Stop mobbingowi! - ogłasza rektor UMK i po aferze w Collegium Medicum wprowadza politykę budowania pozytywnych relacji

Grażyna Ostropolska 4 marca 2016

Policja na zlecenie prokuratury sprawdza, czy Magdalena B., zastępca kanclerza, dopuszczała się łamania praw pracowniczych, a do naszej redakcji przychodzą kolejne rozpaczliwe listy od jej podwładnych.

Ankieta przeprowadzona przez PIP wykazała, że część pracowników CM UMK czuje się ofiarami mobbingu

Fot.: Dariusz Bloch


Jesteśmy u kresu wytrzymałości. Boimy się, że choć trwa aktualnie rektorska procedura zwalniania pani B. za mobbing, to sprawa zostanie zamieciona pod dywan, a ona wróci, bo ma pomocne układy (…) - to fragment jednego z nich.


- Nie ma obaw. Wprawdzie zastępca kanclerza Magdalena B. przebywa na zwolnieniu lekarskim i nie można jej skuteczne doręczyć wypowiedzenia, to jest to tylko kwestią czasu - uspokaja Marcin Czyżniewski, rzecznik UMK.

O tym, że część pracowników administracyjnych Collegium Medicum czuje się ofiarami mobbingu, stało się głośno po tym, jak prof. Andrzej Tretyn, rektor UMK, zawnioskował do PIP o przeprowadzenie ankiety. Wykazała ona, że nieomal dwie trzecie podwładnych B., którzy ankietę wypełnili, odczuło zachowania noszące znamiona mobbingu. Zastępca kanclerza miała wydawać sprzeczne decyzje, źle traktować, poniżać i używać słownej agresji wobec pracowników.

Marcin Czyżniewski, rzecznik UMK: Wprawdzie Magdalena B. przebywa na zwolnieniu lekarskim i nie można jej skuteczne doręczyć wypowiedzenia, to jest to tylko kwestią czasu.


- Nikogo nie mobbingowałam ani nie poniżałam, nie stosowałam też świadomej agresji słownej. Byłam po prostu osobą konkretną i wymagającą, która pracę przedkładała ponad wszystko, czego dziś żałuję - broni się Magdalena B. Twierdzi, że gdy w listopadzie dowiedziała się od rektora, że chce ją zwolnić, gdyż są na nią

skargi,


była w szoku, bo... - Nikt mi wcześniej tych skarg nie przedstawiał ani o nich nie informował, a rektor Tretyn przez trzy lata nie znalazł czasu na to, by ze mną porozmawiać, choć na to nalegałam - zaznacza B.

Z uczelnią jest związana od 16 lat. - Powiem nieskromnie, że prorektor Jan Styczyński i jego poprzedniczka Małgorzata Tafil-Klawe bardzo wysoko oceniali moją pracą, a gdy sprawa zwolnienia mnie stanęła na radzie CM UMK, potwierdzili moje oddanie sprawom uczelni - mówi Magdalena B.

- Na tym grudniowym posiedzeniu rady powiedziałem, że, owszem, zasługi pani wicekanclerz są duże, ale tylko w dążeniu do celu, bo człowiek jest dla niej nieważny - wspomina Tadeusz Arndt, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Collegium Medicum. Pamięta, że prorektor Jan Styczyński przeczytał wtedy członkom rady list od pani wicekanclerz, w którym ta wymieniała swoje zasługi. - Wszędzie było: „ja” i ani jednego stwierdzenia, że wykonała to zadanie wspólnie z zespołem lub że zrobili to pracownicy pod jej nadzorem - zauważa Arndt, a jego zastępca Łukasz Gorzelak dodaje, że to brak szacunku dla ludzi.

Do związków od dawna docierały skargi na panią kanclerz, ale...

- Sporo było niepodpisanych, bo ludzie się bali, a my niewiele mogliśmy w takiej sytuacji zrobić, więc tym, którzy do nas przychodzili, mówiliśmy: „Jeśli już nikomu nie wierzycie to

idźcie do rektora


Tretyna” - przyznają działacze. Wstrząsnęła nimi historia pracownicy, którą pani wicekanclerz zwolniła dyscyplinarnie.- Za kradzież papieru toaletowego wartego 20 zł, a rok później ta 40-letnia kobieta już nie żyła, bo zżarł ją stres i obudził się rak- wspomina Arndt, który bronił zwolnionej w sądzie pracy.

O tym, że wielostronicowe skargi na Magdalenę B. płyną do władz uniwersytetu, związkowcy wiedzieli nie tylko od ich autorów. - Prorektor Andrzej Sokala pokazał nam gruby na 10 cm plik i zaznaczył, że wszystkie skargi podpisano. Ich treść nie jest nam znana, ale przyjdzie pora, że związek otrzyma prawo wglądu w te dokumenty - prognozują związkowcy. W grudniu poparli decyzję rektora o rozwiązaniu umowy z zastępcą kanclerza, bo zapewniono ich, że zarzuty wobec pani B. są zasadne i zostaną udowodnione.

- I proszę nie łączyć tego z propozycją podziału UMK, jak niektórzy próbują to czynić, bo casus pani B. i usamodzielnienie CM to dwie różne sprawy - zaznaczają kategorycznie.

