Nie każdy wyjazd za chlebem się udaje. Bywa, że wstyd nie pozwala wrócić

Małgorzata Oberlan 12 lutego 2016

Tylko według statystyk Fundacji Itaka każdego tygodnia ginie za granicą 5 Polaków. Co ciekawe, większość z nich się odnajduje. Tak jak pan Jerzy...

Toruński Dworzec Miasto to miejsce odjazdów autokarów kursujących za granicę. Przewijają się przez niego setki ludzi. Wszyscy mają plany i nadzieje...

Fot.: Sławomir Kowalski


Dwoje dzieci, ja bez pracy i zasiłku, mąż z pensją 2400 zł. Finansowo byliśmy pod ścianą, co powodowało też konflikty między nami. I wtedy pojawiła się ta propozycja... - wspomina pani Beata, 38-latka z Torunia.


Propozycja nazywała się prawie 8 funtów za godzinę pracy pakowacza w fabryce w Reading w Wielkiej Brytanii. Propozycję nadał znajomy, który za „załatwienie formalności” zainkasował drobne 500 zł. Na miejscu pana Jerzego od razu miała przejąć agencja pracy, zapewniająca też zakwaterowanie (czynsz odliczany miał być co miesiąc). Torunianin wyjechał na początku września ubiegłego roku.

Komórka zamilkła, Skype też


- Nie rozstawaliśmy się w zgodzie, ale o umówionej godzinie w niedzielę mąż był na Skype. Raz, drugi, trzeci, a potem... cisza. Kontakt urwał się całkowicie. Komórka zamilkła, Skype też. Nie mogłam się też dodzwonić do tego znajomego, który Jerzemu załatwił pracę - wspomina pani Beata.

Dziś, po czasie, przyznaje szczerze: wydała wyrok. „Zostawił nas, taki i owaki, olał” - myślała. Moment wyjazdu męża poprzedziły ostre kłótnie, więc dodała dwa do dwóch. - Siostra pomogła mi stanąć na nogi. Powiedziała, że i tak będą musieli frajera znaleźć w tej Anglii, bo od łożenia na dzieci się nie wywinie. Złożyłam wniosek do sądu o alimenty. Sprawa, oczywiście, okazała się trudna, bo nie mogłam podać adresu pobytu ojca dzieci - relacjonuje torunianka.

Po trzech miesiącach, przed Bożym Narodzeniem, pan Jerzy się odnalazł. - Bilet do Polski opłacili mu zupełnie obcy ludzie, związani z jakąś wspólnotą parafialną w Reading. W grudniu stanął w drzwiach w letnich butach i praktycznie bez bagażu. Okazało się, że w tej Anglii wylądował na lodzie - mówi pani Beata.

Zamiast pracy płatnej 8 funtów za godzinę, była harówka za nieco ponad 5 funtów, z nieopłaconymi nigdy nadgodzinami. Zakwaterowania nie było, transport do pracy - we własnym zakresie. Znający kilka podstawowych zwrotów po angielsku pan Jerzy nie był w stanie skutecznie walczyć o swoje. Po miesiącu rozchorował się (prawdopodobnie było to zapalenie oskrzeli), ale do lekarza nie dotarł. Mieszkał u innych Polaków, ze Śląska, wynajmując od nich... kawałek przedpokoju, gdzie spał na materacu. Rodacy w nieszczęściu mu nie pomogli. Zrobili to dopiero ludzie z parafii.

Dlaczego nie kontaktował się z żoną i dziećmi? Bo nie miał z czym dzwonić. Wiedział, że liczyli na jego wsparcie. Czuł, że zawiódł. I wstydził się, że nie potrafi sobie poradzić.

Tkwiły w koszmarze dla dzieci


Pani Anna spod Torunia „swoje piekło” przeżyła wiosną 2014 roku. I oni wraz z mężem stanęli finansowo pod ścianą. Kobieta skorzystała z usług jednej z agencji pracy tymczasowej w Kujawsko-Pomorskiem, która wysłała ją do Niemiec. Konkretnie do dużego przedsiębiorstwa branży mięsnej. Wymagania były prawie żadne: nie oczekiwano kwalifikacji ani znajomości języka. Trzeba być tylko gotowym do pracy w temperaturze 0-2 stopnie Celsjusza za 4,90 euro netto na godzinę.

- Pojechałam za własne pieniądze. Na miejscu zastałam koszmar. Byłam świadkiem, jak polscy brygadziści nieludzko wyzywają kobiety i karzą je finansowo za byle co. Niektóre dziewczyny uciekły, łapiąc na „stopa” polskie TIR-y. Inne trwają w tym koszmarze. To - na przykład - kobiety z komornikiem na karku albo samotne matki, które zostawiają dzieci rodzinie i godzą się na wszystko, byle zarobić - relacjonuje pani Anna.

Kary wlepiano pracownikom prawie za wszystko: za spóźnienie, pyskowanie itp. Najczęściej po 50 euro. - Koszmarem był też hotel pracowniczy: alkohol, narkotyki, napastliwi wobec kobiet Turcy i Rumuni. Wykradłam swój dowód i uciekłam - kończy kobieta.

