Jak zmienić studenta oszusta i nie strzelać z czołgu do muchy

Dorota Witt 27 lutego 2016

O tym, ile kasują „intelektualne prostytutki”, czyli za ile można zostać magistrem, i o tym, kto szuka „mózgów do wynajęcia”, czyli dlaczego studentom brak czasu na studiowanie, mówi BEATA BIELSKA, doktorantka socjologii na UMK.

Beata Bielska: - Wykrywalność ściągania na studiach jest niemal zerowa. Kar za to w zasadzie nie ma

Fot.: Grzegorz Olkowski



Pani książkę „Magisterkę kupię. Sprzedawanie i kupowanie prac dyplomowych jako element studenckiej kultury nieuczciwości” można pobrać z Internetu za darmo. Całkiem legalnie. To po to, by nikt jej nie mógł ukraść?
Hm, nie myślałam o tym w ten sposób. Plagiatowania nie da się wyeliminować, więc ci, którzy będą chcieli skopiować bezprawnie jej fragmenty, i tak to zrobią. Udostępniając moją książkę online myślałam raczej o tym, że jeśli będzie powszechnie dostępna, a nie schowana gdzieś na bibliotecznym regale, łatwiej będzie po nią sięgnąć. Zależy mi na tym, by nad książką dyskutowano teraz, bo przecież każde badania naukowe się starzeją i tracą na aktualności. W książce są też analizy, dotyczące nieuczciwości studentów, które będą dobrym źródłem wiedzy także za parę lat.

Rzeczywiście tacy nieuczciwi ci studenci?
Kiedy bada się zjawisko częściowo akceptowalne, jak na przykład ściąganie (bo przecież: kto nie ściągał?), łatwiej pozyskać wiarygodne informacje. Trudno namówić kogoś, kto kupił pracę magisterską, by się do tego przyznał. O ściąganie na egzaminach zapytaliśmy w badaniu Zespołu Realizacji Badań „Pryzmat” ponad 500 osób z różnych kierunków, studentów toruńskiego uniwersytetu. To typowa uczelnia, więc wyniki można przyłożyć do innych szkół wyższych w kraju. Choć próba jest niereprezentatywna, wiem, że pytani poważnie podeszli do sprawy. Z ich odpowiedzi wyłania się taki mniej więcej obraz: prawie wszyscy ściągają. Ci, którzy ściągają na studiach, ściągali już w szkole średniej albo i wcześniej. Wykrywalność ściągania na studiach jest… niemal zerowa. Kar za to w zasadzie nie ma.

A Pani by chciała, żeby tę studencką nieuczciwość ścigała prokuratura?
Absolutnie nie. Wcale nie uważam, że należy strzelać z czołgu do muchy. Nieskuteczne (i za drogie) byłoby też budowanie ogromnego systemu kontroli na uczelniach. Może zabrzmi to banalnie, ale tu trzeba zacząć od edukacji. Prowadzę zajęcia ze studentami. Tłumaczę im, że zależy mi na ich uczciwości, mówię, jakie konsekwencje mogą ponieść oszuści i że daję studentom narzędzia, by uniknęli oszustwa, a oni muszą tylko zrobić z nich użytek. Te narzędzia to przede wszystkim wiedza, czym jest plagiat i umiejętność robienia przypisów. Bo o ile student wie, że nie wolno przepisywać fragmentów książek do swojej pracy, o tyle kwestia tego, czy wolno przepisywać z Internetu i czy wolno (bez przypisu) parafrazować prace badaczy nie jest już dla niego jasna.

Dlaczego oszukiwanie nauczycieli i wykładowców jest tak powszechne?
Czy powszechne - nie wiem. Prowadziłam badania jakościowe, nie ilościowe. Ogólny przekaz kulturowy mówi jasno: musisz osiągnąć indywidualny sukces. Nie zespołowo, sam. Także nasz system edukacji bazuje na konkurencji. Uczniowie od najmłodszych klas są uczeni rywalizacji, walki o jak najlepsze noty. Na późniejszych etapach edukacji dodatkowo czynnikiem motywującym jest chęć zrobienia kariery zawodowej, bo - mimo że wśród absolwentów wyższych uczelni wielu jest bezrobotnych - analizy rynku pracy ciągle potwierdzają, że im lepsze wykształcenie, tym o pracę łatwiej. Konkurencja na rynku pracy też sprzyja rywalizacji. W tym systemie młodzi ludzie uczą się, że dążenie do jak najlepszych wyników, nawet dzięki oszustwom, opłaca się. Ten, kto był nieuczciwy podczas studiów, będzie powtarzał takie zachowania w pracy zawodowej. Wiadomo - opłaci się.

