Nie ma zbrodni bez kary? Po 18 latach wraca sprawa zabójstwa mieszkanki Strzelec Górnych

Katarzyna Bogucka 26 lutego 2016

Ta wieś stała się dla Heleny S. piekłem na ziemi. Kobieta przeżyła tu bicie, gwałty, podpalenie domu... Sprawcy swoje odsiadywali i wracali. W 1998 r. kobietę znaleziono martwą na dnie studni. Kto ją zabił?

Władysława P. zatrzymano podczas kafelkowania w jednym z bydgoskich mieszkań. Nie przyznaje się do winy...

Fot.: archiwum policji


Pół roku temu do akt tragicznego zdarzenia sprzed lat zajrzeli funkcjonariusze Archiwum X Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. W zeszłym tygodniu ogłosili, że dzięki świadkom udało się wytypować podejrzanego i ustalić, iż motywem zabójstwa był rabunek. Podejrzany to 39-letni dziś Władysław P., sąsiad 77-letniej wówczas ofiary, jeden z trzech braci, którzy latami znęcali się nad staruszką. W 1998 roku policjanci przesłuchiwali go trzykrotnie. Nikt z rodziny P. do związku ze sprawą się nie przyznawał. I dziś też się nie przyznaje.


Strzelce Górne to niewielka (ok. 680 mieszkańców), malowniczo położona wieś pod Bydgoszczą. Zbrodnia, która wydarzyła się tu 18 lat temu, wstrząsnęła nie tylko miejscowymi, ale całą Polską. Panią Helenę, nazywaną przez mieszkańców Babcią lub Babuszką, 19 stycznia 1998 roku znaleziono martwą na dnie ośmiometrowej studni. Śmierć miała straszną. Gdy wrzucono ją do studni, najprawdopodobniej jeszcze żyła. Później zabójca z góry rzucał na kobietę kłody, pieniek i kamienie. U ofiary stwierdzono liczne obrażenia głowy, złamane żebra i rękę, stłuczenia pleców i bioder. Jedno z uderzeń spowodowało pęknięcie lewej nerki. Biegli są pewni, że Helena S. zmarła na skutek wykrwawienia, w wielkich męczarniach - godzinę, a może nawet dwie po pęknięciu nerki.

Przyjęto hipotezę, że Babcię pobito w domu lub na podwórzu, a dopiero później wrzucono do studni. Przez wiele lat nie udawało się wskazać sprawcy makabrycznego mordu, choć śledczy systematycznie analizowali akta sprawy.

Najbardziej szkoda tych dzieciaków


- To typowa polska wieś, tu raczej nikt pani nic o tej sprawie nie powie - słyszymy w Strzelcach od jednego z gospodarzy. - Taka mentalność.

pan Henryk ze Strzelec Górnych: Cieszę się, że sprawiedliwości stanie się wkrótce zadość, że policja jest tak blisko prawdy. Wiem, że kryminalni robili, co mogli.


Szybko przekonujemy się, że sporo w tym racji. Proboszcz miejscowej parafii nie chce rozmawiać i szybko odkłada słuchawkę. Z dokładnym opisem miejsca zamieszkania babci Heleny - niestety, po prawie 18 latach, bez aktualizacji, praktycznie nieprzydatnym - zajeżdżamy przed sklep, licząc, że sprzedawczynie okażą się bardziej rozmowne. Nic z tego. Temat podejmuje za to mężczyzna w zawadiackiej czapce, który błyskawicznie wsiada do naszego samochodu.

- Pojedziemy o, tam - wskazuje na krętą piaszczystą drogę. - Okolica się zmieniła. Nie ma już tamtego domu i nie ma studni. Powstały nowe zbudowania, działa stadnina. A Helena? No pewnie, że ją pamiętam. Kobieta dobra, uczciwa, pracowita, ale zbyt łatwowierna. Rodzina zatrzymanego? Też tu mieszka, cały czas, o tam, za zakrętem, w dolinie. Ja tam nic do nich nie mam...

Strzelczanin dodaje, że z ojcem zatrzymanego Władysława P. za młodu się kolegował, że ich dzieciaki chodziły razem do szkoły, wnuki też się dobrze znają. - Nic więcej nie powiem. A wiecie, kogo mi najbardziej szkoda? Tej czwórki dzieciaków Władysława. Jak teraz wytłumaczyć najmłodszemu, gdzie trafił jego tata?

Policja jest tak blisko prawdy...


W dalszej części wsi starszy mężczyzna grabi liście na swojej posesji. Między rzucane kilka razy: „Ja tam nic nie powiem”, wtrąca jednak trzy zdania. Pierwsze, że o sąsiadach źle mówić nie będzie, bo musi z nimi jakoś żyć. Drugie: „Ot, normalni ludzie, dzień dobry mówili, on pracował, utrzymywał rodzinę, to widać, że chłop normalny był”. I trzecie: „Nie ma zbrodni bez kary”.

- Jako dziecko lubiłem słuchać starszych. Powtarzali, że każda zbrodnia, każde morderstwo będzie kiedyś wyjaśnione. A z Katyniem jak było? - pyta.

