Świat "Delikatesów"

Krzysztof Błażejewski 12 lutego 2016

Pojawiły się na początku lat 50. Miały zwiastować powstanie kraju z wojennych ruin i powrót do przedwojennych czasów z dobrze zaopatrzonymi sklepami. „Delikatesy” stały się jednak w czasach Władysława Gomułki tylko lekko uchylonym oknem na świat i luksus.

Do "Delikatesów" miały być w pierwszej kolejności kierowane artykuły importowane. Życie zweryfikowało tę teorię

Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Dom Handlowy „Delikatesy” założony został przez grupę partyjnych bonzów spod znaku PZPR w 1952 roku i miał służyć prywatnym zyskom, obchodząc meandry propagandowej ideologii i codziennej praktyki gospodarczej. To do tej sieci sklepów miały być w pierwszej kolejności kierowane artykuły importowane. Dopiero życie, czyli ich brak, zweryfikowało później tę teorię.


W 1955 roku w Polsce było już 36 takich placówek. W Bydgoszczy pierwsze „Delikatesy” mieściły się w narożnej kamienicy ówczesnych al. 1 Maja i pl. Wolności. Otwarcie początkowo planowano na czas przedświąteczny, 15 grudnia 1952 roku, ale dzięki czynowi społecznemu załogi, udało się przyspieszyć ten termin o tydzień. W niedzielę, 7 grudnia, pierwsi klienci weszli do sklepu. W odpowiedzi na postulaty związkowców, szczególnie atrakcyjne towary sprzedawano po południu i wieczorem, by nie mogli ich wykupywać „spekulanci”.

Od samego początku funkcjonowania sklepowy lokal nie mógł pomieścić wszystkich chętnych do zakupów, szczególnie duży tłok panował przy stoiskach spożywczych i cukierniczym. Niebawem miejscowa prasa pod presją czytelników wszczęła batalię o powiększenie powierzchni poprzez dołączenie sąsiedniego lokalu, zajmowanego przez Wojskową Centralę Handlową - co w końcu zrobiono, ale zajęło to lata. W międzyczasie nieraz dochodziło w sklepie do gorszących awantur, bójek, a z powodu nadmiernego tłoku wylatywały szyby. Niemal dzień w dzień wzywano na pomoc milicję. Nie było to nic dziwnego, zważywszy że w pierwszych latach istnienia „Delikatesów” tylko tutaj można było kupić pomarańcze, rodzynki, „prawdziwą” kawę, herbatę czy przyprawy korzenne. Dyrekcja placówki obwiniała za wszystko klientów, ci z kolei wpisywali swoje uwagi do książki skarg i zażaleń.

W pierwszych dekadach istnienia PRL-u, aż do czasów Edwarda Gierka, sklepy oznaczone charakterystycznymi neonami „Delikatesy” o każdej porze dnia cieszyły się ogromnym zainteresowaniem klientów

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W pierwszych dekadach istnienia PRL-u, aż do czasów Edwarda Gierka, sklepy oznaczone charakterystycznymi neonami „Delikatesy” o każdej porze dnia cieszyły się ogromnym zainteresowaniem klientów


Smalec w papierze do śledzi


„Były to sceny godne uwiecznienia w poemacie pt. „Piekło” - tak zatytułowała lokalna prasa to, co się działo, kiedy do „Delikatesów” „rzucili” w południe... masło, po które klienci ustawiali się niekiedy w kolejce już od godz. 7, pory otwarcia placówki. Na co dzień dostępna bowiem była tylko margaryna, lekceważona przez klientów, a zalecana przez propagandzistów czasów Gomułki.

Mimo swojej przewagi nad innymi sklepami, nawet „Delikatesy” nie były wolne od powszechnych bolączek sklepów w czasach PRL-u. „Często brakuje opakowań - pisała pomorska prasa - albo są one wykorzystywane w sposób bezmyślny. Widzieliśmy, że z niefrasobliwą rozrzutnością kilogram cukru wsypuje się do 5-kilogramowych torebek. W papier odpowiedni do pakowania śledzi i ryb pakuje się smalec. Nie wiadomo, na jakiej podstawie przyjął się zwyczaj podawania pieczywa bez opakowania”.

Toruńskie „Delikatesy” powstały ledwie trzy dni po bydgoskich, 10 grudnia 1952 roku. Wygospodarowano dla nich pomieszczenia przy ul. Szerokiej 37.

- Do „Delikatesów” nie chodziło się co dzień. Często jednak wstępowałem tam po prostu sobie popatrzeć na to, co było w moim pojęciu niedostępnym luksusem - wspomina torunianin Andrzej Malinowski. - Do dziś słowo „Delikatesy” kojarzy mi się ze wspaniałym zapachem świeżo mielonej kawy. Wnętrze sklepu było długie, głębokie i wąskie. Po lewej stronie przy wejściu było stoisko mięsne z niewidywanymi w zwykłych sklepach wędliniarskich kabanosami i baterią dużych puszek szynki Krakusa na eksport, potem stoisko garmażeryjne, następnie monopolowe z amerykańskimi papierosami i francuskimi koniakami oraz włoskimi winami, a po drugiej stronie spożywcze, na którego półkach królowały soki pomarańczowe „Dodoni” w puszkach. Na końcu sklepu znajdowało się stoisko cukiernicze. Jego lada zastawiona była zawsze wysokimi sękaczami pięknie oblanymi czekoladą. Pobyt w „Delikatesach” urozmaicał często wibrujący donośny dźwięk ogromnego młynka do mielenia kawy. Wówczas dostępna była wyłącznie ziarnista, więc każdy kupujący musiał ją mielić, małe domowe młynki nie były wówczas jeszcze powszechne.

