Zamiast kardiologa na spotkanie przyszedł murarz

Paulina Błaszkiewicz 20 lutego 2016

Dlaczego cudowne narzędzie do randkowania, jakim jest internet, coraz częściej prowadzi do rozczarowań i frustracji? Bo ulegamy iluzji i tracimy kontakt z rzeczywistością. Prędzej czy później boleśnie przekonujemy się, że bycie fanem lub fanką „Gwiezdnych wojen” nie wystarczy do stworzenia szczęśliwego związku.

Algorytmy wykorzystywane na portalach randkowych mają pomóc użytkownikom znaleźć podobnego partnera, ale bardzo często się nie sprawdzają. Zdaniem socjolożki Evy Illouz, podobieństwa nie wystarczą

Fot.: 123rf


Drogi Andrew z portalu randkowego, jak opisać siebie w tysiącu słowach? Jestem jedną z tych dziewczyn, którym zawsze zimno, sypiam w swetrach w lipcu, pod kocem się chowam - śpiewa Julia Marcell w jednej ze swoich ostatnich piosenek. - Gdybym właśnie tak napisała o sobie, to podejrzewam, że nie byłoby większych szans na dalszą rozmowę na czacie - mówi 29-letnia Karolina, ładna, sympatyczna i wykształcona, ale samotna. Jedynym ratunkiem na wyjście z tej sytuacji życiowej - jak jej się wydaje jest poszukanie partnera na jednym z popularnych portali randkowych, skoro w „realu” jej nie wychodzi.

Tak się ludzie poznają...


Moda na poszukiwania życiowego partnera w sieci przyszła do nas ze Stanów Zjednoczonych, gdzie od 1995 roku wzrasta liczba osób, które właśnie ten sposób znalazły swoją druga połówkę. Nie ma nic złego w tym, że kobiety szukają mężczyzn i odwrotnie, zwłaszcza jeśli mają ku temu narzędzie. A takie możliwości daje nam internet. Dawniej ludzie poznawali się w swoim najbliższym otoczeniu. Jeszcze w czasach PRL-u w latach siedemdziesiątych głównym rynkiem matrymonialnym były m.in. szkoły, dlatego niewiele osób miało problem ze znalezieniem kogoś do pary. Dziś tylko ok. 15 procent chłopców czy dziewcząt ma swoją sympatię.


- No, i gdzie w takiej sytuacji mam znaleźć faceta? - pyta pani Karolina.

Problem zauważają też socjologowie, którzy twierdzą, że faktycznie jest z tym kłopot. Problem polega m.in. na tym, że prawie 80 procent polskich studentów stanowią kobiety. Znane są także liczby informujące o tym, jaki odsetek kobiet i mężczyzn kończy studia. Można więc założyć, że około 30 procent kobiet z licencjatem lub magisterium nie znajdzie odpowiedniego partnera po studiach.

- Panie będą musiały wybierać wśród mężczyzn, którzy mają średnie wykształcenie i niższe zarobki - mówi prof. Tomasz Szlendak, socjolog Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. - Socjologowie brytyjscy mówią dziś, że duży odsetek kobiet w ogóle nie znajdzie partnera albo nawet nie będzie go szukać, a jeśli już, to będą to związki z mężczyznami już zajętymi, którzy mają żony lub partnerki - mówi socjolog.

Takich mężczyzn nie brakuje też w sieci - wspomina pani Joanna, która na portalu randkowym zarejestrowała się pół roku po rozwodzie. Kobieta na samym początku była zachwycona. Okazało się, że w jednym miejscu jest mnóstwo mężczyzn, z którymi ona ma wiele wspólnego: podobny gust filmowy, muzyczny, preferencje kulinarne itd. Tych żonatych - oczywiście - odrzucała.

- Ja nikogo nie musiałam pytać o to, co lubi, bo kiedy uzupełniłam swój profil, to wyskoczyło kilkanaście ofert panów, z którymi może mnie coś łączyć. To duża oszczędność czasu, bo po co rozmawiać z kimś, kto zamiast filmów obyczajowych woli animowane? - pyta 35-latka.

Odpowiedniego partnera na portalu podobno można znaleźć dzięki stosowanym tam algorytmom, które wyszukują podobieństwa, ale jak się okazuje w praktyce bywa z tym różnie. To, że poszukujemy miłośnika gotowania, wcale nie oznacza, że na randkę przyjdzie szef kuchni. Prędzej zjawi się głodny i zapracowany mężczyzna, który najchętniej zjadłby dobrze wysmażony stek. To pokazuje, że poszukiwania partnera w sieci też nie są łatwe. Wręcz przeciwnie. Zdaniem Evy Illouz, izraelskiej socjolożki, badającej m.in. przemiany intymności we współczesnym kapitalizmie, to tylko pozorne dopasowanie, bo przecież to, że ktoś ogląda filmy reżysera, którego my też lubimy, wcale nie oznacza, że będzie dla nas idealnym partnerem. Tak wynika z badań, które prowadziła wśród użytkowników portali randkowych.