Jeśli nie karać, to co można zrobić, by się nie opłacało?
Z deklaracji studentów trzeciego roku różnych kierunków na UMK wynika, że wykładowcy nie ścigają tych, którzy są nieuczciwi: nie pilnują, więc nie wykrywają i nie karzą. Można by teraz powiedzieć: „o, jacy niedobrzy wykładowcy, nie wypełniają swojej misji”. Nie staję po niczyjej stronie, ale… policzmy studentów. Jak egzaminator, który ma na sali 400 osób, ma dopilnować każdego, by patrzył tylko w swoją kartkę? Jak promotor, który ma pod opieką kilkunastu magistrantów w jednym roku, ma na tyle poznać każdego z nich, by wiedzieć, czy pracuje samodzielnie? Uczelnie nadal są przepełnione. Wykładowca wybiera to, co jest w stanie od studenta wyegzekwować. Trzeba podejść do problemu systemowo - pozwolić wykładowcom pracować w małych grupach, zmniejszyć liczbę studentów w ogóle.

Często się zdarza, że studenci kupują gotowe prace magisterskie?
Nie prowadziłam na ten temat badań ilościowych. Ściąganie jest zjawiskiem masowym, kupowanie prac raczej skrajnym przypadkiem, marginesem, ale znaczącym. Prace kupują studenci różnych kierunków, często tych ekonomicznych i społecznych. Kupują ci, którzy są w stanie zapłacić, bo koszty są niemałe. Podzieliłam kupujących na dwie grupy. Przymuszeni to ci, którzy mają kompetencje, by napisać pracę samodzielnie, ale sytuacja życiowa (dziecko, choroba, praca zawodowa) sprawia, że nie mają na to czasu. Wybierający to z kolei ci, którzy nie mają żadnych dodatkowych zobowiązań poza studiowaniem, ale zwyczajnie nie umieją lub nie chcą samodzielnie pisać pracy i mają pieniądze, by zapłacić komuś za jej napisanie.

Za ile można zostać magistrem na polskiej uczelni?
Tańsze są gotowce, czyli takie prace, które już ktoś, kiedyś, gdzieś obronił. Czasem nieraz, bo jedna praca może być sprzedawana wiele razy. Za taki tekst trzeba zapłacić ok. 500 zł (im częściej praca broniona, tym tańsza). Za pracę pisaną na zamówienie płaci się znacznie więcej, od 20 do 50 zł za stronę. Zakładając, że magisterka ma ok. 60 stron, za całość trzeba zapłacić nawet 3 tys zł.


Teczka osobowa: Beata Bielska


Doktorantka w Zakładzie Badań Kultury w Instytucie Socjologii UMK w Toruniu. Przygotowuje rozprawę doktorską na temat ruchu społecznego mniejszości seksualnych w Polsce.

Aktywnie działała w Zespole Realizacji Badań IS UMK „Pryzmat”. Uczestniczyła w licznych projektach badawczych. Na potrzeby własnej pracy dyplomowej próbowała kupić i zatrudnić się przy pisaniu „magisterek”. Rozmawiała z ghostwriterami (anonimowymi autorami), którzy mają na swoim koncie od kilku do kilkunastu różnych prac, od maturalnych, zaliczeniowych po magisterskie.

Organizatorka Żywej Biblioteki w Toruniu. Aktywistka - działa m.in. w Stowarzyszeniu na rzecz osób LGBTQ „Pracownia Różnorodności”.

Współtworzyła ruch „Nie dla Miss UMK”. Rowerzystka miejska, kociara, weganka.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.