Metodą „na Korowkina”


W lipcu 1956 roku w toruńskich "Delikatesach" pojawił się napis głoszący, że „obsługa sklepu pracuje metodą Korowkina”. Nazwa ta pochodziła od nazwiska brygadzisty z ZSRR, który wynalazł nową metodę pracy w handlu. Jaką, nikt dokładnie nie wiedział, w propagandowych hasłach zapewniano jedynie, że polega ona na sprawnej i uprzejmej obsłudze, dbałości o pełny asortyment towarów na półkach i prowadzi do zwiększenia obrotów, zapobiegania manka i zlikwidowania kolejek. Tego jednak, mimo deklaracji, widać nie było. Praktycznie przez cały dzień utrzymywała się długa kolejka do stoiska cukierniczego, bowiem było to jedyne miejsce w mieście, gdzie można było dostać wyroby czekoladowe. Dwie ekspedientki przez cały dzień uwijały się jak w ukropie. Obok - jak krytykowała miejscowa prasa - znajdował się dział spożywczy, gdzie sprzedawano artykuły zwykle paczkowane. Pracownice stoiska nie miały wiele do roboty, jednak żadna z nich nie pomagała nieszczęsnym ekspedientkom z cukierniczego.

W Bydgoszczy pracownicy „Delikatesów” żyli zupełnie innymi problemami. Oto o szkodnictwo gospodarcze obwiniony został dyrektor Franciszek Z. i razem z księgowym, kierownikami stoisk oraz magazynierem zasiadł na ławie oskarżonych. Zarzucano im fałszowanie dokumentacji, która doprowadziła do uzyskania przez nich nadwyżki towarów na łączną sumę 60 tys. zł. Sąd Wojewódzki w Bydgoszczy skazał ich na kary więzienia od roku do nawet trzech lat. Kiedy obrońcy wnieśli rewizję, Sąd Najwyższy wyroki im... podwyższył. Nie była to pierwsza tego typu sprawa i nie dotyczyła wyłącznie Bydgoszczy.

Trwonili społeczne mienie


„Kontrole Państwowej Inspekcji Handlowej wykazują, że w „Delikatesach” występuje stosunkowo wiele nadużyć i zjawisk trwonienia mienia społecznego. Nadużycia dokonywane przez nieuczciwych pracowników są bardzo poważne, noszą charakter afer” - pisała prasa.

„Ilustrowany Kurier Polski”: Kontrole Państwowej Inspekcji Handlowej wykazują, że w „Delikatesach” występuje stosunkowo wiele nadużyć i zjawisk trwonienia mienia społecznego.

W połowie lat 60. w Bydgoszczy, wraz z rozbudową miasta, powstała sieć osiedlowych „Delikatesów”. Najpierw taki sklep powstał na osiedlu Leśnym, w połowie 1964 r. na Kapuściskach, a w 1965 roku otwarto „Delikatesy” na Błoniu.

Kres popularności „Delikatesów” nadszedł wraz z przejęciem władzy przez ekipę Edwarda Gierka, kiedy to znacząco poprawiło się zaopatrzenie w sklepach, zwłaszcza w artykuły spożywcze, także importowane i uruchomiono „Peweksy”. Teraz delikatesy były dostępne (jeśli ktoś miał szczęście i czas, by „wystać” je w kolejce) w ograniczonym wymiarze, nawet w małych osiedlowych sklepikach. Na początku lat 90. „Delikatesy” w Bydgoszczy i Toruniu zostały zlikwidowane. Do ich pomieszczeń wprowadziły się bary McDonald’s.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 14-02-2016 12:06

    Oceniono 4 razy 4 0

    - Oldboy: Parę słów odnośnie toruńskich Delikatesów. Pierwsze, co witało klientów, to ciężkie szare kotary przy wejściu, chroniące - oczywiście zimą - wnętrze przed napływem zimnego powietrza. Przebogate stoisko ze słodyczami i winami było zaraz po prawej, na górnych półkach stały wytworne kosze z pralinami, butelką wina, estetycznie opakowane. Były to kosze ówcześnie wręczane jubilatom, solenizantom na prawdę znaczącym. Potem, nadal po prawe,j było osławione stoisko z owocami a niekiedy cytrynami, które wzbudzały niemal szał wśród klientów. Na końcu było stoisko z cudownym wyborem wędlin, w tym pachnących kabanosów. Dalej, idąc już w lewo, stał rzeczywiście wielki młyn do kawy, roznosząc aromatyczny zapach tego mielonego dobra. Więcej nie pamiętam, a w tym, co napisałem też mogę się mylić, i nie jest moją intencją jakiekolwiek sprostowanie. Ot, zabawa w dobre wspomnienia z dzieciństwa. Faktem jest, iż był to jedyny sklep w Toruniu, w którym można było nabyć artykuły wyższej klasy, jeśli oczywiście tam akurat były (vide: cytryny). Klientela rzeczywiście była zamożna, mniej zamożnym pozostawało patrzeć, wzdychać do losu i ... wdychać aromaty tych cudowności. Z ówczesnych opowieści wynikało też, że dostawy deficytowych towarów odbywały się jakimś bocznym korytarzem z innego budynku, ponieważ nigdy konwojenci nie byli widoczni w środku sklepu. Stąd mówiono, że dostawy były duże, gdzieś w magazynie odkładano lwią część towaru dla znajomych, a na stoisko trafiało kilkanaście kilo cytryn, wzbudzając ówczesną wersję wojny polsko-polskiej. Taki to był urok dawnych czasów. Może ktoś jeszcze powspomina ten sklep spod niezapomnianego graficznego znaku? Pozdrawiam.

    Pokaż odpowiedzi (1) Odpowiedz