Z komisariatu policji odebrał ją mąż. Śpieszył na ratunek żonie, nie miał najmniejszych pretensji. Po powrocie pani Anna złożyła oficjalną skargę Państwowej Inspekcji Pracy, która jednak kontrolę mogła przeprowadzić w ograniczonym zakresie. To, co jednak odkryto (np. wysyłanie ludzi do pracy bez badań lekarskich), stanowiło dla inspekcji podstawę do zawiadomienia prokuratury.

Alkohol się za nim wlókł...


Pani Zofia z Włocławka niedawno ściągnęła do Polski swojego syna, 35-letniego Pawła. Mężczyzna toczył za granicą żywot wagabundy przez kilka lat!

- Wyjechał do pracy w Portsmouth (Wielka Brytania) w 2013 roku. Miał na kogo pracować, bo zostawił w kraju żonę i dwoje dzieci. Szybko jednak się okazało, że ciąg do alkoholu pojechał na Wyspy wraz z nim - załamuje ręce pani Zofia.

Tego, co przeszła przez te kilka lat, nie sposób streścić w kilku zdaniach. Raz kontakt z synem miała, potem - nawet przez kilka miesięcy - żadnego. Zgłaszała zaginięcie Fundacji Itaka, a Paweł odzywał się już... ze Szkocji. Kilkakrotnie, łącząc się z synem przez Skype, widziała go półprzytomnego lub z ranami wskazującymi, że najpewniej został pobity (nie przyznawał się).

- Synowa na Pawle po roku postawiła krzyżyk. A ja... Cóż, pamiętam, z jaką nadzieją czekałam na rzekomego kolegę syna, który miał wrócić na stałe do Polski i przywieźć mi „coś od Pawła”. Doczekałam się osiłka z ogoloną głową, żądającego natychmiastowej zapłaty 300 funtów! Na tyle zapożyczył się, podobno, mój syn u tego człowieka i zapewnił go, że „matka w Polsce zapłaci”. Żadnych pieniędzy nie dałam, bo nawet nie miałam, ale z własnego domu wychodziłam z duszą na ramieniu - wspomina pani Zofia.

Pawła - po ściągnięciu do Polski - udało się umieścić w ośrodku odwykowym. Po nim trafił do szpitala.

Decyduje punkt widzenia rodziny


Jak podaje Fundacja Itaka, każdego roku rodacy (najczęściej przebywający w Polsce), zgłaszają jej po kilkaset zaginięć za granicą. Gdy Polska wkraczała do Unii Europejskiej, w 2004 roku, zgłoszono 165 zaginionych. Kiedy przyjęto nas do strefy Schengen, w 2007 roku, już 341. Natomiast w roku 2009, gdy dotknął nas z całą mocą kryzys gospodarczy, rekordowe 447! Od tego czasu sytuacja jest stabilna: między 200 a 300 przypadków rocznie.

- Na pierwszym miejscu, jako kraj w którym dochodzi do zaginięć największej liczby Polaków, od lat jest Wielka Brytania (76 przypadków w 2014 i 63 przypadki w 2015 roku). Zaraz za nią są Niemcy (61 i 66), a następnie Holandia (31 i 26), Francja, Włochy i Hiszpania (po kilkanaście zgłoszeń co roku). Nawet 80 procent zaginionych za granicą odnajduje się - mówi Aleksander Zabłocki z Fundacji Itaka.

Jak to możliwe? Skąd tak wysoka skuteczność? Z jednej strony niepodważalnie to zasługa Itaki i wypracowanych przez nią latami kontaktów i metod działania. Fundacja poszukuje zaginionych za granicą rodaków nie tylko poprzez publikacje wizerunku w mediach papierowych i elektronicznych oraz w internecie. Kontaktuje się też każdorazowo z Polonią i konsulatami.

Z drugiej zaś strony wysoki odsetek odnalezionych to konsekwencja specyfiki zagranicznych zaginięć. - Nierzadko ktoś nie kontaktuje się z rodziną, bo na emigracji mu się nie powiodło. Nie zrealizował planów, nie zarobił pieniędzy i wstydzi się tego przed bliskimi. Bywa i tak, że zaginięcie jest konsekwencją konfliktów w rodzinie i celowej próby odcięcia się - mówi Aleksander Zabłocki. - Dlaczego takie przypadki kwalifikuje się jako zaginięcia? Bo zawsze decydującym jest tutaj punkt widzenia rodziny. To dla bliskich ktoś jest zaginionym. Nikt przecież nigdy nie ginie sam dla siebie...

Najsmutniejsze przypadki zaginięć to takie, w których zaginiony staje się bezdomnym lub pada ofiarą przestępstwa. A bywa, że i on sam wchodzi w konflikt z prawem.

Warto wiedzieć: Gdy bliska osoba nie daje znaku życia


Fundacja Itaka przyjmuje zgłoszenia pod czynnym cały dzień telefonem, numer 22 654 20 20. Zachęca też do skorzystania z portalu internetowego www.zaginieni.pl. W przypadku zaginięć zagranicznych Itaka każdorazowo nie tylko publikuje wizerunek zaginionego, ale i kontaktuje się z Polonią i konsulatami. Odsetek osób odnajdywanych sięga 80 procent.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.