- Skoro były na mnie skargi do związków, to dlaczego mnie o tym nie informowano! - dziwi się Magdalena B.

- Pani wicekanclerz była przekonana, że wyłącznie ona ma rację, a prorektor Styczyński utożsamiał się z jej decyzjami, więc dopiero ankieta antymobbingowa dała pracownikom możliwość wypowiedzenia się bez konsekwencji - zauważa Łukasz Gorzelak. Związkowcy zgodnie twierdzą, że zwyczaj złego traktowania podwładnych narastał u pani B. stopniowo. - To był

syndrom ukorzeniania wszechwładzy.

Kolejne nagrody, gratulacje z okazji otwarcia nowej inwestycji. Fachowcy byli zwalniani i obciążani winą za nieprawidłowości w ich wykonaniu, a pani wicekanclerz zbierała laury i pochwały. Jeśli 50 ludzi się myliło, a ona jedna nigdy, to chyba coś jest nie tak - uważają związkowcy. Rozumieją zachwyt profesorów nad panią B., bo... - Ona z nimi inaczej rozmawiała i w lot załatwiała to, o co prosili - tłumaczą.

W ostatnim liście do redakcji pracownicy CM UMK podają przykłady nepotyzmu, zaznaczając, że wcześniej te same informacje przekazali rektorowi, ale... „Obawiamy się, że zadziała układ pomocy i zostaną one zamiecione pod dywan”, zaznaczają.

„Lukratywna umowa dla brata Magdaleny B. na prowadzenie automatów do kawy i batonów w CM UMK, „Juraszu” i „Bizielu”. Czynsz niski, a uczelnia traci” - to pierwszy zarzut z listu. - Kiedy brat podpisywał umowę z Akademią Medyczną, ja nie byłam jeszcze osobą decyzyjną, a czynsze co roku są podwyższane - zapewnia B.

Sugestię, jakoby miała wpływ na zatrudnienie krewnego na stanowisku kierownika domu studenta, który „zastrasza pracowników, obnosi się swoimi układami z B. i ma wysokie zarobki” też uważa za nieuprawnioną, bo... - On został wybrany z konkursu, który rozstrzygała kilkuosobowa komisja. Ja też w niej zasiadałam - tłumaczy.

Głośnym echem odbiła się na uczelni sprawa przetargu na sprzedaż służbowej skody po prorektorce. „Wpłynęły dwie oferty i wygrała sekretarka pani B. z ceną o 1 zł wyższą, co wzbudziło podejrzenia, że koperty otwarto w biurze z-cy kanclerza przed przetargiem”, czytamy w liście do redakcji. - Było publiczne otwarcie ofert i na pewno nie doszło do fałszerstwa. Od razu, gdy pojawiły się skargi, pisałam wyjaśnienie dla rektora, a potem nikt już ze mną o tym nie rozmawiał - tłumaczy Magdalena B. O innych zarzutach z listu mówi, że to pomówienia. - Był ze mnie taki...

murzyn do roboty.


- Musiałam podejmować trudne, odpowiedzialne decyzje i trzymać wszystko twardą ręką, a takich szefów się nie lubi - uważa. - Problem w tym, że pani wicekanclerz była dla władz uczelni wygodna i oddano jej pełnię władzy bez żadnej kontroli, a to ją rozzuchwaliło - ripostują jej przeciwnicy. Są wdzięczni za decyzję rektora o zwolnieniu zastępcy kanclerza. - Wiemy, że ważą się też losy pani Sz., bliskiej współpracownicy B., która również poszła na zwolnienie lekarskie i od razu jest spokojniej. To był zgrany duet, bo obie traktowały podwładnych jak śmieci - słyszymy w CM UMK.

- Rektor zna wszystkie sprawy zasygnalizowane w liście do redakcji i nadal otrzymuje niepokojące sygnały. Ostatni list, w którym pracownik administracji opisuje naganne zachowania pani B., dotarł do rektora Tretyna we wtorek i będzie dokładnie analizowany - informuje Marcin Czyżniewski, rzecznik UMK.

- Czułam, że rektor coś do mnie ma i dlatego chciałam się z nim spotkać, ale on konsekwentnie odmawiał. O skargach na mnie nigdy nie wspomniał, a gdy we wrześniu na otwarciu nowej inwestycji CM UMK poprosiłam go o rozmowę w cztery oczy, poklepał mnie po ramieniu i powiedział: „ale przecież wszystko jest dobrze”. Również pani kanclerz Justyna Morzy nie miała do mnie uwag, więc to co się teraz wokół mnie dzieje, odbieram jak film science fiction - mówi B.

Zarządzenie rektora


1 marca weszło w życie zarządzenie rektora UMK, dotyczące polityki antymobbingowej na uczelni. Ma ona „sprzyjać budowaniu pozytywnych relacji między pracownikami” i eliminować działania o znamionach mobbingu”. Każdy pracownik, który czuje się nękany, powiadamia o tym rektora, a ten powierza wyjaśnienie sprawy komisji antymobbingowej lub gdy wina sprawcy nie budzi wątpliwości, sam go karze.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.