W pogoni za ideałem


Zdaniem Kamili Kacprzak, doktorantki z Katedry Pedagogiki Ogólnej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i współautorki książki „Związki miłosne w sieci”, właśnie ta pogoń za ideałem gubi użytkowników portali randkowych, którzy często żyją w iluzji, świecie kompletnie oderwanym od rzeczywistości.

- Nie wiemy, kto ogląda nasz profil, dlatego staramy się pokazać idealną, a nie realną wersję naszej osoby. Później następuje samoujawnienie, a dopiero na końcu sprawdzamy atrakcyjność fizyczną i to, jak czujemy się w towarzystwie drugiej osoby - mówi Kamila Kacprzak.

Dokładnie w takiej iluzji żyła przez dwa miesiące 35-letnia Joanna, która po odrzuceniu „uczciwych ofert z luźną propozycją” od żonatych panów, trafiła na dwa lata starszego od siebie kardiologa z Gdańska. Jak mówi, trafiła na ideał, bo „sam sobie sterem...” okazał się przystojnym brunetem o rozbrajającym uśmiechu.

- Kiedy pokazałam to zdjęcie koleżance, ta powiedziała krótko: „Umawiaj się z nim jak najszybciej, zanim inna sprzątnie ci go sprzed nosa. Taki facet wolny długo nie pochodzi.” To powinno było dać mi do myślenia - mówi Joanna.

Joanna, 35-latka: Nikogo nie musiałam pytać o to, co lubi, bo kiedy uzupełniłam swój profil, to oferty panów same wyskoczyły.


35-latka zwlekała ze spotkaniem, bo wystarczały jej internetowe randki. Miło się rozmawiało, nie trzeba było się stroić na randki, a poza tym on też specjalnie nie nalegał na spotkanie, tłumacząc się brakiem czasu i 200-kilometrową odległością, dzielącą ich miasta. Pani Joanna była dumna, że jej potencjalny kandydat na narzeczonego robi drugą specjalizację, ale w końcu zapragnęła spotkania w tzw. realu, do którego... nie doszło.

Jedna wielka klapa


- Miał do mnie przyjechać. Umówiliśmy się na kolację w sobotę wieczorem. Cały tydzień się przygotowywałam. Byłam na diecie warzywno-owocowej, kupiłam nowe buty i zwiewną sukienkę, a w dniu naszego spotkania zainwestowałam w kosmetyczkę i fryzjera. Wieczorem siedziałam taka „zrobiona” na kanapie i czekałam na znak od niego, że jest już pod blokiem, ale się nie doczekałam. Nie przyjechał i nawet nie raczył mnie poinformować o tym, że nie zamierza się stawić na nasze spotkanie - opowiada pani Joanna.

Jej mama - po tym, jak dowiedziała się, co spotkało jej córkę - radziła, by dała sobie spokój z facetem, który wystawił ją do wiatru, ale ona nie dała za wygraną.

- Znalazłam go na Facebooku. Miał to samo zdjęcie profilowe, które przyciągnęło moją uwagę. Nawet do niego nie napisałam, tylko sprawdziłam jego znajomych. Wśród nich było wiele kobiet. Napisałam do kilku z nich i w końcu trafiłam na taką, z którą też umówił się na spotkanie. Opisałam tej kobiecie, co mnie spotkało i pojechałam na... randkę we troje. Siedziałam przy jednym stoliku w restauracji, a ona przy drugim. W końcu zjawił się mężczyzna przed pięćdziesiątką i tylko imię nam się zgadzało. Zamiast kardiologa na randkę przyszedł murarz. Bez zarostu, z blond włosami na głowie i brzuchem. Nie wierzyłam w to, co widzę - mówi rozczarowana Joanna i zarzeka się, że po tym doświadczeniu nie planuje już kolejnych randek w sieci. Twierdzi, że takie spotkania są stratą czasu, a nawet mogą się skończyć tragicznie. Ją tylko ktoś wystawił i w perfidny sposób oszukał, ale psychopatów, którzy na czacie szukają swoich ofiar, też nie brakuje.

Kogo zauważamy?


Czy w wirtualnym świecie, gdzie można wykorzystać cudze zdjęcie jako własne i napisać wszystko to, co podpowiada wyobraźnia, można znaleźć życiowego partnera i uwierzyć, że właśnie ten człowiek mówi prawdę? Czy dziewczyna z piosenki Julii Marcell, której zawsze zimno, dlatego sypia w swetrach w lipcu albo pan szukający pani, która potrzyma go za rękę u dentysty, mogą wzbudzić zaufanie? To wątpliwe, bo najpierw trzeba się dobrze poznać, a na to w sieci nie ma czasu. Patrzymy powierzchownie, zaliczamy wpadkę za wpadką, a kiedy skończy nam się cierpliwość, klikamy w odnośnik „Usuń profil”.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.