Z coraz większym zainteresowaniem świat spogląda na polskie kino

rozmawiał Tomasz Bielicki 26 lutego 2016

- Nigdy nie rozgraniczałem filmu na scenariusz i reżyserię. Dla mnie to jedność - mówi 35-letni Tomasz Wasilewski, urodzony w Toruniu, ale pochodzący z Inowrocławia reżyser, który za scenariusz „Zjednoczonych stanów miłości” zdobył Srebrnego Niedźwiedzia na 66. Festiwalu Filmowym w Berlinie.

- Wierzę, że to jest nasz czas. Polski czas. To jest czas polskich filmów- mówił do zagranicznych dziennikarzy Tomasz Wasilewski po odebraniu nagrody.

Fot.: Axel Schmidt /AP



Już sam zwiastun Pana najnowszego filmu jest przeraźliwie smutny. Nie pociągają Pana pozytywne historie w kinie?
Interesują mnie bohaterowie złamani, którzy stoją nad przepaścią. Przyglądam się im w momencie największego kryzysu. Nigdy nie dopowiadam ich historii do końca. Pozostawiam je otwarte. Tylko od widza zależy czy wciągnie ich z powrotem na ląd, czy pozwoli im skoczyć. Znacznie bliżej jest mi do opowieści o ludzkich dramatach niż do pozytywnych historii. Nie wiadomo jednak, co będzie za kilka lat. Każdy z nas wciąż się zmienia, a więc prawdopodobnie wówczas będą interesowały mnie inne tematy i problemy.

Obaj jesteśmy niemal równolatkami urodzonymi na początku lat 80. Należymy do tego pokolenia, które końcówkę komunizmu pamięta jak przez mgłę. A Pan właśnie w okresie tuż po upadku PRL-u umieścił akcję swojego najnowszego filmu. Dlaczego?
Polską transformację pamiętam bardziej od strony ludzkiej niż politycznej. Wciąż mam w głowie obrazy z tamtych czasów. Zawsze chciałem o tym opowiedzieć. Podczas rozmów z rodzicami uświadomiłem sobie, że mieli wówczas tyle lat, ile ja teraz, ale wybory, których dokonywali, były o wiele trudniejsze. Chciałem wrócić do ludzi z tamtego okresu. Wejść do mieszkań bloków, w których się wychowałem. Oczywiście wszystkie przedstawione w filmie historie są wymyślone. To moje fantazje na temat życia czterech kobiet w różnym wieku.

Pierwsze, co zwraca uwagę w Pana filmie, to chłodna stylistyka zdjęć...
Przy „Zjednoczonych stanach miłości” pracowałem z nagradzanym rumuńskim operatorem Olegiem Mutu, który też wychował się w komunistycznym systemie, ale wschodnio-południowej Europy. Dzięki temu mogliśmy razem stworzyć uniwersalny obraz komunizmu, który nie przynależy do żadnego kraju. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o tamtych czasach, zdaliśmy sobie sprawę, że nasze wspomnienia pozbawione są kolorów. Stąd wziął się pomysł na desaturację barw.

Zaskoczyło mnie, że scenariusz powstał 10 lat temu. Dlaczego czekał Pan z jego sfilmowaniem tak długo?
To za duży film, abym mógł nakręcić go niezależnie, a od takiego kina przecież zaczynałem. Nie chciałem czekać. Mając 30 lat rozpocząłem zdjęcia do fabularnego debiutu pt. „W sypialni”, którego budżet wyniósł zaledwie 100 tys. zł. Dla porównania, kręcąc „Zjednoczone stany miłości” miałem do dyspozycji 4 mln zł.

W ciągu zaledwie czterech lat nakręcił Pan już trzy filmy. I do wszystkich napisał Pan samodzielnie scenariusz...
Wyszło dość naturalnie. Lubię pisać. To jeden z moich ulubionych procesów przy powstawaniu filmu. Gdy pojawia się w moje głowie pomysł, od razu zaczynam układać go w scenariusz. Rozpoczynając pisanie tak naprawdę zaczynam już reżyserować. Piszę od razu obrazami. Nie używam zbyt wielu dialogów.


Tomasz Wasilewski: Pomysł od razu zaczynam układać w scenariusz. Rozpoczynając pisanie tak naprawdę zaczynam już reżyserować.


Nigdy nie rozgraniczałem filmu na scenariusz i reżyserię. Dla mnie to jedność.