Podpowiada też, że na parceli pani Heleny spotkamy jej siostrzeńca. I rzeczywiście, pan Henryk na kawałku odziedziczonej po ciotce ziemi stawia właśnie dom.

- Cieszę się, że sprawiedliwości stanie się wkrótce zadość, że policja jest tak blisko prawdy. Przez lata kryminalni robili, co mogli. Miałem nawet podejrzenia, że i nasz telefon jest na podsłuchu - dzieli się swoimi domysłami. Zapewnia, że ilekroć telefonowano do jego rodziny z Ameryki, wyświetlał się najpierw numer zagraniczny, później zastrzeżony, wreszcie polski. - Przecież to niemożliwe, by rozmowa ze Stanami wyświetlała się jako polski numer, prawda?

Pan Henryk nie ma dziś problemu z tym, że dwieście metrów dalej mieszkają „ci” ludzie. Chce normalnie żyć. Zresztą... Gdyby było źle, to można się wynieść.

Na zsyłce w Kazachstanie


Babcia Helena przenosić się nie chciała. W Bydgoszczy zjawiła się w 1956 roku. Miała wtedy 35 lat i tragiczne doświadczenia za sobą. Urodziła się w Potalejach na Wileńszczyźnie. W 1951 roku jej rodzina w ramach stalinowskiego rozkułaczania trafiła do Kazachstanu, do pracy na budowach. Dopiero pięć lat później, na fali odwilży, wolno było familii wrócić do Polski. Na zsyłce pani Helena zdobyła kwalifikacje murarza-tynkarza, więc po osiedleniu się w Bydgoszczy pracowała w zakładzie remontowym. W 1978 roku spełniła swoje marzenie, kupiła dziesięciohektarowe gospodarstwo w Strzelcach Górnych. Samotna starsza kobieta na roli - to zachęta dla amatorów cudzego. Permanentnie coś ginęło. Najpierw drób... Pod koniec lat 80. sytuacja się pogorszyła za sprawą mieszkającej w sąsiedztwie rodziny P. Trudno ustalić, od czego zaczął się konflikt. Panowie P. Babcię nachodzili, napastowali, bili. Niekiedy funkcjonariusze nocowali nawet w gospodarstwie, ale na wiele się to nie zdało.

W 1988 roku jeden z braci zgwałcił 67-letnią wówczas Helenę. Po wyjściu z więzienia czyn swój powtórzył. W sumie spędził w celi siedem i pół roku. W tym czasie prześladowania Babci kontynuowali jego dwaj bracia . W sumie bracia P., wszyscy przed trzydziestką, byli aż dziesięciokrotnie sądownie karani. We wrześniu 1996 roku w ogniu stanął dom pani Heleny. Sprawcy podpalenia nie wykryto. Od tej pory życie dla Babci stało się gehenną. Często nocowała u sąsiadów, ale i u siebie, na odbudowywanych z trudem zgliszczach, z inwentarzem, niekiedy w świńskim korycie. Mimo strachu o życie i dobytek, nie opuściła swojej ziemi...

„Zawsze było na nas”


W archiwalnym reportażu Żanety Walentyn „Zabójstwo Babuszki” z 1998 roku (Polskie Radio PiK przypomniało go w poniedziałek), wypowiada się o pani Helenie ówczesny proboszcz Strzelec Górnych: „Strasznie zakochana w ziemi, jak to ludzki typ wschodni ”. Najtrudniejsze dla bohaterów reportażu jest jednak pytanie, czy zrobili wszystko, by babci pomóc... Słychać też nerwowe głosy braci P. m.in. wściekłość na niesłuszne, być może sfabrykowane - ich zdaniem - zarzuty o gwałt i krzywdzące podejrzenia o zabójstwo („Żeby takie bzdury pisać, że ktoś gwałcił”, „Zawsze było na nas, że my ją podpalali...”).

Co ciekawe, mieszkańcy wsi w 1998 roku byli wobec braci P. dość łagodni albo przynajmniej mocno zdystansowani (pada raz słowo „zemsta”). Na otwartą krytykę ich życiowej, młodzieńczej buty odważyła się , i to w ostrych słowach, jedna przepytywana przez autorkę reportażu kobieta. Jakiś starszy pan wspominał wspólne wypady na ryby: „Chłopaki w porządku są, kulturalne, przyjemne. A co wtedy się stało? No, jak to młode chłopaki...”

Śledztwo:


Władysław P. został aresztowany po tym, jak policja dotarła do nowych świadków tragicznego wydarzenia z 1998 roku. Podejrzany wkrótce poddany zostanie badaniom psychologiczno-psychiatrycznym. Archiwum X Wydziału Kryminalnego KWP Bydgoszcz y zasłynęło m.in. rozwikłaniem zagadki sprzed 20 lat, chodzi o śmierć Joanny Sendeckiej . Śledczy szukają nowych świadków, godzinami przeglądają dokumenty sprawy, czytają między wierszami, kolejny raz analizują dowody.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.