, że do nas reformy soboru nie dotarły albo dotarły bardzo powierzchownie. Czytałam wspomnienia Karen Armstrong, dziś profesorki Oxfordu, zakonnicy, która odeszła ze swojego zgromadzenia w latach 60. Pisała o tym, że przełożona zmusza ją do szycia na maszynie bez igły. Te i inne wspomnienia sióstr z lat 50. wydały mi się bardzo bliskie temu, czego doświadczyły bohaterki książki. Zaczęłam się więc zastanawiać, dlaczego na Zachodzie, dlaczego u polskich dominikanów tak to nie wygląda? Moje bohaterki opowiadały mi, że tylko od opinii przełożonej zależało to, czy zrobią maturę, czy pójdą na studia. W zakonach męskich z definicji jest inaczej, bo wykształcenie otrzymują w ramach swojej formacji, w seminariach. To dlatego, że mężczyzna może być księdzem. A zakonnice? Mogą mu na przykład usługiwać. Siostry nie są proszone do współprowadzenia duszpasterstw z księżmi, nie wykładają, jak duchowni, na wyższych uczelniach, nie są zapraszane jako ekspertki do telewizyjnego studia. Zresztą, w przestrzeni publicznej nie ma ich w ogóle.

Jeden z duchownych mówi Pani, że księża traktują zakonnice jak niewolnice...
Już pod koniec lat 90. siostra Celestyna Giertych, wikaria generalna felicjanek, dziś matka generalna, mówiła w wywiadzie: „Bóg nie chce, żebyśmy były wycieraczkami”. Zakonnice usługują księżom w bardzo różnych czynnościach: sprzątają, piorą, gotują, układają kwiaty na ołtarzu. Takie jest ich miejsce. Ale nie o ilość pracy tu chodzi, nawet nie o jej rodzaj. Chodzi o to, jaki stosunek do sióstr mają księża. Zwyczajnie ich nie szanują, co widać na każdym kroku, choćby wtedy, kiedy młody ksiądz każe starszej zakonnicy wstać, by on mógł usiąść.

Odejścia zakonnic to dowód dużej odwagi…
Tak, bo odchodzą donikąd. Jeśli ich rodzice już nie żyją albo jeśli pochodzą z maleńkiej wsi, gdzie słyszą „przyniosłaś wstyd całej parafii”, nie mają dokąd wracać. Myślałam sobie: „może z zakonów odchodzą te, które nie były gotowe do życia w klasztorze, te niedojrzałe”. Kiedy poznałam byłe zakonnice, zaczęłam przyglądać się ich życiu zbudowanemu od podstaw. Same musiały zdobyć mieszkanie, wykształcenie, pracę; każdej się udało, a do tego wiele udziela się społecznie - jedne dla bezdomnych zwierząt, inne dla zaniedbanych dzieci. Jako siostry mogłyby zrobić jeszcze więcej dobrego, gdyby im na to pozwolono.


Teczka osobowa: Marta Abramowicz


Jest reportażystką, badaczką, psycholożką. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie naukowo związana jest z Uniwersytetem Gdańskim.

Specjalizuje się w edukacji antydyskryminacyjnej, zarządzaniu wiekiem i równości płci.Od lat współpracuje z działającymi w Trójmieście organizacjami, zajmującymi się osobami wykluczonymi. Przez dziesięć lat kierowała kampanią przeciw homofobii. Najgłośniejszą akcją tej organizacji pod jej kierunkiem był wizerunkowy projekt „Niech nas zobaczą”, pokazujący w przestrzeni publicznej wizerunki par homoseksualnych.

Jest autorką dwóch największych polskich badań nad sytuacją społeczną osób LGB. Można się z nią skontaktować przez stronę www.martaabramowicz.pl.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.