Aktorzy nie mieli z Panem łatwo na planie. Magdalena Cielecka w jednym z wywiadów wspominała: „musiałam palić strasznie dużo papierosów (...) Jak się je pali w liczbie czterdziestu o ósmej rano przez sześćdziesiąt dubli, to człowiek czuje się fatalnie”.
Dla osoby, która w ogóle nie pali, nie było to łatwe zadanie. I to pomimo tego, że z Niemiec sprowadziliśmy dla niej specjalne „filmowe papierosy”. Wydaje mi się, że akurat przy tym filmie był to najmniejszy problem. W „Zjednoczonych stanach miłości” jest sporo bezpruderyjnej nagości, o którą pytali nas dziennikarze w Berlinie. Jednak to zrzucanie ubrań też nie było najtrudniejsze dla aktorów.

Co zatem było?
Ten film jest niezwykle emocjonalny i angażujący. Wspólnie dążyliśmy do tego, aby dotknąć prawdy o człowieku. Wymagało to ode mnie głębokiego otwarcia emocjonalnego na aktorów. Tak samo oni pootwierali się przede mną. To były te najtrudniejsze momenty. Dzięki temu w bohaterkach tego filmu widać je wszystkie - kobiety, nie aktorki: Dorotę Kolak, Magdę Cielecką, Martę Nieradkiewicz, Julkę Kijowską.

W materiałach, które ukazują się na Pana temat, można przeczytać, że pochodzi Pan z Inowrocławia. Jako miejsca urodzenia wskazuje się jednak Toruń. Jak jest naprawdę?
Pochodzę z Inowrocławia, dokąd przeniosła się moja rodzina, ponieważ ojciec był pilotem w jednostce wojskowej. W momencie, kiedy moja mama miała mnie urodzić, w szpitalu wybuchła epidemia. Przewieźli ją na sygnale do Torunia, gdzie przyszedłem na świat. Gdyby nie ta epidemia, pewnie urodziłbym się tak samo jak moja siostra - w Inowrocławiu.

Zastanawiam się nad szerszym kontekstem Pana sukcesu. W ubiegłym roku na Berlinale triumfowała Małgorzata Szumowska. W tym roku - to Pan wrócił do Polski ze Srebrnym Niedźwiedziem. W jaki sposób wpływa to na postrzeganie polskiego kina za granicą?
Już wpłynęło, co wyraźnie odczułem w Berlinie. Wydaje mi się, że wszyscy poczuli to już po sukcesie Pawła Pawlikowskiego i jego „Idy”. Dzięki Pawłowi i Gośce oczy świata zwróciły się na Polskę, tak jak kiedyś my patrzeliśmy na kino rumuńskie i greckie. Na każdym festiwalu widać polski filmy. I to jest niesamowite. Ja już sprzedałem swój film do 20 krajów na całym świecie, a to dopiero początek. Od Australii przez Tajwan, Koreę po Stany Zjednoczone, zagoszczę w kinach. Warto wspomnieć, że olbrzymia w tym zasługa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Nikt z nas nie zrobiłby dziś w Polsce filmu bez jego wsparcia i pomocy w promocji. Od billboardów na ulicy po pomoc w sfinansowaniu agenta od PR, który zajmował się całą naszą ekipą w Berlinie.

Ma Pan 35 lat. Pana filmy cieszą się powodzeniem. Skłaniają do dyskusji, są nagradzane… Czuje Pan, że oto właśnie trwa pięć minut Tomasza Wasilewskiego?
Czuję, że zostałem doceniony. Czuję, że moje kino obchodzi ludzi. I to nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Wspaniale jest czuć aprobatę widowni i krytyków. Podczas premierowego pokazu filmu w Berlinie na widowni było 2,6 tys. osób. Byli skoncentrowani, przeżywali. Następnego dnia odbył się kolejny pokaz. Reakcja była podobna, zakończona długimi brawami. Cieszę się. Chciałbym jak najszybciej wrócić na plan, na którym nie byłem już od roku. Głód pracy jest ogromny.

Tomasz Wasilewski


Absolwent reżyserii na Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie oraz Wydziału Organizacji i Sztuki Filmowej PWSFTviT w Łodzi. Poza „Zjednoczonymi stanami miłości”, które trafią do kin dopiero wczesną jesienią, na koncie ma dwa filmy fabularne: „W sypialni” i nagradzane „Płynące wieżowce”. W „Zjednoczonych stanach miłości” opowiedział historię czterech kobiet, które marzą, aby odmienić swoje życie. W 2014 roku otrzymał Flisaka Tofifestu dla najlepszego twórcy w regionie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.